wtorek, 21 stycznia 2020

Po robocie trochę szczęścia

Nie pamiętam takiej zimy - bezśnieżnej. Myślę, że jeśli śnieg pojawi się u nas, to uraduje mnie niczym dziecko. Poranki wciąż takie ciemne. Mgliste, a wieczory zapadają szybko, pomimo tego, że dzień jest już dłuższy. Wcale tego nie widać.

Po zawodowym intensywnym czasie, mam teraz czas nicnierobienia, z którego skrzętnie korzystam. Totalny przeciąg w mózgownicy, szczególnie od spraw zawodowych. Muszę, muszę złapać dystans.

Program studniówkowy się udał, przynajmniej w odczuciu moim i żywiołowym odbiorze młodzieży. Czy podobał się moim współpracownikom? Nie wiem, bo tradycyjnie zero reakcji. To może dobrze? Bo jakby się nie podobał i się towarzystwo poobrażało, to już bym wiedziała? Scenariusz kabaretowy oparty o realia z kategorii "życie szkoły" jest trudny do napisania. Wiadomo, że młodzież ma zapędy, aby wystrzelić strzały i szpile, a ja jestem od tego, aby dzierżyć tarczę i nie dopuścić do... tak naprawdę obrażania. To jest moim priorytetem najważniejszym. Większym niż dbanie o poziom humoru. Zwykle jednak mi się udaje i to, by było wesoło. Humor ma być inteligentny, broń boszsz... prostacki. Zwykle też zapraszam na próbę generalną zaufaną osobę, ale taką z obiektywnym spojrzeniem, asertywną, daleką od schlebiania. To mi pomaga. I jest moim wentylem bezpieczeństwa. Dlatego, co do jednego mam pewność – nikogo moje artystyczne dzieciaki scenkami nie powinny urazić. A, że z dystansem do siebie samego i poczuciem humoru bywa różnie, to kto wie… Zawsze powtarzam, że najtrudniej obcować z ludźmi, którzy nie mają dystansu do siebie samego i poczucia humoru. Te cechy zresztą u innych bardzo cenię.

Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to co w rodzinie.
W minionym tygodniu świętowaliśmy ważne rodzinne wydarzenie. Michał obronił pracę magisterską – jesteśmy tacy dumni... Jako humanistka mająca problemy z wyliczaniem prostych procentów, chylę czoła przed ścisłymi umysłami moich Synów. Oby teraz w naszym pięknym kraju, Syn znalazł pracę zgodną z wykształceniem i oczekiwaniami. W sumie to państwu powinno zależeć, aby kasa wydana na wykształcenie młodego magistra inżyniera została w kraju i zwróciła się z nawiązką. Czy tak się stanie? Wierzę w to mocno :)



wtorek, 7 stycznia 2020

Samotne rozkminy

Jestem sama w domu. A nie lubię być sama w domu. Szczególnie od kiedy mieszkamy w domu na końcu (prawie) wsi. A mieszkamy już prawie 10 lat. I ten czas nie wystarczył, abym się do tego przyzwyczaiła. Synki dwa są w stolicy. Marko pojechał szukać zimy na południe Polski. Bo u nas tej zimy nie spadł ani jeden płatek śniegu. A Marko kocha narty, więc pojechał. Ja natomiast w pracy walczę z końcówką prób nad programem kabaretowym studniówkowym. Jak zwykle dużo emocji – fajnych i mało fajnych, ale skupiam się na fajnych.

W każdym razie bardzo bym chciała, aby była już sobota, godzina mniej więcej 23.00, bo to już będzie po premierze. Mniej więcej. I rozpocznę ferie. Na które zasłużyłam pracą, może nie ciężką – bo ciężką pracę to ma górnik tudzież lekarz na dyżurze – ale pracą absorbującą moje emocje i czas. Ferie spędzę na czytaniu książek i oglądaniu filmów. I piciu kawy z mleczną pianką w ślicznej, białej filiżance. Jeśli spadnie u nas śnieg, to może pojadę na pobliski stok, przypomnieć sobie jazdę na nartach. Na nartach jeździć nie kocham, ale Marko kocha. A ja lubię robić co Marko kocha, więc niech tam! Szczególnie, że dostanę od niego nowe narty. Wolałabym koralik Pandory, ale własne narty też fajne! Dotychczas jako jedyna z rodziny miałam pożyczane.

