piątek, 10 listopada 2017

Jest siła?

Na wiosennym spływie kajakowym, kolega nasz Daro, co i rusz pokrzykiwał „Nie bój się zmian na lepsze”. Filozoficzne nastawienie wzmagały u niego piękne okoliczności przyrody i trunek zwyczajowo odpowiedzialny za wprowadzanie baśniowego elementu w prozę życia przeciętnego Polaka.

Tak więc oto ja jestem w toku zmian. A tak naprawdę zmian nie lubię. Nawet jeśli mają być na lepsze, no bo czy to człowiek na początku wie, że one faktycznie będą dobre? Lubię święty spokój, i aby wszystko było zaplanowane i poukładane. Tak mam. Nic na to nie poradzę, że zorganizowane życie daje mi poczucie komfortu i stabilizacji. Nie mylić ze stagnacją. Do każdej zmiany muszę się przygotowywać psychicznie, nawet jeśli to ma być krótki wyjazd na trzy dni. Ale te zmiany, które się właśnie dzieją, odbywają się za moją zgodą, i - paradoksalnie - ku polepszeniu mojego komfortu, a jednak jestem pełna obaw. Nowa, dodatkowa praca póki co wprowadza mnie w stan niepokoju, budzi obawy jak sobie poukładam codzienność i oczywiście, czy dam radę? Nie lubię niedociągnięć, a każde potknięcie w pracy bardzo przeżywam. Nie, nie jestem perfekcjonistką, ot – kto lubi porażki, kto się ich nie boi? Póki co jest fajnie i wszystko dzieje się radośnie. Więc może to tylko moje wieczne zamartwianie się na zapas? Może wystarczy to w sobie utemperować i do przodu?

Nadmiar niepokojów utylizuję na sali treningowej. Gdy obiję worek treningowy, pomacham liną treningową, zrobię 70 babskich pompek (powinnam sto, ale oszukuję troszkę), spocę jak norka i padnę na matę bez tchu – resetuję to z czym muszę walczyć – samą sobą i głupimi myślami.

Jest siła!

środa, 1 listopada 2017

Listopad

Podobno, nim człowiek zdąży pstryknąć palcami, światło pokonuje odległość równą siedmiokrotnemu okrążeniu Ziemi. Czym jest więc czas jaki dostaje każdy z nas? Pstryknięciem, momentem, chwilką. W kontekście Kosmosu i dziejów Wszechświata – nic nie znaczącym epizodem. A jednak człowiek tak mocno w tę chwilę się wczepia, z tej chwili chce ukuć coś najpiękniejszego, coś znaczącego, coś najlepszego – swoje Życie.
I tak ma być – Życie to dar, którego tymczasowości jesteśmy najbardziej świadomi w zderzeniu z ostatecznością. Taka zaduma, czas refleksji jest nam ludziom, zabieganym w gonitwie za budowaniem swojej codzienności, niezwykle potrzebna. Przecież to właśnie z darowanych każdemu z nas chwil, pstryknięć palcem Tworzy się historia. Ceńmy to.

Lubię w listopadzie odwiedzić mały, dawno nieczynny cmentarz. W zdecydowanej większości pochowani są na nim żołnierze z wojny polsko-bolszewickiej, ale mniej więcej do 1938 roku odbywały się tam pochówki zwykłych mieszkańców mojego miasteczka. Zawsze zapalamy znicz na pomniku poświęconym pamięci żołnierzy i na jakimś wybranym, dawno już nie odwiedzanym grobie. Poruszają wyobraźnię napisy na szczątkach płyt, wciąż tak dobrze widoczne… 





"Pozostanie po nas tyle, ile miejsca w sercu i pamięci przeznaczą nam inni…”



niedziela, 29 października 2017

Dziś Światowy Dzień Chorych na Łuszczycę

Każdego roku, 29 października, dodaję na blogu wpis o mojej chorobie. Nie jest to wynik mojego nadmiernego ekshibicjonizmu, o nie. Wiele lat trwało, zanim nauczyłam się mówić o tym co się dzieje z moją skórą. Bardzo trudno jest przyznawać się do swojego najsłabszego punktu – w psychice i fizyczności. Ale robię to tylko po to, abyś Ty, Ty… i Ty wiedziała/wiedział, że choroba, z którą się zmagam od 14 roku życia, z którą zmaga się według różnych badań od 2 do 3 procent Polaków, jest NIE ZARAŹLIWA.

