poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Droga

Na naszej prawie wsi powstaje osiedlowa droga. Po sześciu latach od zamieszkania, kilku petycjach, artykułach w prasie lokalnej i szturchaniu radnych jednej i drugiej kadencji – tadaaam!!! – będziemy mieli elegancką drogę z kostki. Pod prawie samiuśką bramę. Prawie, bo jak to na wsiach bywa(ło), drogi prowizorycznie wytyczone niegdyś dreptaniem na pole, czy też kołami wozów konnych, nijak się mają do planów geodezyjnych. W związku z tym czeka nas budowa nowego, dłuższego niestety, podjazdu. Póki co obserwuję codziennie reakcje miejscowych na działania panów geodetów i budowniczych drogi. Bywa nerwowo. Czasami ludzie zachowują się jakby im tę drogę za karę budowali. My zaś cieszymy się niezmiernie. Okolica wypięknieje, będzie bardziej uporządkowana, będzie wreszcie normalnie.
Ostatnie dni wakacji rozpieszczają pięknym słońcem, sierpień pachnie pożegnaniem lata i obietnicą kolorowej jesieni.
W ostatni wakacyjny weekend intensywnie żegnaliśmy lato. Był spływ kajakowy „naszym” Wieprzem na 27 kajaków! Było wesoło, sielsko, cudownie! Trasa niby znana, pokonywana po raz kolejny, a jednak wciąż relaksująca. Było spotkanie przy ognisku z przyjaciółmi, nocne Polaków rozmowy w blasku świec rozstawionych w ogrodzie i na tarasie. Noce pod baldachimem rozgwieżdżonego nieba, w świetle wysokiego ogniska, w którym spłonęły wysiane mimochodem słoneczniki i onętki. Leniwe dni niebawem się skończą, ale pozostaną wspomnienia i naładowane po kokardkę akumulatory.




piątek, 12 sierpnia 2016

Końcowy misz-masz...

…czyli jeszcze o Bułgarii - spostrzeżenia, które nie zmieściły się w poprzednich wpisach:

Bułgaria to kraj podróbek. Niemalże każdy straganik, sklepik, aż kipi od fałszywek. Ubrania (głównie sportowe), perfumy, galanteria, biżuteria, uf, pełno tego! Do tego stopnia obawiałam się naciągnięcia, że na stoisku oferującym certyfikowaną biżuterię, nie kupiłam koralika Pandory, który miałby mi przypominać o nadmorskich wakacjach. Synowie śmiali się, że jednak byłam bliska omamienia magicznym słowem „ordżinal”. Niebieski koralik kupiłam w Polsce… Handel podróbkami jest przestępstwem, w Unii Europejskiej (członkiem, której przecież jest Bułgaria) obowiązuje ochrona znaków towarowych, ale Bułgarzy podchodzą do tego lekceważąco – delikatnie mówiąc.

Bardzo często na ogrodzeniach domów, ulicznych drzewach, czy tablicach ogłoszeń widać specyficzne „nekrologi”. Nie są to typowe zawiadomienia o czyimś odejściu i dacie jego pochówku, tylko coś jakby wspomnienie o zmarłym. Z dołączoną fotografią, czasami jakimś wierszem. Te „wspomnieniowe” nekrologi rozwieszane są z okazji kolejnych rocznic śmierci konkretnej osoby. Naprawdę jest to bardzo powszechne.

W tawernach i bistrach wybrzeża wieczorami bardzo często gościom uatrakcyjniają czas występy lokalnych artystów – najczęściej są to pokazy tańców w charakterystycznych dla regionu strojach. W miasteczku, w którym my spędzaliśmy wakacje, na głównym placu, obok centrum kultury, odbywały się koncerty miejscowych zespołów i solistów, którzy prezentowali bułgarską muzykę. Czasami także pokazy taneczne. Był to ukłon w stronę turystów, a nie część jakieś większej imprezy kulturalnej.



W Bułgarii naprawdę warto parkować tylko w miejscach do tego wyznaczonych, choćbyśmy nie wiem ile mieli zapłacić za parking i choćbyśmy nie wiem jak długo musieli go szukać. Znajomi zostawili dosłownie na kilkanaście minut samochód kilka domów dalej od swojej kwatery i samochód został zarekwirowany. „Wykupienie” go do tanich nie należało, a co się najedli nerwów…

Bułgaria sprawia wrażenie kraju w budowie. Niemalże w każdym miejscu widać rozpoczęte budowy na różnym etapie i… i już. Nic się nie dzieje. Jakby inwestorzy nagle się rozmyślili, zwinęli cały budowlany sprzęcior i tyle ich widzieli. Skończyły się pieniądze? Pomysł? Chęci? Niektóre inwestycje widać, że nie są nowe, mają dobrych kilka lat i wciąż tkwią w stanie surowym, często nawet bez okien i drzwi.

