niedziela, 20 października 2019

I w kinie, i w lesie jesień się plecie

Jak bardzo od siebie oddalone są dobro i zło? I czy w ogóle?
W małym kinie, z atmosferą dawnych lat, na szczęście technologicznie jak najbardziej współczesnym, obejrzeliśmy z Marko „Boże ciało”. Małe, kameralne kino w małym mieście na prowincji, ma tę zaletę, że automat do popcornu nieczynny, czy też uszkodzony, w każdym razie widownia jest, a jakoby jej nie ma.
Film dotyka trudnych emocji, podejmuje też ciężką tematykę, a mimo wszystko nie wywołał we mnie przygnębienia, choć emocje grały we mnie długo po seansie. Doskonała gra aktorów. Każdy wątek, postać poprowadzona głęboko, bez irytującej powierzchowności. Naprawdę jesteśmy z Marko pod wrażeniem. Aktor grający główną rolę pan Bartosz Bielenia – majstersztyk. Z pewnością Jego wyjątkowe warunki zewnętrzne pomogły wydobyć z postaci „księdza” Daniela nieprawdopodobną nieoczywistość. Daniel to przecież... człowiek „zły” – czy nie tak właśnie szufladkujemy tych, którzy łamią prawo, lądują w poprawczaku/więzieniu? Ale Daniel nagle zaczyna emanować dobrem. Choć mamy przed sobą człowieka, który popełnił przestępstwo, który kłamie, który dopuszcza się świętokradztwa, to jednak ani przez chwilę nie rodzi się w nas – piszę za siebie i Marko – potępienie dla niego. Lubię takie właśnie filmy. Mega emocjonalne emocjonalnością nie tanią, nie banalną, nie ckliwą. Doskonały film.

A tymczasem jesień funduje nam piękno. Dzisiejsza niedziela cudna, zmalowana paletą słonecznych barw, od żółci, przez pomarańcze, po najróżniejsze odcienie czerwieni. Wszystko wkomponowane w soczystą zieleń trawy i błękit nieba. Pojechaliśmy do lasu, jak zwykle w weekend, od kiedy pojawiły się grzyby. Mamy swoje miejsca, oddalone od miejsc nawiedzanych przez innych grzybiarzy. Zaciszne, z polanami, na których często spotykamy sarny. A na przylegających łąkach, w trawach bielą się pachnące kanie.
Grzyby przebieram na tarasie, gdzie jeszcze wciąż zagląda popołudniami słońce. Marko grabi liście, które z zapałem zrzucają olchy i wiązy, a Fafcio... Fafciowi to niewiele do szczęścia potrzeba :)









niedziela, 13 października 2019

Jest pięknie (no, prawie)

Wzruszyła mnie wiadomość o literackiej Nagrodzie Nobla dla pani Olgi Tokarczuk. Nie czarujmy się - Jej pióro nie należy do "letkich" (jak mawiał Dziadek Marka), łatwych czytadeł. "Nasza" (a co? łatwo przywłaszcza się sukces 😊) nowa noblistka dzieląc się swoją wrażliwością i swoim postrzeganiem świata, jest w stosunku do czytelnika wymagająca. Mnie nigdy nie udało się pokonać jednym tchem Jej książek (no może oprócz "E.E."), ale za to jaki to potrafi być piękny czas. Smakowania, odkrywania. Refleksji. Czasami wkurzenia na siebie samego, bo czegoś się tam nie rozumie, więc czyta się jeszcze raz tę samą sekwencją zdań i nadchodzi uspokojenie, że "acha, aaachaaaa, no taaak"... Moja ulubiona książka Tokarczuk - choć nie czytałam wszystkich - to "Prawiek i inne czasy". Kilka minut po ogłoszeniu Noblistów literackich zrobiłam wystawkę wszystkich książek Tokarczuk, jakie są w mojej biblio i... WSZYSTKIE w dwie przerwy poszły do czytelników. Jedni przychodzili, bo znają, cenią i dla uczczenia chwili chcą przeczytać raz jeszcze, inni bo "wstyd nie znać niczego polskiej noblistki". Zdażyli się i tacy: "no to trzeba teraz czytać Tokarczuk, bo jak nic będzie na maturze". Każda motywacja w tym przypadku jest ważna.

