sobota, 24 września 2016

Prze tworki :)

Od paczania w komputer bolą mnie oczy. Paczam służbowo, nie rekreacyjnie, pozasłużbowo staram się oczy oszczędzać. W tym sezonie służbowym dostąpiłam wątpliwego zaszczytu protokołowania. Bo ponoć lekkość pióra posiadam. Czyżby w sensie, że potrafię lać wodę? Tylko weź i sobie polej człowieku wodę przy protokołowaniu! Za bardzo się nie awanturowałam, bo wśród rozlicznych dodatkowych obowiązków służbowych, szanownom paniom protokolantkom to jeszcze nie byłam. Chyba wolę to, niż być liderem zespołu ewaluacyjnego, bo jak nie raz już wspominałam, sensu w ewaluacji w obowiązującej postaci - nie widzę nijakiego. Zdania nie zmienię.

Aby odpocząć od służbowego paczania w komputer i myślenia o rożnych służbowych różnościach i różnych domowych różnościach, lubię porobić rzeczy, które nie wymagają angażowania szarych komórek do myślenia. A, że sezon na jesienne przetwory w rozkwicie, to ganiam co jakiś czas rankiem na targ i kupuję... kilogramami... pomidory, papryki. I przetwarzam.


Ostatnio koleżanka Krysia chciała pożyczyć mi takie ustrojstwo do przecierania pomidorów. Z zapałem przekonywała, że gdzieś tam się wrzuca pomidory, się kręci i jedną dziurką wylatuje sok, drugą skórki i nasiona. Rachu-ciachu, szybko, sprawnie, siesamosie prawie robi. Tylko po co mi takie ustrojstwo, jak ja wolę sama, tymi rencami - sparzyć, ze skórki obrać, do gara siup, pogotować, pomiąchać drewnianą łychą, blenderem zmemłać, przez sito przetrzeć. Nawet kiedy o tym piszę, czuję błogi spokój. No, różne ludzie mają bziki, ja mam taki. Mam znajomą, którą relaksuje... obieranie czosnku. A że jest właścicielką baru przekąskowego z ambicjami samodzielnego przygotowywania sosów do tych swoich przekąsek, to czosnek obiera w ilości hurtowej. Pełnia szczęścia. Relaks.
Ja mam podobnie - relaksuje mnie przygotowywanie jesiennych przetworów.
Warzywa z pola kupuję na małym targu mojego dawnego osiedla, u pani Czarnej Marzenki. Kupuję po 5, 10 kilo i przecieram. I dobrze mi z tym. Bazylia jak szalona w ogródeczku urosła, to oprócz tradycyjnego przecieru pomidorowego, przygotowuję pastę pomidorową uszlachetnioną świeżą bazylią, pachnącą nieziemsko wprost.


U Gosi sąsiadki zaś obrodziły dynie. Mnie dynie jakoś nie lubią, cukinia owszem - rośnie jak szalona, ale dynia ma mnie w dyniowatej d... Na szczęście Gosia nie ma już co ze swoimi dyniami robić, więc dała jedną pękatą mnie, a ja ją od razu na chutney przeflancowałam. Z pomidorami, pieczoną papryką, świeżym imbirem i rodzynkami - pyszota.

Niedługo wybywam do kuleżanki, która to jest zwierzęciem miastowym, samodzielnie przetworów nie robi, bo jest niejako istotą stworzoną do innych celów - jak to często miastowe ludziska mają. Na szczęścicie potrafi docenić efekty pracy zbzikowanej na punkcie przetwarzania kuleżanki.
Madzia dostanie kilka ślicznie przystrojonych słoiczków z pysznościami. W zamian będzie zimne białe wino, może sushi (jak to w mieście, hehe) i nocno-babskie polaków rozmowy!



wtorek, 20 września 2016

Książka kontaktów mojej Mamy

Moja mama telefon komórkowy obsługuje już z 8 lat. Ale do tej pory nie nauczyła się odpisywać na sms, nastawiać budzenia (stąd często telefony wieczorem do mnie z serii: Agusia obudź mnie jutro o 7), ani też zapisywać numerów w fonie i oczywiście korzystać z listy kontaktów. Wstukuje, więc Mama, za każdym razem numery ręcznie, niczym kiedyś na stacjonarnym aparacie. A numery wszystkie ma wpisane w notesiku, który po latach użytkowania ma fruwające kartki i masę zbędnych rzeczy. Kiedy kolejne próby nauki korzystania z zapisanych numerów w fonie nie dały rezultatu, sprezentowałam Mamie nowy, solidny notes.