Bułgaria nie powala na każdym kroku spektakularnymi widokami krajobrazowymi, tak jak na przykład Czarnogóra, czy Chorwacja, w których gdzie nie spojrzysz gotowy widoczek rodem z kiczowatej, ale przepięknej pocztówki. Jednakże jeśli ktoś pragnie nade wszystko wypocząć nad ciepłym, czystym (co tyczy także plaż) morzem, korzystać z uroków natury, ciszy, albo przeciwnie - dobrodziejstw roztańczonych, rozbawionych i prawie nie zasypiających kurortów, a przy okazji nie stracić za dużo pieniędzy – to jest to kierunek godny polecenia. My raczej na pewno jeszcze kiedyś się w te strony wybierzemy. Bułgarzy są przyjaźnie nastwieni, a przynajmniej my tylko takie wywieźliśmy doświadczenia. W kontakcie z turystami stonowani - nie tak uprzedzająco przymilni, czy wręcz nachalni, jak to bywa w innych, południowych, czy też egzotycznych krajach. Da się wyczuć taką południową „lekkość bytu”. Może razić wszechobecna nuta zamierzchłej epoki, ale przecież nie wszystko dzieje się od razu…

Pogoda bardzo stabilna – w pierwszej połowie lipca temperatura powietrza w dzień była praktycznie stała – pomiędzy 27, a 30 stopni, woda w morzu 26/27 – komfortowa. Tylko raz, podczas powrotu z „czarnych błot” w okolicach Pomoria, zachmurzyło się i spadł 15 minutowy deszcz, który nie schłodził powietrza, i po którym od razu zaświeciło słońce.

Panuje obiegowa opinia, że w Bułgarii nad Morzem Czarnym to nic tylko tłok i komercja, która uniemożliwia spokojny, wyciszający relaks od codziennej gonitwy. A prawda jest taka, że każdy odpoczywa jak lubi i wybierając kierunek wakacyjnego wyjazdu, robi to według swoich upodobań i świadomie szuka miejsca, które zaspokoi jego oczekiwania. My lubimy ciszę, spokojne miasteczka, wieczorami przedkładamy leniwy spacer nad morze, czy zacisze własnego tarasu, nad nocne harce w disco-klubach. Wiadomym było, że nie będziemy szukać kwatery w dużym kurorcie. Pragnęliśmy być bliżej natury i szumiącego morza i takie miejsce udało się nam w Bułgarii znaleźć. Już wyjazd do pobliskiego Obzoru, który jest w porównaniu do Byala kurortem (i to niewielkim!), był dla nas męczący i szybciutko z ulgą powróciliśmy w nieśpieszny rytm „naszego” miasteczka.

Dziękujemy Bułgario za piękne wakacje :)



I jeszcze pożegnalny szum Morza Czarnego [KLIK na fotkę - będzie szumieć] 

https://drive.google.com/open?id=0B-HFBdjO0MTwbDNEZTVWLVdkV3M


środa, 10 sierpnia 2016

Ruszamy z plaży 2 – Bułgaria (част седма)

Sierpień pachnie inaczej... A dzisiaj dodatkowo deszcz od rana, niebo zasnute chmurami. Zimno. Po raz pierwszy od tygodni musiałam założyć kurteczkę, gdy jechałam na targ po warzywa i owoce. Lato powoli starzeje się. A ja wciąż myślami na wakacjach… Zaparzam kubek kawy, uzupełniam spienionym mlekiem i snuję ostatnią część moich czarnomorskich wspomnień…

Nessebar
Można spotkać się z różną nazwą tego miasta – Nesebyr (bułg. Несебър Nesebǎr), Nesebar, a także starożytnymi: Menabria i Mesambria – zresztą do tej pory widnieją obok nazwy współczesnej na tablicach kierujących na półwysep.
 Miasteczko leży nieopodal Słonecznego Brzegu, na półwyspie połączonym z lądem wąskim przesmykiem. Wjazdu na półwysep strzegą: po prawej stronie XVIII-wieczny, drewniany młyn, a po lewej postument ze św. Mikołajem, który jest patronem tutejszych rybaków.

