piątek, 19 stycznia 2018

Równowaga

Równowagi potrzeba we wszystkim. Także w spoglądaniu w trzech kierunkach, które składają się na nasze życie: przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Nie można całkowicie zapomnieć o przeszłości, ale też nie można nieustannie pędzić ku przyszłości i wreszcie niebezpieczne może być życie tylko i wyłącznie tym co tu i teraz. Równowaga. Z przeszłość czerpać dobre wspomnienia, starać się zapomnieć o urazach i złych rzeczach, które nas raniły. Doceniać tylko o tyle, o ile wzbogaciły nas i wzmocniły. Przyszłość, to nasze plany, marzenia. Teraźniejszość to niesamowity dar, bo możemy sami ją kształtować.

Dąż do tego co w oddali, zachwycaj się codziennością – tak kiedyś nazwałam swój blog. Nie wymyśliłam tego zdania. Samo do mnie przyszło i zawładnęło mną, a ja się w tej myśli zakochałam i przywłaszczyłam. To było kilkanaście lat temu, szłam jakąś ruchliwą ulicą, a to zdanie było wypisane kredą na tablicy reklamowej obok sklepu z pamiątkami. Nie wiem, kto był autorem, ale bardzo za to zdanie dziękuję. Bo tak właśnie chcę żyć – iść przez życie wciąż dalej i dalej, nie zaniedbując tego, co spotyka mnie po drodze każdego dnia. Trudne chwile niech budują we mnie siłę, pozwalają docenić szczęście jakim jestem obdarzona – moim Markiem i moimi Synami. Radosne i dobre momenty niech umacniają we mnie optymizm.

Obserwacja ryżu w trzech słoikach trwa. A raczej w dwóch, bo trzeci, zgodnie z zasadami eksperymentu, ignoruję. Na razie z ziarenkami nic się nie dzieje szczególnego. A czy „odbierają” moje pozytywne i negatywne myśli? – nie wiem.

- A tobie nie jest żal tego ryżu, co mu mówisz, że go nienawidzisz? – pyta Marko. I coś w tym jest, bo faktycznie jak tak mu nawtykam od debili znienawidzonych, to troszkę zaczyna mi go być żal. Tego ryżu ;)

- Mamo, ale jak gadasz do tych słoików, to nie zakłócaj przepływu energii i stój zawsze na wprost tego, który masz na myśli, a nie tak po środku - rzekł z wyczuwalną ironią Jędrek, który zgłębia zawiłe tajniki fizyki na poczet przyszłego egzaminu maturalnego, mam prawo ufać, że o przepływie energii wie dużo. A na pewno więcej niż ja.

Także mój eksperyment odbywa się pod zaciekawionym okiem rodziny.

sobota, 13 stycznia 2018

Co może powiedzieć ryż w słoiku?

Taka ciemna ta zima-nie-zima. Mroczne poranki, mroczne niby-dni. Naprawdę bardzo niekorzystanie odczuwam wszechobecną ciemność.

A ja tak, bardzo, bardzo potrzebuję teraz światła. Jasności. Światła, które jest życiem, radością, witalnością. Wiary, że wszystko będzie proste, a to co poplątane się rozsupła. Chcę wierzyć, że wszystko zależy od nas samych, i że mamy wpływ na to, aby wszystko toczyło się w naszym życiu dobrze...

Może to głupie, ale od jakiegoś czasu przymierzam się do pewnego eksperymentu. Sama sobie się dziwię, że tak mnie to chwyciło, i że teraz o tym napiszę:
wyczytałam w książce, a później blogu pisarki Agnieszki Olejnik, o "teście ryżu", który może być sprawdzianem na to, że nasze dobre i złe myśli mają... nie wiem... moc? siłę? coś znaczą? W skrócie: trzeba ugotowany ryż przełożyć do trzech słoików, zalać niewielką ilością przegotowanej wody, na jednym słoiku przykleić karteczkę „Kocham cię ryżu”, na drugim karteczkę przyklejamy czystą, a na trzecim piszemy „Nienawidzę cię ryżu”. Następnie słoiki odstawiamy w jakieś spokojne miejsce, ale tak, aby mieć te słoiki cały czas na oku.