Od kilku lat, paradoksalnie dlatego, że mam ciężką postać choroby, jestem kwalifikowana do nowoczesnego leczenia biologicznego. Dzięki przyjmowanemu raz na trzy miesiące lekowi w postaci zastrzyku, mam gładką skórę. Leczenie jest bardzo drogie – jego roczny koszt to 60 tysięcy złotych, plus systematyczne badania kontrolne i konsultacje specjalistyczne. Dzięki leczeniu mogę robić to co inne zdrowe osoby – na przykład założyć koszulkę z krótkim rękawem, pójść na basen, przebrać się przy innych dziewczynach w szatni przed zajęciami crossa… Wiem, że dla większości z Was to czynności banalne, nad którymi zwyczajnie się nie zastanawiacie. Dla chorych na łuszczycę często są to wyzwania.

To zrozumiałe, że nietypowe zmiany chorobowe na skórze u kogoś, kogo spotykamy w codziennych sytuacjach, mogą budzić w nas niepokój, strach (bo może się zarażę?), odrazę. Tak - odrazę - nie boję się tego słowa, choć piszę je z przykrością. Doskonale rozumiem, że jeśli czasami moja skóra budzi we mnie samej bezsilną odrazę, to takie uczucie może wywoływać także w Tobie, w Tobie… i Tobie też. Dlatego tak ważne jest, abyś w takich sytuacjach miała/miał świadomość, że skóra chorego na łuszczycę nie stanowi dla Ciebie, ani dla Ciebie…, i dla Ciebie też – najmniejszego zagrożenia. Chory na łuszczycę nie zarazi Cię swoją chorobą.

W zdecydowanych też przypadkach, chory nie do końca ma wpływ na to, jaki przebieg w danym momencie ma jego choroba. Może wydać się Tobie, i Tobie… i Tobie też, że chory na łuszczycę nie dba o siebie, nie leczy się, zaniedbuje higienicznie. Niestety, w zdecydowanych przypadkach chory dba o siebie, leczy się, wykonuje codziennie różne czynności higieniczne i pielęgnacyjne wokół swojego ciała – a mimo tego jego wygląd możesz odebrać jako nieestetyczny. Nie oceniaj więc pochopnie takiej osoby – że o siebie nie dba, że się nie leczy, że... zwyczajnie jest… brudna (trudno mi napisać to słowo, ale wiem, że tak chorzy z rozległymi zmianami chorobowymi bywają odbierane).
Ciesz się swoją zdrową skórą, bo to naprawdę przepiękna sprawa i okaż empatię tym, którzy takiego szczęścia nie mają. Na przykład ja, moja przyjaciółka, koleżanka, syn sąsiadów, pani, którą spotykam w sklepie, a może… i ktoś z Twojego bardzo bliskiego otoczenia…



