poniedziałek, 24 czerwca 2019

Upalnie. No i fajnie

Upalny dzień musiałam spędzić w dużym mieście. W dużym szpitalu, siedząc przed gabinetem, wśród ludzi z dużymi problemami zdrowotnymi. Moje - na szczęście okazały się dmuchaniem na zimne, i mieszczą się raczej w profilaktyce, ale i tak – strzeż Boże, strzeż od takich miejsc.

Z miasta rozgrzanego, z miasta głośnego, z miasta tłocznego, wróciłam do naszego cichego zakątka i usiadłam na tarasie. Po prostu. Wypiłam kawę. Porozmawiałam z Marko i z Jędrkiem, który szykował się do wyjazdu do swojego miasta dużego (brrr!). Wskoczyłam do basenu, to nic, że to raptem 3 metry na 3 – wystarczy, by spłukać z siebie gorące słońce.

Wieczorny rytuał podlewania kwiatów działa na mnie kojąco. Przy okazji robię przegląd, co tam u nich słuchać, które trzeba przyciąć, gdzie uskubać przekwitnięte kwiatostany, i czy w warzywniku ogóreczki podskoczyły, i jak się ma cukinia wespół w zespół z fasolką szparagową. Przeganiam Fafika, który upodobał sobie ostatnio leżakowanie w moim zielniku - no wgniótł mi skubaniec troszkę bazylii!

Mając w pamięci zeszłoroczne przesuszenie sporej połaci trawnika, podlewamy ten fragment, który jest wystawiony na słonko od rana do późnego wieczora. Zraszana ziemia pachnie cudownie...





czwartek, 20 czerwca 2019

Pierwszy dzień wakacji

Koteczka rano robi obchód ogórdeczka. Wołam ją do domu, bo w kojcu pies przebiera łapami, aby rozpocząć swoje władanie na podwórku.

- Kiciuch do domu, pies wyłazi!

A Kiciuch jak ta królowa angielska drepcze łapka za łapką, bujając na boki przysadzistym brzuszkiem, z ogonem buntowniczo postawionym na sztorc. Moje „pośpiesz się sierściuchu” zbywa cichym miauknięciem – w domyśle „odwal się człowieku”. Wreszcie wkracza na salony, uwala swoje czarne cielsko pod krzesłem bujawką i wrednym wzrokiem spogląda przez tarasową moskitierę na psa.

W pracy najpilniejsze sprawy zakończone, ale pilne wciąż w rozsypce. Odpocznę do niedzieli, w poniedziałek sprawy lekarskie i z powrotem do pracy.

Wakacje.








środa, 12 czerwca 2019

Bzzz...

Od tygodnia wokół domu snuje się zapach wolno spalanej kawy mielonej – podobno działa odstraszająco na komary. Przy czym "podobno" jest tutaj słowem kluczowym. No i nic nie wskazuje na to, aby komary były o tym powiadomione – że palona kawa ma ich odstraszać.

Jak na razie na te hurtowe ilości wrednych krwiopijców, wylęgłych po wylaniu rzeki, działa jedno: zaryglowanie drzwi i osiatkowanie okien moskitierami. Nie ma szans na wieczorki w ogrodzie. No chyba, że się chce człowiek narazić na sporą utratę krwi.

Ponoć miasto czyniło działania pt. „odkomarzanie”, ale jaki tam samochód bojowy z bronią na komary zajechały na nasz koniec (nie)wsi? W obliczu spodziewanych gości i złożonej im obietnicy miłej posiadówki na tarasie w poświacie zachodzącego słońca, tudzież wschodzącego księżyca i blasku świec, podjęłam się bohaterskiego czynu odkomarzania samodzielnego. Rozcieńczyłam odpowiednią trutkę zanabytą w sklepie ogrodniczym, i z 7-litrowym baniakiem na oprysk ruszyłam na obrzeża działki.
I teraz żądam orderu za odwagę, bohaterstwo i odniesione w boju rany. Co do efektu, to póki co jest…, że tak powiem… trudny do ocenienia. Przejdą goście, zasiądą na tarasie – się okaże.