Zagęszczenie turystów na metr kwadratowy ociera się o granice bezpieczeństwa na imprezach masowych, ale to i tak nie odbiera uroku temu miejscu. Zresztą jeśli cierpliwie się spaceruje, uda się zawieruszyć w ciche zakątki. Klimatem i zabudową czasami przypominało nam nasz swojski Kazimierz nad Wisłą.


Po pokonaniu grobli łączącej półwysep z lądem, wkraczamy w labirynt wąskich i krętych uliczek, brukowanych kocimi łbami, miniaturowych ogródków okraszonych kolorowymi kwiatami, niewielkich placyków, których przestrzeń najczęściej zajmują knajpki, tawerny i oczywiście kramy. Mnóstwo, mnóstwo i jeszcze raz mnóstwo kramów, kramików i straganików, na których, o dziwo, można wypatrzeć ciekawe i oryginalne pamiątki, w tym wyroby rękodzielnicze.

 

Na specyficzny pejzaż miasteczka wpływają charakterystyczne w swej konstrukcji stare, piętrowe domy kupców: z kamiennym parterem i drewnianym, nadbudowanym piętrem, nieznacznie nadwieszonym nad ulicą.


Klimat miasta tworzą także pozostałości licznych (podobno ponad 40!) budowli sakralnych. Zrozumiałe jest to, że lata świetności mają wieki temu za sobą, ale i tak są nadal piękne i efektowne, choć nierzadko to tylko ruiny... Chyba największe wrażenie robi Kościół Chrystusa Pantokratora – najlepiej zachowany do czasów współczesnych, zbudowany na przemian z kamienia i kolorowej cegły, zdobiony ceramiką, dekoracyjnymi gzymsami. Przykuwa uwagę bogactwem zewnętrznych zdobień architektonicznych i swoimi barwami wyczarowanymi z naturalnych materiałów budowlanych.



Naprawdę nie dziwi fakt, że miasteczko określane jest mianem perełki architektonicznej i nie bez powodu znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.


Plaża w starej części Nessebaru jest właściwie symboliczna i bardzo ciekawa – pokryta w całości drobinkami muszelek. Woda na nadbrzeżu nieprawdopodobnie przejrzysta. Kiedy spacerowaliśmy wzdłuż morskiego brzegu, do którego bezpośrednio przylega zabudowa miasta, nad przeciwlegle położonym Słonecznym Brzegiem zachmurzyło się i spadł deszcz. Wówczas na niebie pojawiła się tęcza, czyniąc nadmorski pejzaż prawdziwą bajkową pocztówką.


Nessebar okazał się dla nas dobrym punktem spotkań ze znajomymi.
Wspólną kawę w zacisznej kawiarni, wypiliśmy z Agą i Sławkiem, którzy w podobnym co my czasie podróżowali z dwójką dzieci, zwiedzając Rumunię i czarnomorskie wybrzeże. Szczególnie interesowały nas ich wrażenia z Drogi Transfogaraskiej w Rumunii. Pierwotnie i my chcieliśmy ją pokonać, ale ostatecznie plany zmieniliśmy, wybierając trasę przez Serbię. Kto wie – może następnym razem... Fotografie pokazane przez Agę i Sławka zachwycały. Przemiły, choć króciutki czas. Fajnie jest tysiące kilometrów od Polski umówić się ze znajomymi, choćby tylko na kawę.
Obiad z kolei zjedliśmy z Marzeną i Grzesiem, którzy dojechali do nas z pobliskiego Sveti Vlas. Wybraliśmy pięknie położoną tawernę na samym klifie. Doborowe towarzystwo, morze prawie pod nosem, dobre jedzonko przed nosem – czego chcieć więcej?
Zagęszczony zabytkowymi budowlami i gwarem turystów Nessebar to miasteczko, którego nie sposób zapomnieć. Warto je wpisać w plan bułgarskich wakacji.

Aqua Paradise
Park wodny Aqua Paradise nieopodal Nessebaru odwiedziliśmy właściwie za namową chłopaków. Ja, z racji swojej choroby, nigdy nie przepadałam za takimi miejscami. Zresztą i tak nie mogłabym korzystać – na wielu basenach istnieje zakaz wstępu dla osób z chorobami skóry, pomimo tego, że łuszczyca, na którą choruję, nie jest zaraźliwa. Ale tam! i tak bym nie poszła, bo sama rozumiem, że to nie jest ani estetyczne dla innych, ani komfortowe dla mnie samej.


