sobota, 16 lutego 2019

Ferie są, ferie są, ferie są!

I oto w lutym zwinęła się zima, zaczęła pierwsze sygnały wysyłać wiosna. No i fajnie. Pierwszy tydzień ferii prawie za mną. Było trochę zawodowo – jak to u mnie zwykle bywa (służbowa studniówka, obrabianie ponad tysiąca fotek, szlifowanie scenariusza na dzień babeczek, którego nie znoszę, ale program okolicznościowi musi być i co zrobisz), kilka dni spędziłam u Mamy, która z tą złamaną ręką (prawą!) radzi sobie dobrze, chociaż oczywiście słowami temu przeczy, a czyny wskazują na coś innego.
Resztę czasu zamierzam poświęcić na nadrabianie zaległości czytelniczych - rozgryźć stadną fascynację „moich” czytelników niejaką panią Chyłką wykreowaną przez pana Mroza i rozkoszować się na tekstami Jeremiego Przybory zebranymi w dwutomowej cegle „Jeremi Przybora działa „niemal” wszystkie”.
A ponieważ ja z tych, co to lubią siedzieć w garach (choć nie koniecznie nad prozaicznymi schabowymi i pomidorową) trenuję troszkę nowości (przynajmniej dla mnie), czyli: zakisiłam cebulę – ciekawa przekąska, eksperymentuję z labneh, czyli domowym serkiem do smarowania z jogurtu greckiego. Z różnymi przyprawami. Robiłam już z czosnkiem niedźwiedzim, a teraz zamierzam uzbroić się w cierpliwość, serek potrzymać dłużej na sicie do obcieknięcia. Gdy zrobi się bardziej zwarty zrobię serowe kuleczki, które zamarynuję w oliwie. Się za kilka dni okaże, czy warte zachodu. Ale sądząc po przepisie (ma się tę kulinarną wyobraźnię) będzie pyszota.

ps. Tytuł wpisu, to radosna "śpiewanka" na cześć ferii zimowych naszego Jędrka z czasów szkolnych. Teraz Jędrek ferii nie ma. Teraz Jędrek ma sesję. Pierwszą. Zmierzającą do szczęśliwego finiszu i to radosna rzecz jest :) Michał też w tym temacie ma sukcesy, co również nas bardzo cieszy :)

poniedziałek, 4 lutego 2019

Nic szczególnego

Mama wytrzymała u nas tydzień. Po czym kazała się wieźć do domu. Cóż, jak widać na siłę nie da się nikogo uszczęśliwić, więc Mama została odtransportowana do domu i tam SAMA sobie radzić musi. Bo tak chce. Bo tak wybrała.
Spędziliśmy z Marko wspólny weekend, taki całkowicie tylko dla nas. Bo Synki dwa w stolicy walczą z sesją - Michał ostatnią, a Jędrzej pierwszą.
Był czas na spokojne, niespieszne celebrowanie codzienności, spokojności, normalności. Kominek, książki, coś tam w tiwi, snucie planów, spacer zimowymi, błotnisto-śnieżnymi ścieżkami nadwieprzańskimi.
Nic szczególnego.
O tym marzyłam.

Przy okazji wolnego weekendu, tak jakoś całkiem niechcący wpadliśmy na pomysł, aby kupić nowy telewizor. Ten co na domowym wyposażeniu, to ma już 9 lat i jak na nasz salon wydaje się ciut za mały. Był kupowany w momencie przeprowadzki do nowego domu, a wiadomo, że to był czas tysiąca wydatków, to się cięło koszty tam gdzie można było. Nie to abyśmy byli fanami oglądania TV, ale męska część rodziny MUSI np. oglądać sezon Formuły 1, a tę transmituje wraz z całą otoczką tylko wybrana stacja sportowa, za którą zresztą dodatkowo płacimy. Albo dobre filmy można via Internety oglądać, jak się ma taki wszystkomający dobry telewizorek. Więc kto wie, może niewielką nadwyżkę finansów przeznaczymy właśnie na to. A póki co kupiłam sobie nową lampkę nocną, bo moja poprzednia się była rozlazła. Przy okazji zakupów w mieście ciut większym niż nasze, chciałam namówić Marka na wizytę w susharni. Ja uwielbiam, on nie.

- Oj Niuśka kupmy śledzie w sosie koperkowym, na co nam to sushi.

No i na tym stanęło ;)


środa, 23 stycznia 2019

Ech

Staram się szukać okruchów piękna, szczypt dobroci w tej szorstkiej ostatnimi czasy codzienności, ale gdy już tylko zapłonie we myśl, że jestem bliska jakiejś równowagi - sruu - i się wali.
Trzeba mi się chyba odzwyczaić od myślenia o czymś takim jak równowaga i spokój, brać jak leci, z falą i już.
Przedwczoraj moja Mama wyszła ze szpitala. Nic wielkiego - badania, diagnozowanie i takie tam. Dziś rano dzwoni i na dzień dobry mówi szybko:
- Agusia, tylko się nie denerwuj... - no to ja już, wiadomo, cała rozmieniona na drobne - ...ale jestem w szpitalu.
- Co siestałosie co!???? - mówię szybciej niż mój mózg zdoła wykonać jakiekolwiek operacje myślowe.
- Ano złamałam rękę...
O matkobosko!
- Prawą. W nadgarstku.
O jesusie!

Także tak. I oczywiście rękę złamała w, z pozoru najbezpieczniejszym miejscu pod słońcem, czyli we własnym domu, wychodząc z własnego łóżka, "się jej wzięła i jakoś tak źle noga postawiła i ona na tę rękę, chrup".
Tak więc na jakiś czas mama zamieszka u nas.
Ech.
Jakoś to będzie.
No musi.


środa, 16 stycznia 2019

Nie godzę się

Trudno przejść obojętnie obok zła. Ostatnie wydarzenie w Gdańsku – zamordowanie na oczach tysięcy ludzi – na żywo i poprzez media – człowieka… odbiera wiarę w dobro. Łamie strasznie. A przecież ja jestem tylko obcą osobą, anonimowym świadkiem codzienności, nawet nie potrafię i nie chcę wyobrażać sobie cierpienia Rodziny, której z czymś takim przychodzi się mierzyć.

Kiedyś na swoim blogu pisałam, że jestem przeciwniczką używania słowa „hejt”, który moim zdaniem kamufluje i spłyca to, co leży u jego źródła: NIENAWIŚĆ:

„Powszechny tak zwany „hejt” stał się elementem codzienności. Nawiasem mówiąc nie lubię tego słowa, bo kamufluje i zaciemnia bardziej wymowne i jednoznacznie brzmiące słowo „nienawiść”. „Hejtowanie” może się wydać takie tam figlarne, ale już "nienawiść" ma siłę rażenia. Przecież kryje się za nimi to samo: zło, które w słowie „hejt” pozornie jest ukryte: fundament nienawiści - świadoma negacja dobra.”

Nie godzę się na mowę nienawiści. Nie godzę się na przyzwolenie na zachowania, z których rodzi się nienawiść. A rodzi się z drobnostek, które w skrajnych przypadkach finalnie wkładają w rękę człowieka broń, by zadać śmierć. Nienawiść wkłada w usta człowieka obraźliwe, pełne jadu słowa, słowa wypowiadane rozmyślnie, by ranić. Nienawiść każe wyśmiewać, szydzić, pogardzać, obrażać, mówić źle, zadawać ból, kaleczyć, niszczyć, zabijać. Tylko dlaczego człowiek, najdoskonalsze ze stworzeń, ulega tak niskiemu uczuciu, a jak się okazuje o tak ogromnej sile sprawczej?

Chcę wierzyć, że to DOBRO jest siłą, ale w takich chwilach kiełkuje we mnie zła myśl, że może jednak nie…

Bardzo źle się stało...