Marko wybył na wycieczkę służbową na Mazury i odpoczywa od komarów. No tak – turystyczne miejsca nie mogą narażać turystów na komarowe naloty dywanowe. Odkomarzanie to u nich żelazna pozycja w budżecie miasta.

U mnie zaś rezyduje Mama i o dziwo wcale nie marudzi. To znaczy tylko na komary. Ale do tego ma pełne prawo :)



czwartek, 6 czerwca 2019

Wieczorem...

Nie chce mi się roztrwaniać energii na działania, które są z mojego punktu zbędne. Wolę koncentrować swoją energię i uwagę na tym, co sama uznaję w danym momencie za ważne i istotne. Wiem, że brzmi to egoistycznie, a wbrew pozorom wcale nie jest łatwe. To sztuka umieć rozsądnie przesiać całą tę papkę jaką serwuje życie. A przy okazji jednak dobrze współistnieć z tym światem, wśród ludzi. Bo przecież nie chodzi o palenie mostów, ale o budowanie ich, przy jednoczesnym zachowaniu dla siebie ustronnych brzegów, a czasami i bezludnych wysp. Bez tłumaczenia dlaczego. Z możliwością powrotu, ale i z możliwością schowania tego, co jest tylko moje.

- Jędrek, założyłeś skarpetki każdą inną - dostrzegłam troskliwym okiem matki, stopy Syna obleczone w jedną czarną, a drugą szarą skarpetkę. Któregoś tam piątku, gdy wrócił ze stolicy na weekend w domowe pielesze.
- Mamo, a kto powiedział, że skarpetki muszą być zawsze dwie takie same? - zupełnie naturalnie zdziwił się Jędrzej.
No właśnie - kto?
Lubię uczyć się od swoich Synów.

Tymczasem (którego jak głoszą językowcy ponoć tak naprawdę nie ma) przyszedł czerwiec. Z upałem i komarami. I obietnicą lata.
Czas mrożonej kawy. I puszczania baniek mydlanych. Odpoczynku od zaplątanych sytuacji, zagęszczonych akcji i dziwnych służbowych relacji.
Wakacje na horyzoncie...


środa, 29 maja 2019

Nie wiem jaki dać tytuł tej notce

Porobiło się mnie tak, że jakiś czas temu, miesięcy będzie kilkanaście, a może to dłużej trwa – zamknęłam się mentalnie w hermetycznym świecie - świecie Agi. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. W sensie dla świata zewnętrznego – bo dla mnie to spoko, tak mi pasuje, taki mój wybór. Świadomy. Zrodzony z doświadczeń, a jakżeby inaczej. Wciąż też kontaktuję się ze znajomymi, spotykam z nimi, rozmawiam, jestem otwarta i tak dalej. Ale ludzie mnie rozczarowują. Nie jacyś konkretni, tylko tak ogólnie. Po głębszym zastanowieniu nad istotą pięknego uczucia jakim jest przyjaźń, dochodzę do wniosku, że przyjaciela to tak naprawdę mam tylko jednego. Takiego prawdziwie od serca i do wszystkiego, na którym mogę polegać bezgranicznie, który daje mi bezpieczeństwo w każdym aspekcie życia. Jest nim Marek. Kiedy przyglądam się różnym okresom swojego życia, uświadamiam sobie, że przewijały się w nim rzesze ludzi, których nazywałam przyjaciółmi, i którzy byli dla mnie ogromnie ważni, byli, a niektórzy są nadal bardzo, bardzo bliscy. Zmieniali się, jedni byli przy mnie dłużej, inni krócej, niektórzy są nadal. A tylko jedna osoba jest ze mną zawsze. We wszystkim – Marko.

Dobra jest taka przyjaźń w miłości.




wtorek, 28 maja 2019

No i wyszedł...

