wtorek, 17 kwietnia 2018

"Piloci", ach!

Gdzież to ja byłam, jak mnie tyle w tym moim blogowym zakątku nie było?

Ano podbijałam świat. W skali mikro oczywiście.

Miniony weekend spędziliśmy z przyjaciółmi we Wrocławiu, ale wcześniejszy należał do Teatru Roma i musicalu „Piloci”. Czekałam na tę produkcję od kiedy tylko dowiedziałam się, że rozpoczęto nad nią pracę. Nie rozczarowałam się (nooo… tylko zakończenie twórcy mogli sobie darować, bo jest takie tam… bez sensu), chociaż może spodziewałam większego łaaał!, ale przecież musical rządzi się swoimi prawami! Mimo wszystko piękne prawie 3 godziny z magią teatru, w dodatku muzycznego. I piękną epoką, tak okrutnie przerwaną i bezpowrotnie pokiereszowaną przez wojnę. Jest tu dużo schematów, stereotypów, czasami patosu, ale taaam…, toż to nie scena narodowa, tylko rozrywkowa! Jest kilka scen – perełek, majstersztyków, że aż się łezka kręci z wrażenia i dreszcze skaczą po skórze – lekcja nauki angielskiego pobierana przez młodych, polskich pilotów u przeuroczej angielskiej nauczycielki, taniec/piosenka z rowerami „Rowerowe love”, a nade, nade wszystko – scena taneczna w hangarze, przy replice samolotu Hurricane – coś pięknego!
Kolejne sceny zmieniają się niczym w filmie. Po teatralnych deskach jeżdżą rowery, jeździ motocykl z koszem, jeździ czerwony samochód cabrio, z gałęzi pod kopułą sceny zwisa na linach skoczek spadochronowy, no i latają samoloty – wirtualne, ale są! Choreografia i scenografia – cukiereczek! Stroje, fryzury – naprawdę oddają klimat czasów przed- i wojennych. 
W musicalu przez chwilę „gra” nazwa mojej rodzinnej miejscowości, ale to przecież nieuniknione – w końcu mowa o polskich pilotach :)

Najczęściej ukulturalniać się teatralnie jeździmy do stolicy i bardzo, bardzo lubię ten moment wyjścia z wieczornego spektaklu, w rozświetlone, gwarne miasto.
...które tak naprawdę męczy mnie swoim hałasem i pędem, ale akurat w takim momencie ma dla mnie urok.

A o pobycie w kolejnym gwarnym mieście - Wrocławiu napiszę później, jak opadną emocje i wspomnienia ułożą się w wygodnie w mojej pamięci.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Kwietniowo

Wolny, spokojny dzień po świętach to jest cudna sprawa. Można wreszcie odpocząć, bo przecież w święta sieniedasie, no nie. Szczególnie kiedy własny dom zamienia się w centrum świętowania całej rodziny. Dwa dni, a właściwie cztery skakania wokół garów, zmywarki, piekarnika i stołu. I gościów oczywiście. Nie było czasu na czytanie, nie było czasu na wytchnienie, bo pogoda odwaliła numer i zamiast wiosny była zima. Nie dało się uciec na relaksujący spacer nad rzekę. Bo wiało, padało.

Więc teraz z rozkoszną premedytacją robię NIC. Popijam kawę z pyszną posypką latte (cynamon, wanilia i chyba coś jeszcze, ale nie wiem co), podpatruję wciąż puste, niestety, bocianie gniazdo i planuję kwiecień, bo kwiecień to szykuje się nam nafaszerowany atrakcjami. W najbliższy weekend ukulturalniamy się we stolicy na musicalu „Piloci”. W kolejny wybywamy na towarzyskie spotkanie aż do Wrocławia. A ostatni weekend, tuż przed majóweczką, spędzimy na komunii świętej syna naszych przyjaciół - Jasieńka - Pauli i Michasia. Kwiecień upłynie nam też pod znakiem urodzin Syna Dużego, imienin Marka i… najważniejszą rzeczą – nadchodzącej nieuchronnie matury Syna Mniejszego, który właściwie też jest już duży. A jak jeszcze dołożyć do tego zestawu: cyrk z kółkiem w pracy, ogród z tym całym wiosennym trza zrobić to tamto i owamto – to śmignie ten kwiecień, ani się człowiek obejrzy.

Do boju zatem!

Ale póki co: kawka, książka… Cisza! A wieczorem może i lampka schłodzonego, białego Pinot Grigio.



poniedziałek, 26 marca 2018

Bilans mam/nie mam

Mam dobrą książkę i nie mam czasu, aby ją przeczytać. To znaczy czytam wieczorem, ale co z tego, kiedy kilka stron i bach – śpię. Mam też fajny film na DVD od Teścia, ale nie mam kiedy go obejrzeć.

Mam troszkę wiosny w domu, bo zakwitł błyskawicznie bukiet żonkili z biedry. Uwielbiam żonkile z biedry. Bo tulipany to są zwykle takie rachityczne, ale żonkile biedronkowe mają moc. Za to nie mam wiosny za oknem. U nas wciąż płowy trawnik pokryty nieregularnymi połaciami śniegu. Choć nie powiem – ptaszki w olchach robią co mogą, drą japy i gniazda wiją. Budka lęgowa też zasiedlona.