Teraz była okazja – po chorobie ani śladu, bajecznie zaaranżowane miejsce naszpikowane wodnymi cudami-wiankami po prostu kusiło. Ostatni raz w czymś w rodzaju aquaparku byłam z 16 lat temu w Mikołajkach w Gołębiewskim. Takie więc było moje wyobrażenie – kilka niewielkich zjeżdżalni/rur, kilkuosobowe jacuzzi, basenik i już. Początkowo trochę przerażała mnie cena – 38 lewa za jeden bilet wstępu (około 90 zł) – razy cztery osoby… i robi się okrągła sumka. Ale w aquaparku spędziliśmy cały dzień – co w rozbiciu na godziny, a nade wszystko w kontekście niesamowitych atrakcji jakie ten ogromny wodny plac zabaw oferuje, nie jest już ceną z kosmosu.


Choć nie lubię przebywać w tłumie, nie znoszę zgiełku, głośnej disco-muzyki, estradowych pokazów interaktywnych i nie jestem poszukiwaczką atrakcji z adrenaliną w roli głównej, tutaj uległam specyfice miejsca i o dziwo, bardzo, bardzo mi się podobało! Nie skorzystałam ze wszystkich zjeżdżalni (na pionowe, tak zwane tsunami, na którym szalała męska część mojej rodziny, nawet nie mogłam patrzeć), ale nie oznacza to, że siedziałam tylko w jacuzzi (które zresztą tutaj było sporym basenem z kilkunastoma punktami przeróżnych bąbelków). W Aquaparku szybko można zorientować się co gdzie jest. Zjeżdżalnie oznakowane są stopniem trudności, na wielu wymagane są pontony lub maty. Bezpieczeństwa pilnuje naprawdę duża grupa ratowników.
Polecam zarówno fanom wodnych igraszek, jak i sceptykom, takim jak ja – zawsze warto spróbować czegoś innego.


sobota, 6 sierpnia 2016

Ruszamy z plaży – Bułgaria (част шеста)

Nie ukrywam, że do Bułgarii pojechaliśmy głównie wygrzewać tyłki na słonecznej plaży, ewentualnie moczyć je w ciepłym, błękitnym (choć niby czarnym) morzu. Jednakże troszkę kiepsko byłoby przeturlać autostradami 900 kilometrów w tamtą, 900 w tą, i nic nie zobaczyć. Więc jakiś tam minimalny plan zwiedzania, szczególnie tego co blisko, był. Nie samą plażą i morską wodą człowiek na wakacjach żyje, więc od czasu do czasu ruszyliśmy w niedaleki świat.

Warna
Warnę zapamiętam jako miasto skąpane w słońcu, pełne kwiatów. A to za sprawą długaśnego spaceru w Parku Primorskim, położonym nad samym wybrzeżem Morza Czarnego.
W Parku roi się od atrakcji, między innymi są tu: delfinarium, akwarium miejskie, Obserwatorium Astronomiczne i Planetarium im. Mikołaja Kopernika, Muzeum Marynarki Wojennej, teatr letni i podobno jedna z najlepszych plaż tej letniej stolicy Bułgarii. Niestety Park, naszym zdaniem, miejscami nosi znamiona traktowania po macoszemu. Owszem, zachwycają urocze skwery z fontannami, romantyczne zaułki z mostkami, imponujące barwami i wielkością kwiatowe dywany i wiele ciekawych gatunków drzew, rzeźby, aleje dedykowane ważnym w historii Bułgarii postaciom, ale... Park niestety… śmierdzi. Szczególnie w bardziej ustronnych zakątkach. A dlaczego? Cóż… kłania się fizjologia, owszem toalety są, ale zamknięte na kłódki!








Największym naszym rozczarowaniem podczas wizyty w Warnie był Park-Muzeum Władysława Warneńczyka, którego… wcale nie zwiedziliśmy! Inna sprawa, że do Warny wybraliśmy się w poniedziałek. Wiadomo, że na całym świecie najczęściej to dzień zamkniętych placówek kulturalnych, ale w informatorach wyczytaliśmy, że jest otwarte dla turystów przez cały tydzień. Na miejscu okazało się, że na zakluczonej bramie widnieje karteczka, że i we wtorek nieczynne.