Piękne dni. W każdym wymiarze. Piękna, słoneczna, kolorowa i ciepła jesień. Piękne zbiory grzybów w okolicznych lasach. Piękny czas rodzinny z jesiennym ogniskiem w nowym kamiennym kręgu, wymurowanym latem przez Marko. Z pięknym księżycem, wiszącym nad naszym domem, nad naszym światem...
Teraz czekamy na piękny wynik meczu Polska-Macedonia w eliminacjach do Euro 2020, bo wynik wyborów parlamentarnych... No cóż... pomińmy pięknym milczeniem.




[eidt:]
Polska - Macedonia 2:0, jedziemy na Euro 2020 - coś dobrego na ten dzień... Bilety na 1/8 w Budapeszcie Michał zakupił, więc kto wie...


sobota, 5 października 2019

Matematyka? A do diabła z nią!


Krokomierz informuje mnie każdego dnia ile jeszcze muszę zrobić kroków, aby osiągnąć cel. Każdy jeden krok do czegoś mnie przybliża i jednocześnie od czegoś oddala. Ile rzeczy da się przelicz, zmierzyć, zważyć? A ile nie… Wiem ile muszę zjeść kalorii i ile codziennie spożytkować energii, aby utrzymać właściwą wagę. Wiadomo jakie powinnam mieć parametry krwi, poziom cukru, hormonu jakiegoś tam, aby mój organizm był zdrowy. Wiem ile litrów wody muszę wypić, aby metabolizm nie wariował. Proporcje białka, węglowodanów i tłuszczów. Skatalogowane w tabelach, zestawieniach, normach, opisane w procedurach. Wiem ile mogę wydać miesięcznie kasy na rachunki, a ile przetupać na przyjemności - wykazane na stanie konta.

Każda kartka w kalendarzu mówi mi ile mam lat. A dzisiaj szczególnie, bo mam urodziny.

Ale na szczęście matematyka nigdy nie była moją mocną stroną i do tej pory muszę się zastanowić, ile to jest siedem razy osiem.

Na szczęście żadne normy nie ograniczą moich marzeń, nie ma wagi, która zważy na przykład... szczęście. Tyle mam i tyle mieć będę, ile zechcę.

I takie jest moje urodzinowe życzenie - wierzyć w to!

Na moim urodzinowym torcie, którego zaszczytną funkcję pełniła rolada bezowa z truskawkami, upieczona wespół w zespół z Jędrzejem - znalazła się całkiem przypadkowa świeczko-cyfra. Bo przecież w przypadku wieku człowieka matematyka nie ma znaczenia.


sobota, 28 września 2019

Weekend, cudna sprawa

Zarzucono mi w pewnej społeczności, że nie dostrzegłam ważnych starań, „walki” o coś dobrego dla innych. Pochylam głowę, bo faktycznie stoję teraz troszkę z boku różnych spraw, które dzieją się „dla innych”. Teraz mam czas „dziania” dla siebie, a właściwie dla Rodziny, a to tak jakby dla mnie. I chociaż rozumiem zarzut, to zrobiło się mi minimalnie i tylko na chwilkę, ale jednak - smutno… Bo kiedyś to ja stałam w środku aktywności dla innych, często sama ją inicjując… Ale to było kiedyś, a „kiedyś” bywa zapominane. „Tyle jesteś wart, ile twój ostatni sukces” – stare powiedzenie, niezmiennie aktualne. Ale nie, nie uraził mnie ów zarzut. Po prostu dojrzałam do rozumienia, ustalania i konsekwentnego przestrzegania priorytetów. Jak bardzo się zmieniłam, paradoksalnie właśnie teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo... Niestety musiałam włączyć egoizm, musiałam swoją energię, serce, WSZYSTKO ulokować gdzie indziej.