Siedzi Mama przy stole i skrupulatnie przepisuje z fruwających karteluszek kontakty, prowadząc refleksje na temat swoich bliższych lub dalszych znajomych, monolog, który mnie rozbraja:

- O Danuśka. No ciekawe kiedy zjedzie z tej Anglii? Mówiła, że nie służy jej tam wilgotny klimat.

- Marzena. A też dawno nie dzwoniła. Ciekawe czy już odebrała te kontrolne badania. Te co wiesz, co. Co nie? M A RZ E N K A [literuje głośno cyfry].

- Helenka. Oj ona też biedna schorowana.

- Stasio. No nie wiem czy on dożyje ten sprawy, co to wiesz. Wykryli mu ponoć coś na płucu.

- Lekarz rodzinna. No muszę zapisać [głębokie westchnięcie]. Muszę iść do niej po skierowania.

- Moja pani kardiolog. Oby mi się nie przydała, ale zapisać muszę.

- Pulmolog…

- Chyba pulmonolog, Mamo.

- No tak, ten od płuc. Też zapiszę, chociaż strach iść do niego. Te papierochy… muszę rzucić…

- Pani Krystynka. Hm! Co za pani Krystynka? [zastanawia się głośno Mama, szperając już nie tylko w notesiku, ale odmętach swej pamięci].

- Halina. A ona wiesz, że ostatnio miała rękę złamaną? I słuchaj w domu złamała.

- Henio. A Henio też po operacji. Ledwo chodzi. Jeszcze mu tej szyny z nogi nie wyjęli.

- A… już wiem co za Krystynka! To muszę zapisać.

- Irka. A do Irki nie piszę.

- Celka. Celka [się Mama zastanawia]. No wpiiiszę do Celki. C E L K A.

- Izunia. A nie dzwoniła dawno! Ciekawe co u niej? Miała mieć tę biopsję, ale termin, wiesz, wizyty miała strasznie odległy, miała iść prywatnie, ciekawe czy poszła? Muszę do niej zadzwonić.

- Jednak wpiszę do tej Irki. Może się przydać.

- A ta Iza to aparatka mówię ci. Lubię ją bardzo. Jak zadzwoni, to tylko pani Halu to, pani Halu tamto. Pogadać można. A wiesz, że jej córce jajnik musieli usunąć? Młoda dziewczyna... ech... [chwila zadumy i wertuje Mama notes dalej].

- Jadźka. J A D Ź K A, do niej zapiszę. Muszę do niej zadzwonić. Ojciec, wiesz przepisał jej kamienicę w P. Ona teraz jeździ do niego co drugi dzień. Brat się całkiem odwrócił. Mówię ci ludzie to mają...

- Grażyna od Łysego. [Chwila namysłu] Dobra, wpiszę. Chociaż ona mnie tak wkurza czasami. Nic tylko o lekarzach i lekarzach, o chorobach i chorobach. [Sic!!!]

- Basia. O muszę do Basi zadzwonić, na basen miałyśmy iść i coś nie dzwoni.

- Danka listonoszka. Pójdę do niej teraz jak wrócę do domu.

- Grażyna z P. Ciekawe czy już była na tej gastroskopii? Ja też powinnam iść...

- A tu mam co? A tu mam ten. A! A tak, to ten mam! No to tak.

- A tu mam do swego gastrologa. To muszę zapisać. Boże, ile tych numerów do lekarzy ja mam!

- Doktor B. Ooo to jest cudooowny człowiek.

