środa, 1 kwietnia 2020

Sobota

Od jakiegoś czasu nie mam problemu z docenianiem - celebrowaniem - chwil. Tak jak teraz, gdy siedzimy z pachnącą latte na własnym tarasie skąpanym w słońcu, z widokiem na rozległą przestrzeń łąk, z horyzontem przeciętym nadrzecznym wałem. Leciutko bujam się na krzesełku-hamaczku, które Michaś wytargał przy słonecznej sobocie ze stryszku.
Jest cichutko, ciszą natury i niewielkiego podmiejskiego osiedla z domkami małymi. Jakie to jest cenne, a w obecnej sytuacji - BEZCENNE. Kawa z mlekiem smakuje jak żadna inna w jakimkolwiek zakątku zatrzymanego nagle Świata. Marko skopał warzywnik, wydeptał ścieżki pomiędzy grządkami, wysieję dzisiaj pierwsze warzywa. Rukolę, sałatę kruchą, rzodkiewkę, koperek. Skowronek przyśpiewuje. Świergolą kosy i szpaki... Dziś rano, kiedy dom jeszcze był ukołysany snem, dostrzegłam pana bociana, który z dziobem pełnym suchych traw, nisko szybował nad naszym trawnikiem, zmierzając do swojego gniazda. Każdego roku obserwuję wczesną wiosną prace remontowe przy jego pobliskim ptasim M-1.

Mój Boże, przecież ten świat musi trwać!
Musi wrócić czas, kiedy swobodnie wyjdziemy na spacer, czy poszwendać się, gdzie tylko nam się chce. 
Musi.
Ale póki co, twórzmy nową rutynę jakże innej codzienności. Aby mieć dla siebie i swojej rodziny komfortowe miejsce na bezpieczne oczekiwanie powrotu normalności. 
Bo przecież wróci ta normalność, na którą czasami zdarzało się psioczyć.
Że do pracy trzeba rano, że znowu poniedziałek, że załatwić to i tamto, i że kuuurcze nudzi mi się, co by tu porobić. Albo, że roboty w robocie nadmiar i jak tu wyrobić na zakręcie!
Wrócimy do tej normalności mądrzejsi i inni. 
Jestem pewna, że inni.
Wierzę, że mądrzejsi.

Tę notatkę zrobiłam w minioną sobotę - na oko cudną, słoneczną, wiosenną. W naszym zakątku świata całkowicie odciętym od strasznych wydarzeń koronawirusowych. Dzięki pracom ogródkowym zrobiłam kilka tysięcy kroków na świeżym powietrzu, bezpiecznie, bo wokół własnego domu. Jak wielu ludzi tego nie ma, dla jak wielu zwykłe wyjście do sklepu wiąże się z niepokojem pokonania choćby klatki schodowej, windy. Myślę też, że osoby mieszkające w blokach, szczególnie w dużych miastach, uczucie izolacji, wykluczenia, mają zwielokrotnione.
Po raz nie wiem który doceniam fakt, że mieszkamy na prawie końcu, prawie wiejskiego osiedla w naszym miasteczku. Z dość dużą przestrzenią wokół. Zawsze możemy wyjść "na spacer" wkoło domu :)
W tygodniu pilnuję typowego rytmu dnia osoby aktywnej zawodowo - siadam do kompa, rozkładam swoją papierologię i pracuję. Podziwiam wszystkie te osoby, które mają małe dzieci i te w wieku szkolnym, i muszą nie tylko zajmować się nimi, ale też jakoś tę swoją zdalną pracę ogarniać. Chylę czoła przed tymi, którzy takiej możliwości nie mają - muszą po prostu w miejscu pracy być, bo inaczej się nie da.

- - - - - -

Kontynuuję swoją osobistą "akcję": fotka na koniec-fotka na początek miesiąca.