Kilka dni temu byliśmy na cudnej imprezie. Bardzo okrągłych urodzinach Tereski. Tereska rodzinę ma cudną i dużą. Jako osoba posiadająca rodzinę malutką, a nawet bardzo malutką, zawsze jej tej rodziny zazdrościłam. Impreza urodzinowa była klasycznym surprise i jestem ogromnie wdzięczna Gosi, córce Tereski, że mogliśmy być częścią tej niespodzianki. Mina Tereski, jej łzy, gdy nas wszystkich zobaczyła jest warta… nie, nie jest warta – jest BEZCENNA! Bo bezcenna jest rodzina. Zawsze to wiedziałam, ale to co innego poczuć własnymi emocjami, tak jak ja teraz, podczas tych tereskowych urodzin. Że rodzina to miłość i przyjaciel, który stoi z tobą i za tobą ZAWSZE. Chcę tworzyć taką rodzinę dla moich synów. Bo to jest bogactwo nad wszystkie diamenty i złoto tego świata. Naprawdę – żadne frazesy. Teresko bądź zdrowa bez końca, bo szczęśliwa, mając takich bliskich obok – będziesz zawsze.

środa, 1 stycznia 2020

Witaj 2020!

Uwielbiam lata dwudzieste XX wieku - niesamowity rozwój kultury i cywilizacji. Ów boom  kulturowy zapewne w Polsce był związany z nagłym zachłyścięciem się odzyskaniem niepodległości. W świecie - zakończeniem pierwszej światowej, straszliwej wojny. Przełom notowała każda sfera życia: sztuka, muzyka, film, moda, obyczajowość.
I chociaż za urokami tej dekady kryją się i sprawy ciemne - bezrobocie, ogromna bieda, społeczne podziały, wreszcie kryzys, to w świadomości powszechnej w pierwszym skojarzeniu pozostaje jednak urok tych lat.
Jak zapamiętamy lata dwudzieste XXI wieku?



wtorek, 31 grudnia 2019

Żegnaj 2019!

Ostatni dzień starego roku. Spędzimy go inaczej niż zwykle. Sami w domu. Przeziębienie, które dopadło mnie tuż po świętach, wyprało mnie z ogarniającej cały świat konieczności balowania. Nie odpalimy też petard. A to z szacunku dla naszego psa, który wszelkie wybuchy, grzmoty, głośne dźwięki, odbiera jak globalny kataklizm. Nie spędzimy też tego Sylwestra w towarzystwie przez twe oczy zielone i innych takich tam ołjeje jejejeje ołje. Odpalimy jakiś film na Netflixie. Rozpalimy w kominku, w lampionach zapłoną świece, wokół domu zaświecimy lampki, bo dobrze w nowy rok wchodzić ze światłem. O północy dwudziestolecie XXI wieku powitamy iskrami zimnych ogni. Są ciche, a równie zjawiskowe co fajerwerki. Przed naszym domem, pod naszym niebem, które pewnie będzie zachmurzone, ale od czego jest wyobraźnia – przecież tam wysoko nad nimi są gwiazdy. Przytuleni spojrzymy w jednym kierunku – naszą przyszłość, nasz nowy rok.

„[…] spotkanie kogoś, kto widzi ten sam świat co ty, jest zjawiskiem dość rzadkim”*, dlatego to dla mnie wyjątkowa chwila…


Szczęśliwego nowego roku – niech każdy jego dzień obfituje w dobro, światło, zdrowie, miłość, równowagę we wszystkim. Tego życzę sobie, swoim najbliższym i Wam – podążającym na tym blogu wraz ze mną do tego co w oddali, pozostającym nieustannie w zachwycie dla codzienności :)


Ps. A na nowy rok wymyśliłam sobie swoją własną foto-zabawę. W każdym miesiącu zatrzymam w kadrze widok sprzed mojego domu pierwszego i ostatniego dnia. Sprzed drzwi wejściowych i z tarasu. Wpisy otaguję dodatko jako "kadr".
Ale póki co ostatni dzień starego roku!