I teraz tak - kilka razy dziennie patrzymy na słoik z ryżem, co to ma napisane, że go kochamy, i uśmiechamy się do niego, w myśli przesyłamy mu miłe słowa: „cześć kochany ryżu, życzę ci miłego dnia” i takie tam pierdoły motywacyjne. Do trzeciego zaś wysyłamy negatywne emocje: "spadaj, mam cię gdzieś, jesteś głupi, nienawidzę cię". Ryż z naklejoną czystą karteczką omijamy wzrokiem i myślą, ignorujemy go. Ponoć ryż "zaopiekowany" naszą pozytywną myślą nie psuje się w takim stopniu jak ten, do którego kierujemy złe myśli. Ponoć różnica jest zauważalna.

Sama sobie się dziwię, że to piszę, ja racjonalistka, odporna na takie czary-mary, pomimo pierwiastka romantyzmu, który niezłomnie dzierżę gdzieś w sercu od urodzenia. Nie mam pojęcia dlaczego akurat to do mnie przemówiło? Może tak bardzo potrzebuję właśnie teraz, w tym momencie swojego życia pewności, namacalnego dowodu, że jednak nasze myśli, emocje, wewnętrzna energia mają moc sprawczą?

Więcej informacji (wraz ze zdjęciami ryżu w słoikach) znajdziecie na blogu pisarki, pani Agnieszki Olejnik: Niesamowite, niemożliwe – a jednak! O pewnym eksperymencie.

Jestem świadoma, że to zabrzmi głupio, i że przez najbliższe tygodnie rodzina będzie patrzyła na mnie z niepokojem, czy aby matka ma dobrze pod sufitem, ale trudno:

Idę gotować ryż!

ps. Bo trzy jednakowe słoiczki przygotowałam już wczoraj ;) 
 

piątek, 5 stycznia 2018

Na mecie i starcie

Na mecie każdego roku zawsze staram się z niego wyłuskać dla pamięci tylko dobro. Zapomnieć o smutkach, jakiś tam przeciwnościach, które przecież nikogo nie omijają. Chcę kończyć każdy rok optymistycznie i pełna dobrych wspomnień budować w sobie nadzieję na dobre dni Nowego.

Rok 2017, który już kilka dni temu ze spakowanymi walizkami różnorodnych wydarzać, zrobił odjazd do krainy „było-minęło”, był dla mnie dobry. Zaczął się co prawda problemami zdrowotnymi, ale udało się je szybko i sprawnie rozwiązać.

Nadzieja związana z obietnicą dodatkowej pracy nie okazała się płonna. „Papierek” świadczący o ukończeniu studiów podyplomowych (kolejnych już w mojej karierze pracownika oświaty) zaowocował dodatkową pracą, która dawno temu, na starcie w dorosłe życie, była moim marzeniem. No a teraz jest źródłem pieniążków extra. Co cieszy, bo nie czarujmy się – za darmo jakoś nikt kasy na konto przelewać nie chce.
Przynajmniej na moje ;) A wydatki wciąż rosną i rosną. Dobra zmiana, jak się okazuje, jest kosztowna. Ale nie, nie bez polityki, bo ta mnie akurat nie interesuje. W przeciwieństwie do mojej kuleżanki Graż, która z prawdziwą ekscytacją śledzi wszelkie możliwe źródła wiadomości o polskiej i europejskiej scenie politycznej, przy czym szczególną estymą darzy te, co to (ponoć) głoszą prawdę, prawdę, i tylko prawdę. Słowo na literę „g” pomijam, gdyż jak wspomniałam polityką się nie interesuję, więc co ja tam mogę wiedzieć.

Ojej, ale miało być kilka słów o zeszłorocznych dobrych zmianach w moim małym, rodzinnym wszechświecie, a zeszło, jak to u Polaków, na politykę.

No to kolejną dobrą zmianą w mojej rodzinie było to, że syn dorosły dorobił się przed swoim nazwiskiem tytułu inż. i kontynuuje starania o kolejny, tym razem mgr.