31 marca 2020 było tak:





a dzisiaj tak o:



poniedziałek, 23 marca 2020

Moja Mama i "nie wychodź z domu"

A dziś rozwaliła mnie moja Mama.
Poszła do sklepu spożywczego. No musi od czasu do czasu wyjść, nie mogę co chwilę do niej jeździć te 70 kaemów w jedną i drugą z kilogramem ziemniaków, czy butelką mleka. Po powrocie dzwoni do mnie, zdaje relację, że zakupy robiła w rękawiczkach jednorazowych, że odkaziła ręce i klamki po powrocie, w sklepie ponad metr odległości, z nikim nie rozmawiała, i tak dalej, i tak dalej. Pogadałam z nią o różnych sprawach, bo rozumiem, mieszka sama, może się czuć teraz mocno osamotniona. Po rozłączeniu wróciłam do swojej pracy (zdalnej), gdy znowu dzwoni Mama.
- Agusia?
- No tak Mamo, co się stało? - przerywam pracę nad padletem dla moich współpracowników i przestawiam się na tryb słuchania Mamy.
- A ty lubisz bociany?
Matkobosko, mózg mi się na chwilę zawiesił, bo raz: szukam w swojej głowie zajętej czym innym, odpowiedzi na strategiczne pytanie: czy ja lubię bociany?, a dwa oczami wyobraźni widzę bociana, który wylądował na maminym balkonie i Mama nie wie co z nim zrobić.
- No Mamo tak..., no lubię bociany..., ale co się stało???
- A bo wiesz, jak wracałam ze spożywczaka, to w tym małym ogrodniczym niedaleko widziałam takie pięęęęękne plastikowe bociany do ogródka, byś se postawiła.
- MAMOOOOOOOO! - ciśnienie, zwykle książkowe, mi wzrosło, zmarnowałam te dwie kawy, które wypiłam od rana - nie chcę żadnego plastikowego badziewia do ogrodu! Ale najważniejsze: TY MASZ SIEDZIEĆ NA TYŁKU W DOMU, a nie latać po sklepach za plastikowymi bocianami!!!!!!!!!!
- No dobrze - smutno poddaje się Mama - tak tylko chciałam zapytać.
I żal mi się robi Mamy i zła jestem na siebie, że ją obsztorcowałam, ale boszsz ty mój! Przecież jeśli nie będzie uważała, i NAPRAWDĘ przestrzegała zaleceń, a nie od czasu do czasu, gdy jej wygodnie, to jej organizm nie poradzi sobie z ewentualnym zarażeniem! Naraża siebie i potencjalnie innych. Mówię to jej już na spokojnie. Jak i to, że jeśli wylądowałaby w szpitalu (tfu, tfu, tfu) to nawet nie miałabym szans, aby ją odwiedzić i... ech... i w ogóle.
- Mamo BŁAGAM cię SIEDŹ W DOMU!
- No przecież siedzę. To ja już nie pójdę po te bociany, ale mówię ci śliczne!

Kurtyna

czwartek, 19 marca 2020

Ktoś zatrzymał świat

„Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam
Przez życie nie chcę gnać bez tchu.” 


Anna Maria Jopek


No i zatrzymał się Świat. Ale wysiąść się z niego nie da. Mogę tylko dziękować Bogu, że ta nieplanowana stacja zdarzyła się mi w moim bezpiecznym domu. Przed który mogę wyjść i zaczerpnąć świeżego i mam nadzieję zdrowego powietrza. Dziś rano przywitało mnie klekotanie bocianów. Sąsiadka Tereska już wczoraj mówiła:

- Agnieszko, boćki nasze wróciły!

Może więc będzie dobrze. Natura nie ma kwarantanny, drzewa w pąkach, kwintą krokusy, hiacynty, mocno wybiły wszystkie cebulowe kwiaty. Głośne zrobiły się ptaki. Słońce zdaje się pozostawać w sprzeczności do tej chmurnej, ponurej rzeczywistości.