*John Green „Żółwie aż do końca”

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Czas świąteczny

Zawsze daję kredyt zaufania ludziom. Nie przyjmuję, że ktoś może kierować się w życiu niezbyt czystymi intencjami. Bywa, niestety, że dostaję pałką w łeb. I właśnie dostałam. A mówili: uważaj, bo to zły człowiek jest. Machałam ręką, że e... tam. No to mam. I w głowę zachodzę jak tak można - normalnie rozmawiać, usmiechać się, żartować? A pod tym wszystkim być kimś innym i działać przeciwko? Być tak bezgranicznie małostkowym? Bardzo, bardzo to smutne.

Całe szczęście, że w tym zakalcowatym cieście ludzkiej niegodziwości są rodzynki dobroci. Dają jednak szczyptę wiary, że przecież ludzie to nie są źli...

Dobrze, że rozpoczęłam przerwę w pracy. Przyda się na zdystansowanie. Na uleżenie pewnych emocji.

Udało się nam kupić w tym roku śliczną choinkę. Tak kształtną i uroczą w swoim naturalnym wyglądzie, że aż zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zostawić jej takiej sauté, ozdobionej tylko światełkami? Ostatecznie jednak postawiłam na lekkość i jasność i mam nadzieję, że się udało. Pozostałe, niewykorzystane ozdoby zawisły na stroikach przed domem, a reszta została w kartonach.

Powolutku domowo-kuchenne sprawy poogarniałam. Bez pośpiechu. Dom skrzy choinkowymi lampkami, pachnie makiem, pomarańczami, grzybami, pieczonym chlebem.

Odcinam się od wzburzonych spraw zawodowych, nieczystych gier, złej energii. Wsłucham się w ciszę, a jeśli gwar to taki kojący – rodzinny. Bezpieczny. Wczytam w książki. Wyśpiewam kolędy. Zwolnię.

Wszystkim zaglądającym na mój blog życzę pięknego czasu – takiego, który pozwala dostrzec to, o czym często w codziennej gonitwie zapominamy. Niech to będą dla Was dni spokojne, radosne, rodzinne. Miejcie czas na wsłuchanie się w siebie i odkrywanie nadzwyczajnego piękna w zwyczajności.

Radosnych świąt!









A to stroiki zewnętrzne:









środa, 18 grudnia 2019

Poranek w pracy

- Anno, mów mi pani bohater swojego domostwa! W weekend wysprzątałam sypialnię, kuchnię i ulepiłam 120 uszek, TADAM! – wyrzuciłam w geście zwycięstwa ramiona do góry, meldując się poniedziałkowym świtem w pokoju nauczycielskim. Dyskretnie przemilczałam, że sterta tzw. „do prasowania” została przeze mnie upchnięta w najdalszy kąt garderoby, aby mi wyrzutem sumienia nie była. No przecież musiałam mieć troszkę czasu i na czytanie („Matki i córki” Ałbena Grabowska - polecam) i na filmik („Diabelska przełęcz” - sam film nie jest może arcydziełem, ale oparty jest na prawdziwych wydarzeniach i to o nich warto sobie poczytać).

- Boszszeee, chciałabym mieć tyle radosnej energii co ty – rzekła koleżanka Anusia, opadając swoim wysokim, zwiewnym ciałem na krzesełko tuż obok ksero, produkującego jej sprawdziany na matmę z pierwszą a. Ania ma małych synków dwóch, którzy jak to zwykle synki małe dwa, co chwila fundują jej a to rotawirusy, a to anginy z całym asortymentem atrakcji temu towarzyszących.

Zdziwiłam się, że tak jestem postrzegana. Że radosna, że energia i w dodatku, że jej aż „tyle". I zastanawiam się, czy faktycznie? Czuję się silna. W pewnym sensie zmotywowana. Czuję, że stoję stabilnie na ziemi, że wiem dokąd zmierzam, czego chcę. A wszystko stało się prostsze od kiedy wiem, co jest w moim życiu ważne. Od kiedy nie skupiam się na popierdółkach. Nie rozdrabniam i nie analizuję. A jeśli już, to tylko po to, aby dojść do czegoś konstruktywnego.