piątek, 20 października 2017

Sami w chałupie - tak jakby


Tydzień spędziliśmy jako słomiani rodzice. Dzieci (dorosłe, ale jednak dzieci) rozjechały się nam. Michał, wiadomo, do stolicy, a Jędrzej zdobywać trzy europejskie stolice: Bratysławę, Wiedeń i Pragę. Pragę zresztą drugi raz w tym roku. A my sobie siedzimy sami z Mareckim... To znaczy jeszcze z kotem i psem. I zastanawiamy się, jak to będzie pusto, kiedy za niedługo Jędrek zda maturę i też sobie gdzieś wyfrunie...
No tak - zostanie kot i pies.
Kotka na stare lata robi się złośliwa małpa. Nocami celowo drapie pazurkami o przyłóżkowy dywanik po stronie Marka, bo wie, że ten wstanie i da jej żreć. Niemalże z pierwszym dniem kalendarzowej jesieni uznała, że jej czas szlajania się po dworze minął, w doopkę zimno i w związku z tym przesiaduje w chałupie, usiłuje nami rządzić i nadmiernie korzysta z kuwety, co mnie wnerwia. Pies natomiast jakby zmądrzał - od miesięcy nie przelazł przez ogrodzenie i nie dał dyla na wieś. Tfu, tfu i na psa urok odpukać w niemalowane!
W związku ze zmniejszeniem stanu osobowego rodziny, zdawałoby się, że człowiek będzie miał mniej roboty domowej, a więcej czasu na nicnierobienie. Ale gdzie tam! Cały czas KTOŚ i cały czas COŚ. Czy teraz tak już będzie? Jakoś od września naprawdę moja doba się skurczyła.

W poniedziałek wreszcie się była odbyła premiera mojego spektakliku z okazji Dnia Ważnego i można było odetchnąć od stresu i tremy przedpremierowej. A wczoraj zabrałam gromadę mojej zaangażowanej artystycznie młodzieży i pojechałam do miasta dużego, do teatru, na sztukę, o której wiedziałam, że się im spodoba. I faktycznie bawili się świetnie. No cóż - „Szalone nożyczki” to sztuka samograj. Byłam drugi raz i nic, a nic nie nudziłam się, wręcz przeciwnie. W drodze powrotnej, wraz z koleżanką Madzią, wspomagającą mnie w opiece nad mało dużolatami, dałam się zmanipulować i był postój krótki na macka. W ramach wdzięczności młodzież zaczęła nam w autobusie śpiewać cudne (ekhem, ekhem) piosenki niejakiego Sławomira, to poprosiłyśmy o zmianę repertuaru. No i już do końca leciały pieśni religijne 😇 z „Barką” na czele. Nawet pan kierowca był pod niejakim wrażeniem, twierdząc, że panie z kółka różańcowego pielgrzymujące do Lichenia, które zdarza mu się wozić, nie mają takiego repertuaru. Podejrzewam, że w ruch poszły internety i dostęp do tekstów nieograniczony. Mało dużolaty zamkły japy, kiedy wymogły na koleżance mojej Madzialenie (sorce od anglika, skądinąd), przeniesienie sprawdzianu z czasowników nieregularnych na poniedziałek. No cóż – czegóż nie zrobi belfer dla świętego spokoju w autobusie wycieczkowym.

środa, 11 października 2017

Znowu na szybko

Wstałam bardzo wcześnie rano, jak zwykle, od kiedy Jędrzej dojeżdża do swojego liceum te całe kilometrów 20 w te, i drugie 20 z powrotem. Tak sobie pomyślałam, że może skradnę porankowi kilkanaście chwil na spokojną kawę przy laptopie i umiłowanie nad swoim cichutkim blogiem. Ale najpierw się był laptop aktualizował, aktualizował i jeszcze aktualizował. Potem było kilka telefonów z pracy. Pilnych. Potem przypomniałam sobie, że nie mam deka mąki, a zaplanowałam lepienie pierogów. Farsz już zrobiony, przegryzał się od poprzedniego wieczoru. Musiałam więc odpalić w ten jesienny, dżdżysty, niezbyt urokliwy dzień, swój rower i pomknąć do najbliższego sklepiku wiejskiego. I tak minął ów poranny czas, który chciałam poświęcić na napisanie jakiejś pięknej notki na bloga. Będzie wiec jak zwykle ostatnio, telegraficznie i konkretnie:

Operacja Jędrka się udała, jakżeby inaczej. Syn z wyprostowaną przegrodą, odcierpiał co swoje w publicznej służbie zdrowia i już powrócił na łono szkoły.