Jak cała oświata i moja praca stanęła. Pierwsze dni były dla mnie trudne – ciężko nagle przestawić się na inny tryb aktywności zawodowej. Ale przecież mam szczęście, nie muszę codziennie narażać swojego zdrowia, więc nie marudzę. Uczę się nowego Tu i Teraz. Dyscyplinuję, aby w domu usiąść i robić to co mogę zdalnie. To teraz takie słowo klucz, jak i inne: sytuacja jest dynamiczna i bycie w sile wieku (cokolwiek według doniesień medialnych to znaczy). Po pierwszych dniach nawału informacji, nie śledzę non stop doniesień ze świata i Polski. Robię co do mnie należy, komunikatów wysłuchuję tylko oficjalnych, nie grzebię w internetach i wnerwiają mnie przesyłane przez znajomych różne sensacyjne doniesienia i pseudo potwierdzone wiadomości. Chociaż miałam moment załamania, bezsilności w obliczu tego, że nie na wszystko mam wpływ. Skupiam się na rodzinie i tym co ja SAMA mogę zrobić w tej kiepskiej i niepewnej sytuacji.

Chłopcy są w domu w trybie on-line. Marek pracuje. Codziennie przy wjeździe na teren pracy wszyscy mają kontrolowaną temperaturę. Zakupy robię co kilka dni, kiedy naprawdę muszę – obsługujemy przecież nie tylko siebie, ale moją mamę w mieście dużym (póki co jeden raz zawieźliśmy jej zapasy, robiąc je u nas na miejscu) i teściową (teść zdecydował się dokończyć leczenie sanatoryjne, gdzie obostrzenia są znaczne i mamy nadzieję, że tam jest bezpieczny).

Dużo czytam, gramy w scrabble, oglądamy filmy. Jesteśmy razem, to przecież szczęście. Dziwny czas, kiedy należy przewartościować tak wiele rzeczy, planów, zmienić priorytety. To jest trudne w takiej niepewności. Ale przecież - jestem tego pewna - przejściowe. Trzeba sprawić, aby ten czas nie poszedł paradoksalnie na marne. 
Jakkolwiek apokaliptycznie, mrocznie i bezsensownie by to nie zabrzmiało - może tego Światu było potrzeba, by nie gnał tak bez tchu…


wtorek, 10 marca 2020

Obyśmy zdrowi byli!

Tydzień temu miałam dobrą środę. W szpitalu w mieście dużym, załatwiłam pozytywnie sprawy związane z moją chorobą. Rozpoczynam po raz kolejny kwalifikację do leczenia biologicznego łuszczycy. Tym razem lek będę miała refundowany 2 lata, a nie rok. O dzięki ci enefzecie! Dwa lata spokoju od choroby, dwa lata gładkiej skóry. Dwa lata, w ciągu których będę mogła chodzić na basen, zakładać koszulki i sukienki z krótkimi rękawami i odsłaniać nogi. Nie czuć skrępowania z powodu wyglądu mojej skóry, ale przede wszystkim nie czuć jej BÓLU, pieczenia i swędzenia.

Ponieważ zafundowałam sobie dzień wolny od pracy, potrenowałam prawie trzygodzinny, najprawdziwszy w świecie shopping. I serio to był trening! Zrobiłam ponad 5 tysięcy kroków w dużej galerii! To jest możliwe? Serio? Kobietki wy tak naprawdę częściej potraficie? Szacun!

Nie pamiętam kiedy na samą siebie wydałam tak dużo kasy. Zakupowe szaleństwo zakończyłam w kawiarence na obłędnej latte. I się nigdzie nie spieszyłam. Tak sobie siedziałam i było mi błogo. Od niechcenia zerkałam w internety, gdzie trwała w najlepsze medialna "transmisja" z "przybycia" do Polski koronawirusa...

Przez tydzień dużo się zmieniło. Wirus w koronie stał się realnym zagrożeniem i jakby mniej mi do śmiechu. Szczególnie, że pracuję w szkole, w której mamy uczniów z całej Polski, podróżujących, często się przemieszczających. I w ogóle w naszym mieście z racji uczelni wyższej i wojska, rotacja ludziów jest spora. Także koniec śmiania z celebryty koronawirusa. Czas podejść do sprawy poważnie.