A jednak wyszedł Wieprz z brzegów. Wisła wysoka, nie wpuszcza go. Na szczęście w naszej okolicy rzeka z jednej strony ma gdzie wylewać – rozległe pastwiska i nieużytki, a od strony zabudowań, jest mocny wał przeciwpowodziowy. Nie mniej, rozlana rzeka budzi emocje i przyciąga obserwatorów. Ruch więc wzmożony, momentami atmosfera piknikowa – może dlatego, że mimo wszystko wielkiego zagrożenia powodziowego nie ma. Jeżdżę i ja wieczorami rowerkiem, choć mogłabym i iść piechotką, bo nasz dom od wału i rzeki dzieli jakieś 200-300 metrów. Starsi sąsiedzi wspominają jak to dawniej bywało, gdy nie było wałów. Na przedwiośniu, bo kiedyś była taka pora roku, teraz jakoś nie ma 😀, kry pływały tuż pod drzwiami domów. Teraz nasze (prawie) wiejskie osiedle jest chronione wałami i może dlatego rozlewisko budzi paradoksalnie zachwyt nad malowniczością żywiołu. Z drugiej strony, serce kroi się na widok zdezorientowanego ptactwa, które na łąkach i niskich krzewach miało swoje gniazda. Gdy woda szła do góry słychać było jeden rozpaczliwy jazgot… Bardzo przejmujące doświadczenie. I błyskawicznie pojawiły się polujące drapieżniki.
Natura bywa bezlitosna.

Wieczorem poszłam do Marzenki pooglądać jej młody ogródek (clematisy - poezja!), wysłuchałam opowieści ataku ich łagodnego i bardzo pogodnego zwykle pieska Terusia na maleńką sarenkę. Teruś na widok maleństwa dostał jakiegoś amoku. Ewidentnie obudził się w nim instynkt łowcy, Marzenka nie mogła nad nim zapanować. Była przerażona nie mniej niż mała sarenka i jej mama, która zaraz pojawiła się w okolicy. Wszystko skończyło się dobrze, małe sarnie uciekło, ale Tery na pewno potraktował je zębami... Taki spokojny pies, naprawdę. I stosunkowo mały, zdecydowanie mniejszy niż nasz Fafik... Ech...

A na fotkach - rzeka zamieniona w jezioro. Wieprz stoi, nie płynie, zatrzymany przez wysoką wodę w Wiśle, której jest dopływem. Naturalne koryto rzeki jest daleko, za linią krzewów... To lustro wody to normalnie jest łąka, po której często spacerujemy...  









sobota, 25 maja 2019

Wreszcie majowo

Wreszcie ciepła, słoneczna sobota, która oczywiście zagnała nas do ogródka. Jędrek kończył kosić trawnik, a Michał realizował według swojego projektu moskitierę drzwiową na taras. W rytm motywującej muzyczki z bajki „Pat i Mat”, więc było trochę śmiechu. My z Marko dziubaliśmy w ogródku i w koło domu. Niby nic wielkiego, nic spektakularnego, a zleciał cały dzień. Obiad jedliśmy na tarasie. Uwielbiam taki czas… Uwielbiam i niczego więcej nie potrzebuję.

Wieczorem poszliśmy z Fafem nad Wieprz zobaczyć jak tam stan rzeki ma się po ostatnich ulewach, szczególnie tych na południu kraju. Gdy Wisła zbliża się do naszego miasteczka wezbraną falą, wpadający do niej Wieprz zatrzymuje się, aż wreszcie zaczyna płynąć pod prąd. W takich sytuacjach oczywiście wychodzi ze swoich brzegów i bywa, że podchodzi pod sam wał przeciwpowodziowy. Ostatni taki przypadek był dosyć dawno, w 2010 roku, pierwszej wiosny po przeprowadzce do nowego domu.

A teraz rechoczą żaby, a po ogródku biega jeż. Może przytuptał za mną ten, co to mu uratowałam życie, gdy zechciało mu się łazić środkiem ulicy? Wystawiłam mu naczynka z wodą, bo jeż w ogródku to dobrodziejstwo. Niech sobie tupta, niech chrupie ślimaczki i straszy nornice.