W nowym roku, tym co już wystartował, dalej będzie u nas dominował trend (dobrych) zmian. No bo Jędrek będzie miał maturę, no bo będzie musiał wymyślić, co tam dalej chce ze swoim życiem robić, no bo pewnie po nauki pojedzie, tak jak Michał, do miasta dużego, pewnie do stolicy. A my z Mareckim zostaniemy dwa bidulki same, w domeczku na włościach z piesełem, kotełem i uroczymi okolicznościami przyrody.

I oby nam się dobrze działo, obyśmy byli zdrowi, my i nasi bliscy, i dzieci dokonywały dobrych wyborów. Tego życzę nie tylko sobie i swojej rodzinie, ale także każdemu z Was – niech to będzie dla Was rok DOBRY i SZCZĘŚLIWY!

  

piątek, 29 grudnia 2017

Wolniutko

Jeszcze wczoraj słońce wschodziło kolorami. Dziś mglisto. Szaro. I pada śniegodeszcz na zmianę z deszczośniegiem. Mokre krople wiszą na gołych gałęziach. Mocna, aromatyczna kawa obietnicą pobudki i zastrzyku energii. Dużo wolnego czasu, że aż nie wiadomo co z nim robić. Czytać książkę? Zagrać w scrabble? Popracować nad sylwestrowym przebraniem? Pomyśleć o noworocznych planach i postanowieniach? Trening? A może jednak nadrobić zawodowe zaległości (ach te cholerne protokoły RP, wrr…)? No właśnie – wybór potężny i trudno się zdecydować. Kotka też nie wie co ze sobą zrobić. Miauczy pod oknem tarasowym, aby wyjść na zewnątrz. Za chwilę puka łapkami w szybę, aby wrócić w ciepło domu. Kurs na kuwetę, michę z żarciem i ponownie miau miau pod oknem.
Dziwna zima. Ciemna. W trawniku kwitną zmarznięte stokrotki.
Lubię czas między świętami, a nowym rokiem. Czas zwalnia, świąteczne reklamy nie straszą, wreszcie ucichły. Prawdziwy, leniwy odpoczynek.


sobota, 23 grudnia 2017

Życzenia

Wszystkim Czytelnikom mojego bloga życzę, 
aby Święta Bożego Narodzenia, 
które już, już tupią nóżką tuż za progiem drzwi, 
były spełnieniem Waszych pragnień. 
Niech będą to dla Was dobre, rodzinne dni, 
niech otacza Was dobro, miłość i spokój.
 

  


piątek, 15 grudnia 2017

Już przedświątecznie

Wiem, wiem, lenię się i obijam wirtualnie :) Nic nie piszę, nie daję znaku, że żyję, ogarniam dom na święta, planuję zakupy, prezenty i takie tam. Ale przecież to robią teraz wszyscy, więc nic nowego bym do tego ogólnopolskiego pędu ku świętom, nie wniosła. Poza tym już od kilku lat to medialne celebrowanie świąt w listopadzie, zabija we mnie radość oczekiwania na nie i już. Klimat świętowania, „magia” budzą się w mnie gdzieś w okolicach wstawienia choinki do salonu. A czynimy to zazwyczaj tuż, tuż przed wigilią, więc tak, jak to bywało za czasów mojego dzieciństwa. Gdy święta pachniały luksusem pomarańczy i cytryny, w wannie przez trzy dni pływał karp dokarmiany przeze mnie cichaczem chlebkiem, a sztuczna choinka z rzadkimi gałązkami, ustrojona we włos anielski, wydawała się skończonym cudem świata.

Póki co oczywiście jestem zapracowana, ale sama tego chciałam, to i narzekać nie wypada.

