poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Jestem...

Lato gorące. Dojrzałe już. Z chłodnymi nocami i rześkimi porankami. Reanimujemy zeschniętą część trawnika. Z na wpół dojrzałych jabłek, które trzeba było zerwać z uginających się pod ich ciężarem gałęzi, ususzyłam w piekarniku pyszne jabłkowe chipsy. Chrupią i pachną cynamonem.

Zbieram siły. Niczym akumulator zachłannie gromadzę energię, chronię ją, by nie uronić ani cennego grama. Bo tego teraz potrzebuję. Mocy, siły, pewności, wiary. Żadnego rozkojarzenia, żadnego rozdrabniania. Realizuję to co najważniejsze i klapki na oczy na całą resztę.

Schudłam. Jestem silniejsza. Skoncentrowana. Pewna. Maksymalnie skupiona.

Jestem!


poniedziałek, 9 lipca 2018

Wakacyjne nic

Czas biegnie nam w letnim rytmie. Mnie ominęła potrzeba odsypiania pobudek skoro świt, chyba się do nich przyzwyczaiłam, bo wstaję dość wcześnie, choć przecież urlop. Rodzina jeszcze śpi. Koteczka jeszcze nie śpi i towarzyszy mi w moich porannych wędrówkach w warzywniku i wokół kwiatowych rabatek, przeschniętych od upału kwiatów doniczkowych. Wypijam kawę, zjadam lekkie śniadanie, pochłaniam książki. Wieczorami udajemy się z Marko na „sportowanie” - on biega, ja usiłuję go dogonić z moimi nordickowymi kijami. Ja chcę w te wakacje zgubić jeszcze troszkę kilogramów (idzie dobrze!!!), a Marko chce bezkarnie objadać się lodami. Później lądujemy w basenie, w którym tak smakuje mrożona kawa, albo zmrożone, białe wytrawne winko. Kocham ten letni, wakacyjny spokój. Wieczorem grają świerszcze, a rankiem w olchach świergoli kos. Po zachodzie słońca, w gasnącym świetle mijającego dnia leżę na hamaku i czytam książkę.
Lato trwaj…
Dziś na obiad zrobiłam risotto z indykiem i warzywami z mojego warzywnika (fasolka szparagowa, groszek, cebulka, czosnek, cukinia, pomidory), pychota. A wścibski słonecznik, co to wyrósł pod kuchennym oknem zerka i zerka ciekawskim okiem.


sobota, 7 lipca 2018

Trochę na smutno - sorry

W jeden z ostatnich ciepłych dni czerwca rozstawiliśmy basen w ogrodzie. Przy okazji testowaliśmy nowe maty solarne do ogrzewania wody (zdają egzamin), ale niestety zaraz potem przyszły zimne dni i takież noce, i jedyny basen z jakiego przyszło nam korzystać, to był kryty. W mieście tuż nieopodal. Dla mnie to wciąż nie lada przeżycie – jako osoba chorująca dość ciężko na łuszczycę, rzadko przez wiele lat mojego życia, mogłam cieszyć się takim przybytkiem. Więc wprawia mnie w zachwyt to, że mogę swobodnie pływać w te i we wte i moczyć tyłek w jacuzzi. Cudowne uczucie, nikt, kto cieszy się zawsze zdrową skórą nie zrozumie emocji, które wówczas mi towarzyszą. Korzystam z tego namiętnie, bo w sierpniu zakończy się moje leczenie biologiczne i podejrzewam, że choroba wróci. Ale cudny jest czas bez niej i dodaje mi sił.

A poza tym to wakacje. Które mijają pod znakiem mistrzostw świata w piłce nożnej (porażka Polaków zabolała, oj bardzo) i pod znakiem pomaturalnych wyborów Jędrka. I mniejszych lub większych problemów, które wierzę, że się rozwiążą i zaowocują tylko umocnieniem tego, co powinno być silne i nienaruszalne. Wyniki matury Jędrka satysfakcjonujące i to nawet bardzo, zdecydowanie powyżej średniej krajowej, a czy to wystarczy na wymarzony kierunek Jędrka? Okaże się w drugiej połowie lipca.

Czytam książki tylko z pozytywnym przesłaniem. Swoje myśli i energię lokuję tylko w tym, co najważniejsze. Taki to dla mnie teraz czas – skupić się na tym, co jest dla mnie i mojej Rodziny NAJWAŻNIEJSZE. Nic więcej.