Najbardziej zawiedziony był Jędrek – fan gry Europa Universalis :) I cóż, że tak naprawdę doczesnych szczątków narwańca Warneńczyka, to tam nie ma? Turkowie ucięli mu głowę, którą później sułtan przechowywał jako trofeum wojenne w garnku z miodem. Reszta ciała pewnie gdzieś legła w masowej mogile, do dzisiaj nie odnaleziona. Myślę jednak, że nic straconego, bo raczej na bułgarskie wybrzeże jeszcze przyjedziemy, choćby „odwiedzić” Warneńczyka ;)

Pobiti Kamyni
Kiedy już jest się w Warnie warto przejechać około 18 kilometrów drogą prowadzącą do miejscowości Downia, gdzie znajduje się absolutnie niesamowite miejsce – rezerwat archeologiczny Pobiti Kamyni. Dużą, dość płaską i piaszczystą przestrzeń zapełniają kamienne, szare kolumny, różnej grubości i wysokości oraz dziwne skalne rzeźby o niepowtarzalnych kształtach, porozrzucane jakby od niechcenia na obszarze około 800 metrów kwadratowych. Monumentalne kolumny mają od 1 do 3 metrów grubości i niektóre nawet do 7 metrów wysokości. Większość w środku jest pusta.


 

Z daleka miałam wrażenie, że to ruiny jakiejś potężnej starożytnej budowli, może nawet miasta? Z bliska, że to elementy wylane z formy, z niezbyt dobrej jakości cementu, zwietrzałe, zmurszałe i ot cała tajemnica. Im dłużej spacerowaliśmy, im głębiej wchodziliśmy w ów „kamienny las” (bo i z taką nazwą można się spotkać), tym bardziej ulegałam jego magii.









Skalne twory na pewno nie są dziełem ludzkich rąk, a natury, efekt erozji, wielowiekowe dzieło deszczu, słońca, wiatru. Pogoda sprawiła, że „kamienny las” wydał się nam miejscem naprawdę czarownym. Soczyście niebieskie niebo z białymi obłokami. Słońce rozpalało kamienne „stwory” i zalegający wokół nich piasek. Oprócz nas wśród kolumn spacerowało góra pięciu - siedmiu turystów. Wokół cisza…

 

piątek, 5 sierpnia 2016

More, more, more – Bułgaria (част пет)


Morze Czarne (Черно Море) na pierwszy rzut oka nie jest czarne – no może czasami sprawia takie wrażenie (podobno w pochmurne lub deszczowe dni, ale my na takie nie trafiliśmy). Czasami też wieczorami, gdy słońce było tylko wspomnieniem, faktycznie daleko na horyzoncie majaczyło głęboką, stalową szarością. W dzień, w słońcu zachwyca paletą soczystych błękitów. W przewodniku wyczytałam, że jego nazwa pochodzi od siarczków, które zabarwiają wodę na czarno. Najczęściej jest po prostu niebieskie, lazurowe, mieni się szmaragdem. Ciepłe i mniej słone niż Adriatyk, woda przejrzysta. Kąpiel w nim to ogromna przyjemność – podczas wchodzenia nie czuć różnicy temperatury. Trzykrotnie podczas naszego pobytu była dość duża fala (wyłna - вълна), w której można było poszaleć. Najczęściej jednak było spokojnie. Ciekawe dla mnie było to, że pomimo silnych fal, na plaży nie było wiatru. Nad Bałtykiem zwykle, gdy jest duża fala, to wiatr (najczęściej chłodny) targa człowiekiem na wszystkie strony świata, a tu cisza. No oprócz szumu morza...
Tak brzmiało wieczorem [na fotkę KLIK - będzie filmik]:

https://drive.google.com/file/d/0B-HFBdjO0MTwTXdIR0cxdGZLU2s/view?usp=sharing

Karadere – (3 km na północ od Byala) reklamowana jest jako jedna z ostatnich dzikich plaż w Europie. Oczywiście jest to określenie mocno, mooocno na wyrost. Może dzika w sensie, że bez infrastruktury plażowej w stylu: leżaczki, parasoleczki po pięć lewa za sztukę, bary, toalety, prysznice ze słodką wodą i temu podobne bajery. Na Karadere spotkaliśmy sporą (jak na niby dziką plażę) grupę letników. I co ważne, nie takich jak my, którzy wpadli tam samochodem na chwilę, tylko biwakowiczów. Wprost na plaży rozstawionych było kilkanaście namiotów, a wyżej na klifie – kilka kamperów. O dziwo, wokół było bardzo, naprawdę bardzo czysto, cicho, nie dudniła muzyka. Ludzie grali w piłkę, badmintona. I oczywiście zdarzali się paradujący na golasa obojga płci – ale to w Bułgarii dość częsty widok, nawet na plażach miejskich.
Obłędnie piękna, biało-złota plaża, ciągnąca się na długości 4 kilometrów, sąsiedztwo białego klifu i głęboko niebieskie morze, było idealnym miejscem na pamiątkowe sesje zdjęciowe. Miejsce sprzyjało wyciszeniu, zachwyceniu się naturą w postaci nieskażonej komercją.