- Anusia, synki rosną szybko, uwierz, wiem co mówię! Ani się obejrzysz, a będą w pełni samoobsługowi – spojrzałam na nią okiem doświadczonej matki dużych synków dwóch. Powłóczyste spojrzenie Ani, rzucone we mnie spod jej rudej grzywki zaczesanej fantazyjnie na boczek, mówiło jedno „co ty gadasz za głupoty”. Przy czym jest to wersja ocenzurowana, bo w głowie Ani – jestem pewna – telepało krótsze i bardziej dosadne słowo na literę p.
A Anusię lubię - Anusia to nowa matematyczka w naszej szkole i wniosła wiele fajnej, pozytywnej energii i fajnego poczucia humoru. Choć jest ode mnie troszkę młodsza - te urocze małe synki dwa - to czuję, że nadajemy na tych samych falach :)

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Kulturalnie


W piątkowy szalony Black Friday (jak to już dawno, jak minęło, ech) wybraliśmy się do warsiawy gnani potrzebą nie zakupów, a złaknieni kultury :) Na naszej trasie było Muzeum Polin i Teatr Muzyczny Rampa. Muzeum zwiedzić warto, chociażby ze względu na jego bardzo oryginalną architekturę i magię multimediów. Cenne poznawczo jest to, że tysiącletnia historia narodu żydowskiego na polskich ziemiach nie jest tutaj zawężona do niewyobrażalnej tragedii holocaustu. Niestety paradoksalnie zabrakło mi w nim czegoś… nie wiem… klimatu kultury żydowskiej… jakiś emocji? A może po prostu zbyt wiele informacji na raz, ogrom grup zwiedzających, może to nie sprzyjało bardziej empatycznemu odebraniu kolejnych wystaw?

Hitem dnia był spektakl „Twist and shout” z muzyką The Beatles. Piosenki czwórki z Liverpoolu wpisano w zabawną i wciągającą fabułę. Plus energetyczne układy choreograficzne i muzyka na żywo w aranżacji pana Jany Stokłosy – porywające dwie godziny. Bardzo polecam nie tylko fanom Beatelsów, ale też osobom, które w teatrze szukają rozrywki.

Już w zaciszu domowej telewizorni na zawołanie, czyli Netflixie obejrzeliśmy "Irlandczyka", o którym piszą różnie, a który szalenie się mi podobał, głównie za sprawą Roberta de Niro. Chociaż reszta ekipy Scorsese - Pacino, Pesci - tworzy wyśmienity koktajl genialnego kina. Aktorstwo, dialogi, scenografia, mafijno-polityczne brutalne gry. Świetne, świetne, choć na jeden raz (3 i pół godziny!) nie dałam rady.

Rozwijamy nasz bliski kontakt z muzyką jazzową. W teatrze lekko prowincjonalnym (bez negatywnych konotacji, w znaczeniu, że nie w metropolii), rzut beretem od naszej mieściny, zaliczyliśmy świetny koncert formacji Wojtek Mozolewski Quintet z muzyką inspirowaną twórczością Krzysztofa Komedy. WMQ grają jazz w brzmieniu nowoczesnym, zwariowanym, jak to ja mówię "zakręconym". Bardzo, bardzo podobało się nam. W formacjach jazzowych podczas koncertów najbardziej lubię panów kontrabasistów. No siłą rzeczy, a raczej wielkogabarytowego kontrabasu, ściągają uwagę widza. Pan kontrabasista zwykle jest w centrum zespołu i na kontrabasie uskutecznia rożne sztuczki. Kontrabas to po prostu piękny instrument, a właśnie w jazzie pokazuje cały swój urok.

Wciąż rozsmakowuję się w wykładzie noblowskim pani Olgi Tokarczuk. Najpierw przeczytałam, potem wysłuchałam. Kopalnia wspaniałych treści, ogrom emocji, wzruszeń. A przede wszystkim inspiracji.