A dziś wróciłam od Mamy. Krótki czas mogłam jej oddać, ale taki ważny… Ważnej i bolesnej, rodzinnej rocznicy. O dziwo, to ja się złamałam.

- Nie płacz Agusia, ja już dawno wszystkie łzy wypłakałam, nie płacz - nie pamiętam, kiedy to Mama mnie, a nie ja ją pocieszałam, nie pamiętam...

Warto cenić każdą dobrą chwilę życia.
To nie frazes, choć tak brzmi.

czwartek, 21 czerwca 2018

Zmęczona

Upalny, najdłuższy dzień w roku. Wieczorem w powietrzu zawisła burza i tak wisi, nie dając wytchnienia, ani deszczu. Coś tam chwilkę musiało kropnąć, bo na niebie zawisła niemrawa tęcza.

Trawnik suchy...

Jestem bardzo, bardzo zmęczona. Z upragnieniem czekam na jutrzejszy start wakacji. Choć pierwszy tydzień, albo i dwa będę jeszcze pracowała, ale już bardziej na luzie. Skupię się wreszcie na tym, co mam zaległe, nic i nikt nie będzie mnie od tego odciągał. Jak nigdy czuję, że ciężko zapracowałam na te wakacje. Chcę odpocząć nie tylko od nawału obowiązków, ale też od nie zawsze fajnych sytuacji międzyludzkich... Różnych emocji, nie to, że złych, tylko po prostu takich ciężkich, napiętych, bardzo trudnych.

Przewertowałam „swoją” bibliotekę w poszukiwaniu książek, bo zamierzam wreszcie NAPRAWDĘ POCZYTAĆ. Jestem po prostu głodna czytania. Na mojej półeczce przy łóżku leżakują zarówno jakieś tam miłe czytadła, jak i wieczne zaległości (np. „Zły” Tyrmanda, czy „Komu bije dzwon” Hemingway’a). Więcej planów nie mam. Chcę spędzić najbliższe dwa miesiące w najzwyklejszym, nudnym spokoju.

czwartek, 14 czerwca 2018

Pomeczowo

Rzadki wolny poranek spędzam na tarasie z kawą. Połowa naszego trawnika ma rudy kolor, a druga, ta czasowo w ciągu dnia zacieniona, zielony. Upalny maj i czerwiec są dla niego bezlitosne. Z zasady nie podlewamy go – za duży teren, więc raz szkoda kasy na wodę, a dwa bardziej ekologicznie. Przyjdą deszcze, a przyjdą, bo natura ma tendencje do równowagi, trawnik odżyje. Podlewam tylko kwiaty i warzywnik. 

Kilka dni temu spełniliśmy takie nasze małe, rodzinne marzenie o tym, aby obejrzeć polską reprezentację w nożną na Stadionie Narodowym. Kibicowaliśmy naszym „Orłom Nawałki” na meczu Polska-Litwa, podczas hymnu byliśmy białym tłem naszej cudownej, biało-czerwonej flagi. Stadion wspaniały, przestrzenny, wygodny, doskonale zaprojektowany, robi wrażenie. Moment śpiewania hymnu przez ponad 50 tysięcy kibiców na żywo wzrusza o wiele bardziej niż słuchany w telewizorni! 6 lat temu mieliśmy okazję oglądać mecz Polaków z Andorą, przed Euro w Polsce, ale to było na stadionie Legii, mniejszym, więc i wrażenia inne.

Na fotkę - klik - będzie fragment hymnu:



Przy okazji robienia obowiązkowego rodzinnego selfie z płytą boiska w tle, dostrzegłam, że moje włosy wymagają farbowania, więc siedzę z farbą na łbie. Michaś we stolicy, Jędrek na wyjeździe u Uroczej Koleżanki Aleksandry 😍, Marko w robocie, kot rozwalony na naszym łóżku, a Faf w pozycji półleżącej ozdabia taras swoim pięknym, psim jestestwem. Nikogo nie narażam na widok kobity w trakcie korekty wizerunku.

Końcówka roku szkolnego wkroczyła w etap totalnego wariatkowa, głównie papierologicznego. Zważywszy na moje zaległości protokołowe, połowę lipca jeszcze spędzę żyjąc pracą. Nie wspominając o robocie przy rekrutacji, która jak wiadomo przebiega w trakcie wakacji. Ale nie, nie, daleko mi do narzekania na pracę w oświacie. Ja akurat należę do nielicznej grupy grona ped., które ceni wolne (choćby obarczone dodatkową pracą), które ten zawód ze sobą niesie. Choć nie powiem, praca na półtorej etatu wysysa energię. I czas, czas, czas! Dlatego zostawiam fotkę naszego cud miód malina Narodowego, gnam zmywać farbę z łepetyny i do roboty!




wtorek, 5 czerwca 2018

Z Mamą, czyli ratunku, pesmista na drodze!