Bocian – sąsiad jeszcze nie wrócił. A tymczasem fejsbuk mi przypomniał, że 4 lata temu o tej porze to już był.

Mam też trochę zmartwień, ale po co o tym pisać, każdy przecież ma, no i mało to smutku, zła wokół?

Na święta mam posprzątaną tylko garderobę i na tym jakby koniec. Tak, tak – no przecież nie mam czasu.

Nie mam w domu Mareckiego. Bo pojechał kończyć sezon narciarski na drugi kraniec Polski, do Zieleńca. Jestem dziwna – wiem, bo wcale, a wcale nie spędza mi snu z powiek fakt, że tuż przed świętami, chłop zrobił hop i tyle go widzieli. Niektóre koleżanki tego nie rozumieją. Te co mają już wypucowane okna i ugotowany żurek na wielkanocne śniadanie. Ja za Mareckim tęsknię, ale cieszę się na to jego wiosenne szusowanie.

Mam ochotę na wieczorną partię scrabble, ale nie mam z kim zagrać. Ale od czego są internety? A zamiast filmu obejrzę sobie „Pana Jowialskiego” w telewizornii i też będzie fajnie.


czwartek, 22 marca 2018

Refleksyjnie...

Zima przypomniała sobie sama o sobie pod koniec zimy, a właściwie już na początku wiosny. Od tygodnia dopiero co wylazłe z ziemi hiacynty okryły się białą pierzyną śniegu. Wciąż ganiam w zimowej kurtce i butach, a tak już chciałoby się wskoczyć w wiosenne co nie co. Niech już odejdzie ta zima i zabierze ze sobą okruchy smutku, którymi raczyła rzucić.
W ubiegłym tygodniu odeszła Mama Ani. Gdy cierpi przyjaciel to człowieka dopada bezradność. Chciałoby się z całych sił pomóc, jakoś tak konkretnie, wymiernie, a tu nie ma jak. No bo co można? Pójść, posiedzieć razem w ciszy i zawieszonym pytaniu bez odpowiedzi: „dlaczego?”. Wypić kawę w krótkiej chwili przerwy w opiece nad odchodzącą osobą. Wysłuchać, czasami razem popłakać. Ugotować dla pochłoniętej czym innym rodziny obiad, upiec ciasto. I to właśnie robiłam. Pozostaniesz dla mnie Aniu wzorem troski i oddania bliskiej osobie. Twoja Mama w mojej pamięci – zawsze uśmiechnięta, radosna, z dobrym słowem na powitanie.

Miłość i dobro nie ma końca. Dlatego pomimo traumatycznych przeżyć podnosimy się, z czasem nabieramy sił. Dobrze to Bóg obmyślił, bo w przeciwnym razie, jak człowiek dałby radę na nowo, wciąż na nowo odkrywać cud życia?

piątek, 9 marca 2018

Po dniu kobiet

Jak ja nie lubię Dnia Kobiet. Serio. Za sprawą służbowych obowiązków. Od kilku tygodni z moją grupą artystyczną szlifowaliśmy mini spektakl kabaretowy i w sumie było fajnie i wesoło. Ale końcówka, dni przed premierą - próby generalne, nagłośnieniowe, wejście w docelową przestrzeń sceniczną (bo próby robocze mamy w całkiem małej salce), to czas bardzo napięty. Stres zawsze drenuje mój spokój i wcale nie działa na mnie mobilizująco, tylko z lekka paraliżująco. I tak mam od lat. Już nawet nie chce mi się myśleć o tym, czy scenariusz dobry, czy występ się spodoba, czy będzie dobrze odebrany, ani nawet, czy młodzież na scenie nie posypie się z tekstem, albo nie pierdyknie coś w nagłośnieniu – chcę po prostu mieć to za sobą i już.

Ale PO jest faaajnie. Teraz też było energetycznie, magicznie. Po ostatnich brawach przychodzi taka chwila, dla której warto te wszystkie napięte emocje doświadczać. To taki moment, kiedy zawsze oddycham z ulgą i mówię sobie – kurde, fajną mam pracę :)

A wieczorem wpadli nasi sąsiedzi zza dwóch płotów i jednej uliczki – Marzenka i Artuś, żłopaliśmy białe wino, zajadaliśmy sery i w towarzystwie roztańczonych bukietów tulipanów, oglądaliśmy archiwalne zdjęcia naszego miasteczka z bogatej kolekcji naszego kolegi.

A teraz koniec świętowania – teraz to będzie czas wiosennych porządków, wypatrywania bocianów, wsłuchiwanie się w mord ptasich darcie i kilka przyjemnych spotkań i wyjazdów. Zima odchodzi – hura!

czwartek, 1 marca 2018

Można? MOŻNA!