Weekend spędziliśmy w wybornym towarzystwie szerokiego grona bliskich znajomych w Rzeszowie, gdzie troszkę się edukowaliśmy, a troszkę integrowaliśmy. Jak zawsze było cudnie, jak zawsze wyjeżdżałam z naładowanymi akumulatorami, i jak zawsze czekam na kolejne spotkanie, które już niebawem – wiosną (hm... wiosna... co to takiego?).

W pracy SIĘ reżyseruje mini spektakl na dzień belfra i jak zwykle jest to huśtawka i żonglerka. Najpierw nie ma Julki, która śpiewa, potem nie ma zespołu, który gra. Między (tak zwanym) czasie młodzież licealna ma humory, amory, sprawdziany, wycieczki, ból gardła i insze takie, a kiedy indziej na przykład padają mikrofony, i co zrobisz. Więc wiadomo – lekko nie jest. Czekam, aby mieć to już za sobą, bo mnie krew zalewa.
Ale nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło. Nadmiar nie za dobrej dobrej energii odreagowuję na bogu ducha winnej oponie, w którą walę zaciekle i z szerokim rozmachem, metalowym młotem na zajęciach crossfit. Trener nawet zadowolony z moich postępów (ponoć). Opona też nie narzeka.

czwartek, 28 września 2017

Migawki na szybko

Donoszę uprz..., że żyję i to na pełnych obrotach, dlatego jak widać, na blogu mnie nie widać.
A, że wpis po dłuższej przerwie, to będzie taki troszkę z kroniki życia codziennego.

Jak łatwo się domyśleć, wrześniowe dni pożera mi praca, a od października będzie jeszcze gorzej. Bo gdyż ponieważ zaczynam nową, dodam, że dodatkową, pracę. Minusem dodatkowej pracy jest znaczne skurczenie limitu czasu wolnego, ale plusem dodatnim (jak mawiał klasyk - wiadomo) są zwiększone wpływy na konto. I właśnie te wpływy pełnią w tym momencie moją motywację i robią za motorek. Poza tym, nowa praca jest niejako spełnieniem moich zamierzchłych marzeń z dzieciństwa i wczesnej młodości o pracy... w bibliotece.
Tak, to był ten czas, kiedy wydawało się mi, że praca bibliotekarki jest taka uduchowiona – świat książek, ciszy, szeptów, szelestu przewracanych z nabożeństwem kart, świat marzeń i wyobraźni, niepowtarzalnego zapachu półek z woluminami. Niestety ów idylliczny obraz, to tylko wierzchołek góry lodowej. Potwór kryjący się pod powierzchnią to papierzyska, dokumentarzyska, statystyka i ogólnie mało fajne rzeczy. Ale ogarnę to wszystko, wiem, że tak. Będę bardziej szanowała i ważyła godziny czasu wolnego, bo czasami totalnie rozmieniam go na drobne. Nowa fucha wymagała dodatkowego dokształtu, co czyniłam przez cały ubiegły rok. Drenując tym samym finanse rodzinne, ale co zrobić. Nauka, jak się okazuje kosztuje.

Kolejna karta w tym moim kronikarskim wpisie, ma na imię JĘDRZEJ. A dokładniej: SYN Jędrzej. Któren to kilka dni temu pożegnał wiek małoletni i został dorosłym człowiekiem. No, w każdym razie takim, co nosi w portfelu dowód osobisty. I z chwilą ukończenia lat osiemnastu, nabył przebogaty wachlarz praw (wersja Jędrzeja) i obowiązków (wersja matki i ojca).
Strasznie dziwne uczucie - mieć już tylko dorosłe dzieci. Szczególnie, że Jędrek, jako młodszy od Michała o ponad 6 lat, zawsze wydawał się mi taki niuniuś, Ondraszek, Jędrulek malutki. A tu nie ma tak! 
Oby dorosłość Jędrka nie rozczarowała, oby mógł rozwinąć skrzydła i lecieć tam, gdzie tylko chce, by móc realizować swoje marzenia i żyć jako człowiek spełniony. Tego mojemu Synowi życzę, obok najważniejszego życzenia: aby był zdrowy. A akurat teraz, to życzenie na czasie, gdyż właśnie dziś, skądinąd przemiły i mam nadzieję, dobrze znający swój fach chirurg, zrobił porządek z przegrodę nosową Jędrka. Dziecko obolałe, biedniutkie... Serce matki skrojone na tysiące kawałków. I cóż po świadomości, że to zabieg tak naprawdę mający na celu poprawę komfortu jego życia. Bo z mocno pokrzywioną przegrodą może i da się żyć, ale za łatwo nie jest. 
Ale jutro będzie lepiej!

Co by tu jeszcze w temacie kronikarskim?

No grzyby były w lesie, to nagromadziliśmy spory zapas. 
Pies nam międzyczasie mało był nie zszedł, bo znowu jakiś porypany kleszcz raczył zarazić go babeszjozą.
Dzięki wznowionemu leczeniu biologicznemu zapomniałam o łuszczycy. Skóra piękna, gładka, ech… chce się żyć!
Trener na crossficie daje wycisk, że aż miło. I jak się człowiek tak mocno, mocno, baaardzo mocno przypatrzy, to efekty tegoż mojego tyrania na salce treningowej da się przychylnym okiem dostrzec. Ale przecież to dopiero początek :P
I za kilka dni, za dni parę jedziemy na łykendowe spotkanie z przyjaciółmi i będzie to taki fajny akcent luzu, przed nadchodzącymi, zapracowanymi dniami...

I tak o. Kręci się.

Ps. A wpis niech zdobią dwie fotki mojego młodszego syna – niespełna dwuletniego (zrobione lata temu na Mazurach, zgodnie z zamysłem: dziecko brudne, dziecko szczęśliwe) i prawie osiemnastoletniego (zrobione przed naszym domem).



wtorek, 12 września 2017

Mam tę moc! Mam tę moooc!

No właśnie. Mam moc.

Kalendarza nie oszukasz. Wrzesień przylazł, wciągnął, pochłania, miele przez maszynkę codzienności i powoli wypluwa. Ale już jak człowiek się rozpędzi to jedzieee, na tej hulajnodze, bez trzymanki i bez zatrzymywania. No chyba, że stopuje, aby:
  • sprawdzić, czy grzyby są (są, ale jakoś nie w tym lesie, do którego jeździmy. Kilka prawdziwków okazałych znaleźliśmy i jeden ozdabia ów wpis)
  • poczytać kolejnego Wrońskiego. Tym razem „Skrzydlata trumna” – fajnie się czyta, bo jak już kiedyś wspomniałam, Wroński, akcje swoich retro kryminałów z komisarzem Maciejewskim Zygą w roli głównej, osadza w moim ukochanym okresie międzywojennym (choć w tym przypadku tylko częściowo), plus w troszkę moim (choć może nie kochanym, ale znanym mi dobrze) mieście Lublinie, 
  • pobawić się w przetwórstwo warzywne (na tapecie sos paprykowy). 
Do tysioncapińcet spraw w tygodniowym harmonogramie, dołożyłam sobie dobrowolnie i dodam, że z radością i zapałem, powrót na treningi crossfitu! Zaskoczeniem było dla mnie to, że organizm tak całkiem nie zapomniał trudów treningów, chociaż ostatnio na sali byłam - o zgrozo! - 7 miesięcy temu! Przeczołgana przez trenera dawałam radę! Wszystkie powtórzenia zrobione, zero przestojów. Jestem zadowolona i pełna energii.
Nie mam pojęcia jak zgram je czasowo z codziennym grafikiem, szczególnie od października, kiedy wydłuży mi się tydzień pracy, ale przecież MAM TĘ MOC, więc dam radę!

ps. A o tym dlaczego tydzień pracy się wydłuży, a raczej rozciągnie, jeszcze napiszę, bo to w sumie fajna wiadomość dla mnie i całkiem nowe COŚ :)