Marko pojechał na cały tydzień służbowo do Kotliny Kłodzkiej, a do mnie przyjechała Mama. Jak to mówią na letnisko, na wieś. Ledwo Mama rozpakowała się w pokoju Michała (no bo Michał we Warsiawie, więc Mama z braku pokoju gościnnego w naszym domu, otrzymała w czasowym spadku pokój po wnuku), oznajmiła:

- Wiesz, ale ja tak maks do piątku, w piątek to ja muszę wracać.
Nie wiem czego, po co, skoro w swoim mieszkaniu, w mieście duuuużym Mama siedzi sama i czasami, gdy do niej dzwonię marudzi, że „jej się przykrzy i nie ma z kim pogadać, i do lekarza sama, i na basen sama, wszędzie sama”.
Nie powiem, pierwszego dnia pozachwycała się pięknymi okolicznościami przyrody: "u was to jednak inne powietrze, pięknie tu macie, i tak wszystko zadbane, o zobacz jeż tupta, kiedyż to ja jeża na żywo widziałam"? By zaraz dostrzec mankamenty: "komary gryzą, gorąco jest, i czego ten gołąb tak smętnie grucha?"
Bo dzikie gołębie uwiły sobie urocze gniazdo w modrzewiach Gosi, przesiadują zaś na naszej pergoli nad ścieżką, po której niemrawo pnie się fioletowy clematis i srają, z przeproszeniem, pod tę pergolę, na tę ścieżkę.

Na drugi dzień Mama stwierdziła, że zupa moja zacierkowa to ma "za duże zacierki i za dużo kopru. A pierogi ruskie to kto robił? Ty? Moje lepsze!"
- No Mamo wiadomo, u mamy zawsze najlepsze - udało się mi wtrącić.
- I dlaczego ty tak długo dziecko pracujesz? Gdzie tak długo pracować, i po co ty tyle pracujesz???

W te pędy poinformowałam Synów dwóch moich: jak będę taka zrzęda jak Babcia Halinka (zresztą drugiej Babci też niczego w tym temacie nie brakuje), to walić w łeb, się nie przejmować, że niehumanitarnie.
Sama jednakże znoszę to zrzędzenie Mamy, usilnie starając się naprowadzać ją na weselsze ścieżki. Podziwiamy cud malina obłoczki, co to sobie wypłynęły na błękitny przestwór nieba, i Mamę najszła refleksja: 

- Wiesz, ja to się zastanawiam jak po śmierci tam w niebie jest? Ciekawie jak na tamtym świecie się żyje? - Mama ma lat 68, wygląda na co najmniej 10 mniej.

- Nie wiem Mamo jak jest i póki co, bardziej mnie interesuje jak jest na TYM świecie. A jest pięknie!
- A po co ty te kwiatki rwiesz? 
- Aby zrobić bukiet i wsadzić w wazon na stół tarasowy. Aby było ładnie. Miło i przyjemnie. Bo o to Mamo w życiu chodzi przecież, aby sobie umilać, a nie uprzykrzać codzienność.

Wieczorami, kiedy już wrócę z pracy ("o jak ty późno dziecko z tej pracy wracasz"), odsapnę chwilkę i gnam z Mamą na osiedlową siłownię pod chmurką. Tam Mama korzysta z urządzeń, szczególnie tych angażujących bark ("bo mnie coś cały czas boli w tym barku, Agusia") i opędza się od komarów. Ale ćwiczy zapamiętale:

- Bo ruch to zdrowie. Wiesz lekarz mi mówił, że to najlepsze lekarstwo na starość.

Kurtyna :) 

poniedziałek, 28 maja 2018

Taka niedziela

Cichy dzień. Spowity w błękit bezchmurnego nieba. Pachnący dziką różą. Zielony, jak tylko soczysta może być zieleń majowa. Leżymy na pomarańczowym kocu wpatrzeni w ten błękit, obramowany zielonymi wierzchołkami olch i wiązów. Nic więcej nie potrzeba, naprawdę, tylko spokoju, ciszy, nas dwoje. Spokoju…