Końcówka zimy mroźna. Odzwyczailiśmy się od niskich temperatur. W coraz dłuższych dniach, skrzy się cudnie śnieg, tylko co z tego, kiedy już z niecierpliwością wypatruję wiosny.
W miniony weekend odbyłam ostatnią lekcję z instruktorem. Tym razem „moja” pani instruktor Danusia miała wolne, no i chcąc nie chcąc miałam lekcję z facetem. Ze Zbyszkiem. Zbyszek był bardziej techniczny niż Danusia. Udało się też mu znaleźć sposób na mój lęk przed nabieraniem prędkości, a bez tego przecież jazdy na nartach nie ma. Kiedy po raz pierwszy zjechałam ze stoku SAMA, bez asekuracji instruktora, miałam z wrażenia łzy w oczach. To jednak dla mnie był sukces, a sukces jest baaardzo smakowity. Dzień na stoku zakończyliśmy wspólnie ze znajomymi przy zimowym ognisku. Kiełbaska smakuje wówczas wybornie. Mróz oczywiście szybko pogonił nas do domu, ale endorfin nie zdołał wymrozić. 
- Ja myślę mamo, że teraz to będziesz musiała wrócić do Korbielowa i zjechać z Pilska, które kiedyś pokonałaś z góry pieszo w butach narciarskich - powiedział Jędrek, sprzedając mi "żółwika". Kto wie!
- Tylko jeszcze za wolno jeździsz Niuśka - podsumował moje dokonania Marecki ;)

Miałam aż 18 lat, kiedy nauczyłam się pływać. Ponad 40 lat, gdy nauczyłam się jeździć na nartach. Ile jeszcze przede mną rzeczy do nauczenia, doskonalenia! Każdy sukces, mały, duży, na miarę każdego z nas, daje niesamowitego kopa i buduje pewność, że kuuurcze, no mogę wszystko!

piątek, 16 lutego 2018

Szlachetne zdrowie - tym razem nie moje, a Mamy

Zimowe ferie poszły w zapomnienie. Spędziłam je troszkę na nauce jazdy na nartach, a najwięcej na zamartwianiu się o zdrowie Mamy. Przy okazji obijając się o… nie wiem: niemoc? ignorancję? rutynę? pobłażliwość? zapracowanie? służby zdrowia. Trzytygodniowy, bardzo silny ból powyżej żołądka, zdaniem lekarzy w czterech kolejnych szpitalach (SOR) mógł być związany z: zaburzeniami funkcjonowania żołądka/ może trzustki/ może wątroby/ może dwunastnicy/ a może jednak przełyku? Mama była też diagnozowana w kierunku zawału serca, arytmii, dusznicy, nowotworu trzustki (sic!), zapalenia żołądka/dwunastnicy/trzustki. A może to „tylko” nerwica?

Mama wylądowała w końcu w szpitalu, do którego po kolejnych badaniach, prawidłowych jak się okazało, przyjąć jej nie chciano, a słaniała się z bólu, więc się wzięła i w tym bólu poczęła awanturować, że nie wróci do domu i róbta se ze mną co chceta. Więc położono Mamę jak królewnę na łóżku, na środku korytarza oddziału gastrocośtam i mogła sobie obserwować życie szpitalne dzień i noc. Kolejne badania (w tym gastroskopia i tomograf komputerowy) wykluczyły wszystko co się dało, zaś doświadczony chirurg z tytułem prof. ze szpitala wojewódzkiego, rzekł do Mamy na konsultacji:

- Niunia (Mama moja jest podlotkiem pod 70, więc ją to bardzo rozbawiło) z tym da się żyć. Być może odnowiła ci się przepuklina kresy białej, to galopuj do swojego chirurga, który ci to operował.

Chirurg, który „to” Mamie operował lat temu 10, przebywał akurat na nartach we Włoszech. Mama uzbrojona w silne leki przeciwbólowe oraz cierpliwość, czekała. W narastającym bólu. Kiedy ów znajomy chirurg wreszcie Mamę obejrzał (a żeby się do niego dostać też były pierepałki, o których już mi się pisać nie chce), ze śmiechem rzekł:

- To nikt nie zasugerował, że może mieć pani zapalenie wyrostka mieczykowatego mostka?
I tak się Mama dowiedziała, że w ogóle posiada niejaki wyrostek mieczykowaty.
Zresztą takowy posiada każdy z nas :)

Koniec końców, po dwudniowym pobycie w szpitalu, celem dokładnej diagnozy i ustawienia leczenia, Mama ozdrowiała. I dzięki ci Boże i panie Doktorze Chirurgu, coś szczęśliwie z nart we włoskich Alpach na czas powrócił.

Ten cały miesiąc, bezsilności z cierpiącą na nie wiadomo na co osobą (a wyobraźnia i doktor Internet, to podsuwają wówczas rozmaite tragiczne scenariusze), plątania się po różnych przybytkach publicznej służby zdrowia, wyeksploatował mnie psychicznie i doprowadził do mało oryginalnego wniosku – dbajmy o swoje zdrowie psychiczne i kondycję, bo się przydadzą w razie choroby, gdy trzeba będzie ganiać od lekarza do lekarza.