Szkoda nam bardzo koncertu Carlosa Santany w Krakowie - bilety kupiliśmy chyba w listopadzie, koncert odwołany. Ale decyzję rozumiemy. Zapewne planowany wyjazd do Romy na "Aidę" też zawiśnie na włosku - bilety mamy na 3 kwietnia, a sytuacja jest jak widać dynamiczna. Sami skrupulatnie dbamy o formę i zdrowie, myjemy rączki według instrukcji, które się nagle wszędzie pojawiły i myślimy sobie tak: chorobę szalonych krów przeżyliśmy, ptasią grypę również, to może i ten wirus koronowany nam nie zagrozi?
Zapasów na wypadek ewentualnej - tfu tfu przez lewe ramię i w niemalowane puk puk - kwarantanny nie mam. Ot, jak zawsze, coś tam w spiżarce w zapasie jest, ale czegoś - nie daj boszsz - większego, to tym nie opędzę. Jejuś, czyli co? Znowu zakupy? Yh.


ps. Zapomniałam zrobić fotki ostatniego dnia lutego - szkoda, bo to taki dzień raz na 4 lata ;) Ale za to 1 marca cyknęłam. Cóż... nie różnił się ów dzień wiele od poprzednich niby zimowych...




piątek, 7 lutego 2020

Pani Koteczka była chora

Jak w tej reklamie: dziś mi się nie chce, dziś mi się chce.
Z tymże chwilowo zatrzymałam się na tym „nie chce”.
Może minie?

Ze zwierzyńcem mamy jakiś maraton atrakcji związanych ze zdrowiem. Fafon ledwo wyszedł z uszczerbków na zdrowiu po pogryzieniu się z psem, a wyniknął problem z kotełkiem.

Kotełek od jakiegoś czasu się drapał i drapał. Oglądaliśmy sierściuszka czarnego – pchełek ani innych robaczków (brrr!!!) nie dostrzegliśmy. Kitka zaczęła się dziwnie zachowywać – bo unikała miejsc w domu, które zwykle lubiła. Generalnie od kilku dni przesiadywała w… łazience, albo toalecie małej. Zawinięta w puchaty węzełek gdzieś pod szafką, albo… w wannie, albo… pod prysznicem.

- Zróbcie coś z tym kotem, bo jemu coś jest – zawyrokował Michał, gdy tylko się pojawił w domu, a że na co dzień z kotem nie jest, to uznaliśmy, że ma jakby dystans i lepszy ogląd sytuacji.

No i Marko pojechał do naszej Ulubionej Pani Wet (połowę trasy z kotem pod pedałami, bo kitka wygrzebała się z torby). I się okazałosie, że Kiciuch złapał paskudnego pasożyta skórnego (brrr!!!), na szczęście nie przechodzącego na ludziów, ale oczywiście moja wyobraźnia zrobiła swoje. Domestosy i inne takie tam poszły w ruch.

Kiedy emocje mi opadły, pomyślałam, że koteły to jednak są mądre i inteligentne stworzenia. Nasza Koteczka sama zaczęła się izolować od nas, jakby chciała chronić nas przed tym, co ją spotkało.

- Taa… właziła do wanny, bo chciała się umyć – studził moje rozmyślania Michał.

Póki co Kitka kąpana być nie może, bo ma zaaplikowane leki. Za jakiś czas na pewno to uczynię.

Leczenie drogie, ale oby było skuteczne. Poza tym, kiedy człowiek decyduje się na zwierzątka, to tak naprawdę inwestowanie w ich zdrowie, jest poniekąd inwestowaniem w zdrowie właścicieli :)

poniedziałek, 3 lutego 2020

W oczekiwaniu na... zimę?

Pierwszy dzień lutego zatrzymany w kadrze. Dziwnie wygląda – jakiś dysonans się wkrada pomiędzy słowem „luty” i tym co funduje aura. Wiosna, panie. I dziwnie tak cieszyć się na wiosnę, gdy wciąż czeka się na zimę…


piątek, 31 stycznia 2020

Do widzenia, panie styczeń!

No właśnie - do widzenia, goodbye, pa pa! Jaki tam z ciebie styczeń? Bez mrozu, śniegu, spowity w listopadowym mroku i...
... z tęczą wymalowaną na horyzoncie.

Kontynuuję moją osobistą "akcję" - jeden kadr na zakończenie, jeden na rozpoczęcie miesiąca. Widok z progu drzwi wejściowych i tarasowych.
Dziś żegnał się styczeń tak: