poniedziałek, 13 marca 2017

Poniedziałek, co zrobisz...

Kolega służbowy wpadł na okienku do mnie i spłynął zwłokami na krześle tuż obok mego biurka.
- Błagam Aga, kawy, bo zejdę z tego świata.

Kolega jest młodszy ode mnie o dooobrą dekadę z hakiem, w posiadaniu ma synka w trudnym wieku - 2 lat, cudowną żonę, stale podnoszącą swoje kwalifikacje młodą panią weterynarz. Fajne, młode małżeństwo, w najbardziej rozpędzonym etapie życia.
- Mówię ci mam dość - się koledze ulało - Magda jest chora i za dwa tygodnie ma egzamin specjalizacyjny, nastrój ma taki, że łojezu. Synek w humorach, nowa opiekunka wprowadza swoje wychowawcze wizje, sprzeczne z naszymi. Moi rodzice rozpieszczają naszego małego, totalnie ignorując co mówimy. Dach w domu nam przecieka, a deweloper od grudnia nie jest w stanie do nas dojechać. I jeszcze muszę przeprowadzić sprawdziany w trzech klasach. Chcę już po prostu odpocząć. Chcę wiosny, walnąć się na zielonym trawniku, pod drzewem, z piwem w łapie i nic nie robić i o niczym nie myśleć.

Także ten, faceci też czasami mają te swoje ciężkie dni.

Pogadaliśmy troszkę, powczuwałam się w sytuację kolegi, powzdychałam, że czas szybko leci i zanim się obejrzy Syn nie będzie potrzebował jego stałej uwagi, Madzia zacznie odcinać kupony od swojej wypracowanej renomy doskonałego weterynarza-chirurga, a jego jedynym zmartwieniem będzie, aby mu brzuch od piwa i leżenia pod tym drzewem nie urósł.

- Chyba im odpuszczę dzisiaj ten sprawdzian – uśmiechnął się szelmowsko Karolus i z niebywałą energią zbiegł na dół do swojej pracowni. Także droga klaso 2b – ten luz na dzisiejszym sprawdzianie to poniekąd moja zasługa.

- Dzięki Aga za kawę, czuję, że żyję! – zawibrował mój telefon esemesm.

poniedziałek, 6 marca 2017

Jedyny raz...

Na BBC Earth oglądałam dokument o rodzinie Brytyjczyków, która porzuciła wygodne - pozornie - życie w cywilizowanej metropolii i przeprowadziła się do Ameryki Środkowej, gdzieś w buszu.
- Jesteśmy na tej planecie tylko jeden jedyny raz, więc warto postarać się, aby był to czas magiczny - powiedział ojciec tej rodziny i zapadło we mnie to zdanie mocno.
Co robię ja, aby mój jedyny czas dany na ziemi był magiczny, wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny?
I czy w ogóle COŚ?
Przesilenie wiosenne mnie dopadło. Przedłużające się przeziębienie osłabiło, zbliżający nieuchronnie pobyt w szpitalu drenuje dobre samopoczucie i chwieje poczuciem stabilizacji. Wzmaga obawy. Nie lubię takiego stanu zawieszenia, lubię czuć grunt pod nogami. Nawet kiedy pływam w jeziorze, świadomość głębi pode mną - niepokoi. 
Dziś w gabinecie szefa omawialiśmy jakąś ważną sprawę (ważną? na pewno?). Spoglądałam na duży zegar ścienny i jego przesuwającą się wskazówkę sekund. Jak ona szybko biegła! Jak bardzo jej było śpieszno. Jak bezlitośnie w jej biegu znikały kolejne chwile mojego życia...

czwartek, 2 marca 2017

Wirus

Także ten - czy wspominałam już, że z gór Marko z Jędrkiem oprócz zapasu oscypków przywieźli jakiegoś wrednego wirusa? Który to od tygodnia czyni czystkę w naszym zdrowiu. Najbardziej cierpiący był Jędrek, teraz dołączył do niego Michał. Ja resztkami sił ogarniam kuwetki - i w domu, i pracy. O dziwo najmniej dopadło Marka. Czyżby w jakiś szczególny sposób odkażał się na tym wyjeździe?
Po zimie ani śladu. Od kilku dni niewielkie ptaszki zasiedlają dwie budki lęgowe na naszych olchach. Lubię obserwować je przez okno w łazience. Zwykle podczas porannego szczotkowania zębów. Kiedyś w jakimś wywiadzie Maryla Rodowicz wspomniała, że nie zawsze lubi rankiem spoglądać w lustro, więc kiedy szoruje zęby obserwuje przez okno wiewiórki. No to ja ptaszki. Szczególnie, że wirus, który mnie dopadł bezlitośnie poniewiera moim wyglądem. Jak to mówią "z krzyża zdjęta" - tak się czuję i tak wyglądam. Zero energii i chęci do czegokolwiek. W wolnym czasie zaszywam się w sypialni pod kocykiem i czytam kolejne kryminały Bondy (no wzięło mnie), potem przysypiam. Czasami dla resetu gram w scrabble i staram się omijać wzrokiem upaćkane po zimie okna i rozwieszone przez pajączka nitki na lampie nad stołem.
Ale niech no tylko minie wirus, niech no ja tylko poczuję wiosnę w kościach! Się z tym wszystkim rozprawię!

sobota, 25 lutego 2017

Powrót zimy i powrót rodziny

A jeszcze wczoraj to była u nas prawie wiosna. Deka śniegu, wszystko stopniało w szaroburości nadchodzącego niemrawo przedwiośnia. A rankiem niespodzianka - bialutko. Sfotografowałam ten nie skalany psią, czy kocią łapą, alboli też ludzką stopą, puch. Ulepiłam małego bałwana. Wyprostowałam wywróconą przez wczorajszy wiatr bożonarodzeniową choinkę, która w podwójnej donicy oczekuje na wkopanie do ziemi, gdzieś na obrzeżach naszego ogrodu.
Późnym popołudniem Marko z Jędrkiem wrócili z Białki Tatrzańskiej z tygodniowego wypadu na narty. W Białce podobały im się wyciągi krzesełkowe i trasy narciarskie, a nie podobała frekwencja - ruch jak na Marszałkowskiej. Ale cóż - nie tylko oni są fanami szusowania. Wieczorem wcinaliśmy oscypki, a Jędrek walczył z grypą żołądkową, którą sobie przywlókł z gór.
I tak o - kończy się luty.





piątek, 17 lutego 2017

7 lat!

17 lutego kociarze tego świata świętują dzień kota. Zresztą my też :)
Są też urodziny Marcina Gortata. I Michaela Jordana.
Jest to też dzień, w którym obchodzimy kolejną rocznicę zamieszkania w domu wybudowanym przez nas samych, od ław fundamentowych po sam komin (no oczywiście po zatrudnieniu całej plejady wszelkiej maści szanownych panów fachowców).

Dokładnie dziś mija 7 lat od naszej przeprowadzki, w środku ówczesnej śnieżnej zimy!
Wieczorem, już we własnym domu, na paczkach, kartonach, w bajzlu totalnym, oglądaliśmy w TV jak Justyna Kowalczyk zdobywa srebrny medal w sprincie narciarskim podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w kanadyjskim Vancouver. Marko i chłopaków roznosiła pozytywna energia, a ja jak zwykle wszystkim się martwiłam i wszystko mnie przerażało. Najbardziej życie na końcu (prawie)wsi, gdzie jedna część domu i 2/3 posesji tonie w egipskich ciemnościach. Jak to na końcu wsi. Bo od frontu na szczęście mrok rozświetla nocą uliczna lampa. Przy czym "uliczna" ma znaczenie umowne, przynajmniej póki co - drogi 7 lat temu nie było, a i teraz jest w ciągłej budowie.

Będąc młodym dziecięciem najczęściej rysowałam księżniczki odziane w koronę i w bogato zdobione, rozkloszowane suknie. Ale nade wszystko, moim ulubionym motywem malarskim był domek. Taki prosty kwadracik z oknami, firankami, kwiotkiem w doniczce w tym oknie. Z kominem na dachu, a z komina dym. Płotkiem, a za płotkiem drzewo. Ot, prostota. I czasami, kiedy patrzę na nasz dom, to tak jak bym właśnie te swoje dziecięce rysunki przeniosła w czasie i przestrzeni w rzeczywistość. Moje tu i teraz.

Księżniczką nie zostałam, ale dom mam z tych moich dziecięcych rysunków i owszem :)

poniedziałek, 13 lutego 2017

No i fajnie!

Ludzie są dla siebie zbyt rzadko mili.
Wolę wierzyć, że to nieprawda, że w sumie to są, ale może zbyt mało intensywnie.
Powinniśmy sobie mówić dobre słowa. Wcale nie po to, aby słodzić, wciskać przesadzone pochlebstwa. I mam na myśli nie te dotyczące wyglądu itd. Tylko tego co robimy, jacy jesteśmy. Jeśli coś mi się uda, tak miło usłyszeć od kogoś – słuchaj to było dobre, to podobało mi się, udało ci się to. Nie jest to jakieś czcze kadzenie. To wspaniałe podziękowanie za pracę, trud, wysiłek, stres. Czasami to tylko jedno słowo, kilka może, a jak łaskocze przyjemnie samopoczucie. Tyle wokół złośliwości, zawiści. Powszechny tak zwany "hejt" stał się elementem codzienności. Nawiasem mówiąc nie lubię tego słowa, bo kamufluje i zaciemnia bardziej wymowne i jednoznacznie brzmiące słowo "nienawiść". "Hejtowanie" może się wydać takie tam figlarne, ale już "nienawiść" ma siłę rażenia. Przecież kryje się za nimi to samo: zło, które w słowie "hejt" pozornie jest ukryte: fundament nienawiści - świadoma negacja dobra.
Szczere, z serca powiedziane dobre słowo potrafi dać drugiej stronie tak dużo: potwierdzić, że oto jego praca nie poszła na marne, że jego starania odniosły zamierzony skutek. Cenię ludzi, którzy to potrafią, bo niestety nie jest to zbyt częste. Ja zawsze staram się powiedzieć koleżance czy koledze, że podobało mi się coś co zrobili. Komplement to nic innego jak sztuka pozytywnej komunikacji. Jej sens jest chyba niedoceniany - dobre słowo zmienia nasze nastawienie do siebie, motywuje do działania, zaczynamy inaczej postrzegać samego siebie i otoczenie. Działa mobilizująco - kurcze, dałam radę, a więc potrafię!
W świecie nastawionym na negatywny przekaz (wystarczy otworzyć jakikolwiek dziennik, portal internetowy) trzeba wyłuskiwać rzeczy dobre i dorzucać własne kamyczki dobra. Bo inaczej utoniemy w poczuciu beznadziejności, zła, jakiegoś takiego mroku człowieczeństwa. A ja wolę wierzyć, że w ludziach jest przede wszystkim dobro, tylko może czasami rozleniwione.

Dobrego dnia moi mili :)



sobota, 4 lutego 2017

Slow...

Jak to się człowiekowi może w głowie poprzestawiać, gdy mus go przypili. Tak modne od jakiegoś czasu Slow Life samo się wepchało w moją codzienność, no ale nie żeby tak całkiem było mi obce.
Celebrować chwile, nie pędzić, nie tracić tchu w codziennych obowiązkach.
Fajne.
Termin operacji zaklepany. Ja pogodzona z pewnymi niedogodnościami i decyzjami, które podjął za mnie mój szanowny organizm. Nie będę się z nim szarpała. W końcu mam nadzieję na jeszcze wieloletnią z nim (oj wielo, wielo!) współpracę. Musi być więc sprawny i zdrowy.
W pracy posegregowane - tym zajmuję się od ręki, to może poczekać, a to - może zrobić zamiast mnie ktoś inny. Da się, naprawdę da!
Uśmiecham się z dystansu i niezobowiązująco do ludzi, którzy radioaktywnie promieniują nieżyczliwością. Jak to łatwo wyczuć, szczególnie, gdy ma się rozwiniętą empatię. Nie nasiąkam ich frustracją, słabością, niezadowoleniem, lękami. Staram się być bliżej tych bezkonfliktowych. Harmonijnych. Zrównoważonych. Pewnych swoich wartości, świadomych swoich braków - ale bez kompleksów. Łatwiej się wówczas żyje, prostsze są relacje. Bogatsze.
W domu wszystko toczy się dobrym, spokojnym rytmem. Tak jak lubię.

Slow...