Wolny weekend, wyczekany. Cudna sprawa. Jesienne, milutkie ciepło, w nocy siąpił deszczyk, grzyby rosną i gdzieś tam na nas w lesie czekają. Jutro się po nie wybierzemy. Bo dziś Marko finalizował swoje kilkumiesięczne szkolenie, wrócił wieczorem. Ja robiłam porządki w warzywniku. Malutkie patisony, miniaturowa cukinia, troszkę papryki czerwonej, marchewka i wyczarowałam warzywa w zalewie słodko-kwaśnej. Smaczny i kolorowy dodatek do przekąsek na bezkolorową zimę…





Brzoskwinia – to jedyna drzewko, które w tym roku nie złapał w swoje szpony wiosenny przymrozek i pięknie nam obrodziła. Zebrałam ostatnie owoce i usmażyłam z nich dżem. Kolorem to on nie powala, ale smaczniutki jest. I zdrowy, nie pryskany - serio nawet na mszyce w tym roku zapomnieliśmy drzewka opryskać. 


I jeszcze ostatnia porcja gęstego sosu pomidorowego ze świeżą bazylią i powoli sezon słoikowy finiszuje. Powoli, no bo przecież jeszcze grzybki, grzybki ;)


A popołudniu, z książką w jednej łapce, z kawką w drugiej, zasiadłam na tarasie zatopionym we wrześniowym słońcu. 
I takie rzeczy to ja lubię.

środa, 25 września 2019

No i po wakacjach, chlip, chlip

Taki czas, że w głowie tłucze się mi jedna piosenka "nie poganiaj mnie bo tracę oddech, nie poganiaj mnie, bo tracę rytm..." 
Wakacje są już tylko słodkim wspomnieniem, praca w pracy rozpędzona, że już całkiem człowiek o nich zapomniał. Ogrom różności jakie mam do ogarnięcia w ramach moich dwóch różnych etatów spowodował, że już praktycznie pierwszego dnia miałam zaległości. Ale skrzętnie realizuję postanowienie nieprzynoszenia pracy do domu, więc po prostu pracuję bardziej intensywnie w pracy. A gdy jeden, jedyny raz, ów imperatyw zamierzałam złamać i zgrałam na pendrive materiał do przeanalizowania i zredagowania w domu, pendrive owego zapomniałam zabrać do domu. I tak oto zasady nie złamałam. Niechcący i przypadkowo, ale jednak.

Wracam do domu bardzo późnym popołudniem, a może to już wczesny wieczór?
Przygotowuję na przykład burrito, bo Jędrkowi się zamarzyło. Wstawiam pranie, wieszam pranie, prasuję pranie, to już uprane i wysuszone. Nastawiam chleb do pieczenia, który wyląduje w piekarniku bladym świtem, jeszcze przed moim wyjściem do pracy. Do chleba przygotowuję dietetyczny "smalczyk" z białej fasoli. Wszystko to powędruje do zaprzyjaźnionej biblioteki jako poczęstunek po Literackiej biesiadzie.
Wieczorem, w łóżku, z nadzieją otwieram książkę - z nadzieją, że może dotrwam do końca chociaż jednego rozdziału. Niestety. Zasypiam nawet nie w połowie.
Już od wtorku myślami jestem przy weekendzie, kiedy wreszcie, wreszcie! będę mogła wypocząć.

Póki jeszcze słońce, póki jesień pachnąca latem, póki "świat w złocie i w koronkach,
i rozedrganych w dzwonkach", spędzam czas na tarasiku, albo krzątając się wokół domu. Znowu zazieleniło się cudnie, soczyście.W lesie pojawiły się nieliczne grzyby. W weekendy pokonujemy z Marko rowerowe trasy, sukcesywnie je wydłużając.
Kilka dni temu Jędrzej przestał być nastolatkiem, urodziny były w tym roku wyjątkowe... Wzruszające.
Albo jak to Jędrek mówi: "zwruszające" 😍



piątek, 16 sierpnia 2019

Spotkanie

- Słuchaj, musisz wracać. Mamy gości. Takich bardzo rzadkich – powiedział do mnie Marko przez telefon, gdy właśnie byłam w trakcie sympatycznego spotkania koleżeńskiego u Asi, do której zjechała Tereska, nasza krakowianka. No to wyściskałam Terenię i wskoczyłam na rower, po drodze obstawiając któż to, ach któż zawitał na nasz koniec świata? I naprawdę, nie byłam wcale zaskoczona, gdy weszłam do domu. Czułam, że to oni. Kasia i Marcin ze swoimi dziećmi, z którymi widzieliśmy się ostatnio… a chyba 8 lat temu. To jedni z wielu bardzo bliskich kiedyś nam osób, które wybyły w świat daleki za… za lepszą teraźniejszością dla swojej rodziny. Teraz wiodą ustabilizowane pod każdym względem życie w Londynie, mając szczęście rozwijać się zawodowo zgodnie z wykształceniem. To spotkanie było dla mnie poruszające… Powróciła do mnie myśl, jak wiele osób bliskich nam kiedyś, jest już w innym wymiarze, i jaka szkoda, że proza życia skazała nas tylko na spotkania od czasu do czasu. Udało się zaczerpnąć dobrej energii od nasiąkniętej dobrocią Kasi. Długo przytulałyśmy się na pożegnanie…