Jutro galopujemy z Marko na targ (ulubiona rozrywka ludzi w moim miasteczku, a nielubiana przez nas, więc już jestem zestresowana) zakupić choinkę. Ominiemy szerokim łukiem tego pana co nam opchnął chojaka w zeszłym roku (Pani, bierz pani - ukorzeniona idealnie!), bo zdechła wsadzona w ziemię w równy miesiąc. A doświadczenie w sadzeniu choinek niejaki mamy – na siedem drzewek z ostatnich lat, dwa się nie przyjęły – pierwsze i to właśnie z 2016 roku. W tym roku to ja sobie dobrze pooglądam korzenie. Nie po to kupujemy bożonarodzeniowe drzewko w doniczce, aby nam usychało wsadzone w ziemię. Mamy wciąż dużo miejsca wokół naszego domu, dlatego póki co, chcemy dosadzać świąteczne iglaki. Poza tym bardzo lubię spoglądać na te drzewka w ogrodzie, które kiedyś towarzyszyły naszym świątecznym dniom, przy których śpiewaliśmy kolędy, pod które kładliśmy prezenty. Cieszyć się ich wzrostem, nowymi gałązkami. Jedna z nich (z drugich świąt w „nowym” domu) ma już około 3 metrów, kolejna ponad dwa, a pozostałe trzy wciąż są niższe ode mnie.
Czas więc na kolejne...

czwartek, 30 listopada 2017

Przy porannej kawie różności

Bardzo, bardzo wczesny poranek bielą pierwszego śniegu wyrywa się z mroków granatowej nocy. Śnieg prószy od niechcenia, wpisując się w nawoływania mediów i wszelkiej komercji o nadchodzących świętach. Tak od początku listopada nawołują, ale jakoś udaje się mi pozostawać na to głuchą. Zaparzam ogromniasty kubek kawy, otulony miętowym sweterkiem (tegoroczny urodzinowy prezent od Ani i Sebika – dziękuję kochani) i odganiam senność, kuszę energię.

Jędrek za tydzień odbierze prawo jazdy i będę musiała wsiąść obok niego i pojechać na zakupy. I nie najważniejsze te zakupy, tylko to, że „mały” Jędrek będzie za kierownicą... Przeglądałam teraz foldery sklepów z mikołajkowo-gwiazdkowymi ofertami, gdzie pełno bajecznych ofert zabawek, klocków, książeczek dla dzieci.
- Patrz Marko, my już nie kupujemy zabawek dla dzieci… a jeszcze całkiem niedawno…
Niestety.

Mama moja wreszcie dała się wyekspediować do sanatorium. Twierdzi, że przyzwyczaiła się do samotnego mieszkania, ale ja patrzę na to ze swojej perspektywy i pewnie tak trudno mi w to uwierzyć. Dlatego cieszę się, że mama na to sanatorium zdecydowała się. Choć trudno było. Ale ostatecznie kłopoty z kręgosłupem i całkiem niedaleka podróż – przekonały ją. Celowo nie zarezerwowała jednoosobowego pokoju – samotne mieszkanie to ma na co dzień. Na szczęście trafiła na bardzo fajne kobitki-współlokatorki, dla których priorytetem jest podreperowanie zdrowia i odpoczynek, a nie latanie od potańcówki do potańcówki, co do których zresztą zastrzeżeń nie mam ;)

Coraz bardziej wkręca mnie praca w bibliotece. Muszę przywoływać w świadomości to, że to jednak moja dodatkowa praca i siły i energię powinnam rozkładać nie po równo, tylko z naciskiem na tę dotychczasową. Ale co zrobić – nowe jest ciekawsze, no i nie czarujmy się - wiele rzeczy muszę się uczyć w praktyce, studia swoją drogą, ale tam było tyle teorii… A to pochłania sporo czasu. Nie ma teraz rodzina ze mnie pożytku, oj nie.
Najfajniejszą częścią pracy w bibliotece jest kontakt z czytelnikami i… możliwość samodzielnego zamawiania książek! No, to to już jest baja! – jak mawia moja koleżanka Marzenka, co ma włosy jak miedziane sprężynki i chyba tak sobie kiedyś wyobrażałam Idę Borejko z poznańskiej jeżycjady Małgorzaty Musierowicz :)

Poranny wpis niech zwieńczy fotka dzielnej gazanii, która nigdy w życiu nie kwitła mi tak długo – praktycznie do końca listopada. Teraz to już ostateczne pożegnanie jesieni… Witaj zimo! Dobrze, że przyszłaś, bo jak już przyszłaś, to jest szansa, że i odejdziesz.