Spójrzcie, jaka wciąż sprawna,
jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i młodsza od nich jednocześnie.
Sama rodzi przyczyny,
które ją budzą do życia.
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.
Bezsenność nie odbiera jej sił, ale dodaje.

Religia nie religia -
byle przyklęknąć na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna -
byle się zerwać do biegu.
Niezła i sprawiedliwość na początek.
Potem już pędzi sama.
Nienawiść. Nienawiść.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia -
cherlawe i ślamazarne.
Od kiedy to braterstwo
może liczyć na tłumy?
Współczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobiło do mety?
Zwątpienie ilu chętnych porywa za sobą?
Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.
Ile stronic historii ponumerowała.
Ile dywanów z ludzi porozpościerała
na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:
potrafi tworzyć piękno.
Wspaniałe są jej łuny ciemną nocą.
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.
Trudno odmówić patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
- ona jedna.

Wisława Szymborska "Nienawiść"

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Styczeń

A to się porobiło - od kilku dni nieoczekiwanie zima:
"Na całej połaci - śnieg.
W przeróżnej postaci - śnieg."
Jak to onegdaj Jeremiego Przyborę śpiewała chropowatym aksamitem Kalina Jędrusik.

A ja cóż - pomna na drzemiące gdzieś resztki optymizmu, tudzież skrawki młodzieńczego szaleństwa lub jak kto woli głupoty, pomykam do pracy... rowerem. No ale samochodem przez ulice śniegiem usłane i lodem skute, to każden jeden potrafi, co nie? A rowerem to już niekoniecznie. Co prawda z blisko trzech kilometrów, jakie dzielą mnie od punktu A (dom) do punktu B (praca), przejeżdżam może z kilometr, za to "szacun na dzielni" po zaparkowaniu mojej "meridki" przed wejściem głównym firmy, jest, oj JEST.
Synki dwa wybyły już do stolicy, obładowane jedzeniowymi zapasami. Można więc wieczorami bezrobotnie siedzieć przy kominku, w którym strzela sobie palone drewno i mruczy ogień. 
Z noworocznych planów, póki co robię plany zakupów książek do mojej biblioteki i to tyle jeśli chodzi o plany na ten nowy 2019 (trzy razy "plany" w jednym zdaniu - ajć!).

Ale niech będzie dobry, bardzo tego pragnę. Po prostu DOBRY...
Czego i Wam moi Drodzy Czytelnicy życzę :)


sobota, 29 grudnia 2018

DOBRY – dobre słowo z potencjałem

Kończy się rok.
Niech kolejny będzie dobry. 
D O B R Y .
Świadomie nie piszę lepszy, świadomie piszę DOBRY.
Po prostu.
Bez porównywania, bez oceniania, bez podsumowań.
Bez wniosków, odniesień, refleksji.
Bez planów. Chyba, że planem jest sprawić sobie dobry czas. Cokolwiek za tym się kryje.
Pragnę dobrych chwil, dobrych dni. Niech ułożą się w bezpieczny, zrównoważony i spokojny czas dla mojej rodziny.
Nic ważniejszego. Nic piękniejszego.
Niczego więcej nie pragnę.








piątek, 21 grudnia 2018

Taki czas

A ja się cieszę, że nadejdą wreszcie święta, ale chyba z całkiem innego powodu niż każe to robić wredna, cyniczna komercja. Cieszy mnie to, że wreszcie skończy się ten, trwający od blisko dwóch miesięcy, fałszywy festiwal wciskania kitu, że magia, że podaruj, że to i tamto. Te same media, co serwują papkę o magii świąt, plują na ich sakralną istotę. Dlatego mentalnie jestem już w okolicach 2 stycznia. Bo najchętniej czas ów bym przespała. Sylwestrową noc też.

Nie mniej, życzę wszystkim dobrych świąt. Spokojnych. Zdrowych. Serdecznych. Dających nadzieję, wiarę, miłość. Bo tego życzę sobie i swojej rodzinie.