Widać, że ludzie szanują to miejsce i siebie nawzajem. Dzika plaża posiadała też… regulamin :) Pewnie gdyby nie dość uciążliwy dojazd - krętymi, miejscami skalistymi i stromymi lub polnymi drogami, wiodącymi pomiędzy winnicami i polami słoneczników – bywalibyśmy tutaj częściej. Jednakże staraliśmy się na co dzień odpocząć od samochodu.

Podczas pobytu w Bułgarii mieliśmy okazję korzystać z uroków innej dzikiej plaży. A to za sprawą naszych przyjaciół – Marzenki i Grzesia, którzy spędzali swój urlop w pobliżu nas (Sveti Vlas, około 40 kilometrów od Białej). Wspólnie wybraliśmy się w okolice Jeziora Pomorie, gdzie w południowej jego części znajdują się naturalne zbiorniki tak zwanego „czarnego błota”, które jest bogate w minerały i pierwiastki śladowe, dzięki czemu posiada właściwości lecznicze. Wykorzystywane jest do leczenia chorób skóry i chorób układu mięśniowo-szkieletowego. Znajduje także zastosowanie w kosmetyce. Chociaż w tej chwili, dzięki leczeniu biologicznemu, wciąż mogę cieszyć się zdrową skórą, która póki co zapomniała o łuszczycy, z zaciekawieniem wypróbowałam tego zabiegu. Do akwenów z błotem, dość płytkich - maksymalnie po kolana – dochodzi się wprost z plaży poprzez niewysoką i wąską mierzeję. Czarne zbiorniki otoczone są, chyba dla wygody, sztucznymi, drewnianymi pomostami, które całe oblepione są błotem. Chociaż Marzenka przestrzegała mnie, że błoto ma specyficzny zapach, ja nie wyczuwałam go, a raczej nie był on dla mnie jakiś… hm… no z gatunku śmierdzących ;) Ot, błoto. Z dobrodziejstw błotnych solanek korzysta wiele osób. Cała plaża usiana była „zrobionymi” na czarno spacerowiczami. Po około 20-30 minutach, kiedy błoto zaschnie, wskakuje się do morza, które szybko zmywa tę naturalną maskę z ciała. Skóra, podobnie jak w przypadku glinki białej, którą stosowałam w Byala, staje się po zabiegu gładka i aksamitna w dotyku, fajne ukojenie po wysuszającym słońcu.

Plaża w tym miejscu w pełni zasługuje na miano dzikiej – niestety nie jest tak czysta jak Karadere. Usytuowane są też na niej dwie, demonicznie wyglądające betonowe budowle – coś w stylu okrągłych bunkrów. Nie znam ich prawdziwego, dawnego zapewne przeznaczenia – może to faktycznie bunkry, a może dawne zbiorniki wykorzystywane do pozyskiwania soli? Teraz niestety są siedliskiem śmieci. Poza tym na brzegu zalega piasek (podobno) pochodzenia wulkanicznego, bogaty w tlenki żelaza, który miejscami jest czarny, niczym w Czarnogórze. Podejrzewam, że to wysuszone czarne błoto, osypujące się z wczasowiczów, też się do tego przyczynia. Samo morze w tym miejscu jest cudowne, długi pas płycizny, dno piaszczyste, wspaniałe!

Z Marzeną, Grzesiem oraz ich Córkami spotkaliśmy się kilkakrotnie podczas naszego dwutygodniowego pobytu w Bułgarii. Odwiedzili nas w Białej, gdzie plażowaliśmy i spacerowaliśmy po skałkach w poszukiwaniu muszli. Wspólnie spędziliśmy cały dzień, kończąc go w Koszaracie na późnym obiedzie. Był to jak zawsze fajny, przyjacielski czas, pełen rozmów, śmiechu, wspomnień, opowieści. Innego dnia z kolei umówiliśmy się na wypad do Nesebaru (Nesebyr), o którym jeszcze napiszę.