Gasnący dzień pełen słońca i kiczowatego błękitnego nieba upstrzonego białymi obłokami, wpada w chłodne objęcia wieczoru. Z tarasu, gdzie ja czytam książkę, a Marko słucha cudnie bujającego jazzu, wygania nas właśnie ten chłód. Jeszcze chwilę czochramy psa za uchem, planujemy przyszłe wakacje, układamy na tacy pomidory, aby jutro miały szansę dojrzeć i nabrać słodyczy w słońcu. Zakrywamy plandeką basen ogrodowy. Wracają Synowie z basenu prawdziwego 😄 Kot zza moskitiery domaga się wyjścia na podwórko. Wie, że musi poczekać, aż Fafik trafi do kojca.

Robię umowne „PSTRYK” i zapisuję obraz tego dnia w pamięci, niczym kiedyś fotografię na kliszy.




środa, 14 sierpnia 2019

Taki sobie mix

Zaczęło padać. A to w sumie dość rzadka aura tego lata. Więc niech pada. Może trawa jeszcze się zazieleni? Wreszcie też mam kilka godzin dziennie czasu tylko dla siebie. Bo Marko po urlopie już w pracy, a Synki dwa rozjechali się do swoich spraw wakacyjno-studencko-obowiązkowo-wypoczynkowych.

Pozwalam więc sobie na te kilka godzin lenistwa. Okraszonych oglądaniem filmów, czytaniem książek, i… robieniem przetworów z cukinii i pomidorów, bo chociaż to obrodziło w tym roku w moim warzywniku. No i jeszcze rukola i bazylia. Zrywam je na wyścigi ze ślimakami, bo okazuje się, że one też je lubią.

Po raz któryś oglądam film „Kochankowie z księżyca”, który jest dla mnie bajecznie magiczny, doprawiony odrobiną surrealizmu i groteski. Uwielbiam ten film. Z niecierpliwością też czekam na nowy film Tarantino „Pewnego razu… w Hollywood”, bo jestem niezmiernie ciekawa jak w tym światowym koktajlu spod znaku „fabryki snów”, poradził sobie z postacią Polańskiego nasz polski aktor Rafał Zawierucha. No ale wiadomo – Leonardo DiCaprio i Brad Pitt – przecudni panowie dwaj, już nie chłopcy, piekielnie dojrzali w urodzie i aktorstwie, niezmiennie wspaniali aktorzy – taką mam nadzieję. Także czekam aż film dotrze pod strzechy – czyli do prowincjalnego kina w miasteczku tuż nieopodal. Bo do dużego miasta póki co nie wybieramy się.

[Dopisane kilkadziesiąt (nieleniwych) chwil później:] 

Bardzo lubię robić przetwory. Odstresowuje mnie to i nie ma nic wspólnego z atawistycznym zewem zapełniania spiżarki na ciężkie czasy. Wspomniałam już, że jak oszalała rośnie w warzywniku cukinia, więc przerabiam z niej co się da. Był już ketchup, sos z pomidorami, który może być bazą do mięs wszelakich i jako dodatek do makaronu, czy pizzy. A teraz zakochałam się w mieszance warzyw marynowanych w zalewie słodko-kwaśnej. Cukinii do towarzystwa dałam paprykę, cebulę i patisona, który w oszałamiającej ilości – sztuk jeden – raczył po raz pierwszy zagościć na moich mikrych grządkach. I tak sobie myślę, że cudnie ten kolorowy misz-masz wygląda. A w ciemne, jesienno-zimowe, dni strzeli feerią barw na stole. O ile do tego czasu doczeka choć jeden słoik.

Przepis wskakuje do mojego podręcznego przepiśnika.