- Mamo a mój wpisałaś?- zerkam znad laptopa do maminego kajecika.

I tu mnie rodzicielka zaskoczyła:

- Do ciebie znam na pamięć! [Błysk triumfu na twarzy Mamy] 

- KURTYNA - 

piątek, 16 września 2016

O diecie, czyli samochwała, ale czasami trzeba

Mijają dwa lata od rozpoczęcia mojej prywatnej kuchennej rewolucji, którą przez pierwszy rok przechodziłam prowadzona za rękę przez dietetyczkę. Priorytetem było wówczas schudnięcie, później uświadomiłam sobie, że bez TRWAŁYCH zmian magicznych NAWYKÓW ŻYWIENIOWYCH, na nic mój wysiłek.

Pierwsze efekty uskrzydliły mnie, a po pół roku, kiedy do akcji zdrowe żywienie, dołączyła rodzina, wiedziałam już, że będzie sukces na zawsze. Po roku, po nauczeniu się na nowo gotowania i komponowania całodniowych posiłków wg zasad zbilansowanej diety, po zrzuceniu dużej nadwagi, odważyłam się (nomen omen) na samodzielność – bez wsparcia dietetyczki. Na kolejny rok priorytetem było dla mnie... utrzymać, utrwalić to co udało się osiągnąć dotychczas. Po prostu nie wpaść w sidła efektu jo-jo. I teraz mogę odtrąbić zwycięstwo. Albowiem zdrowy styl odżywiania nie tylko ja, ale i cała rodzina, ma we krwi, i co dla mnie istotne – moja waga przez ten rok była idealnie stabilna.

Kiedy człowiek rozpoczyna takie zmiany w swoim życiu, reakcje otoczenia są różne. Najpierw każdy podchodził z przymrużonym okiem do moich wizyt u dietetyczki. Z zaciekawieniem zaglądano mi do przynoszonych do pracy pudełeczek z żarciem, zaś galopowanie wszędzie z butelką wody w ręce obrastało w anegdoty. Z niedowierzaniem obserwowano, gdy na firmowych imprezkach wybierałam owoce, a nie słodkie i puszyste ciasta.
Kiedy pierwsze efekty w postaci utraty wagi zaczęły być widoczne – był podziw, miłe słowa. Zawsze szczerze dziękowałam każdemu. To budowało moją motywację, pchało do przodu. Ale kiedy waga wciąż leciała w dół, rozlegały się zaniepokojone pytania: ale czy ty się nie głodzisz? to jakaś dieta cud? czy robiłaś badania? czy ty jesteś zdrowa? i tak dalej.
Gdy przyzwyczajono się do mojego nowego wyglądu, zaczęło się doszukiwanie oznak załamania – czyli fałdek tłuszczu. Nie raz zdarzało mi się słyszeć zdziwione: „o, ale ty to chyba cały czas trzymasz wagę?”, „a jesz już normalnie, czy wciąż na diecie?”

Co znaczy normalnie? Co znaczy dieta?
Dla mnie "normalnie" to sposób w jaki odżywiam się teraz. Dieta stała się normalnym jedzeniem. Zdrowym. Dużo, naprawdę bardzo dużo warzyw, odpowiednie proporcje białka i węglowodanów, odpowiednia obróbka produktów surowych (eliminacja klasycznego smażenia), wyeliminowanie półproduktów tych wysoko przetworzonych, nafaszerowanych nie wiadomo czym, woda – to podstawa. Pewnych produktów nie kupuję WCALE: śmietany, majonezu, smalcu, słodyczy ofkors. Kilogram cukru zwykle starcza w naszym domu na 2-3 miesiące, a i tak konsumują go głównie goście.
Po dwumiesięcznych wakacjach i powrocie do pracy, powitały mnie pełne niedowierzania: „ojej, ty nic nie przytyłaś!” W głosach niektórych „koleżanek” słyszałam jęk zawodu ;)

Walka ze zbyt wysoką wagą, okres budowania nowej jakości mojego odżywiania, wiele mnie nauczyły i uczyniły silniejszą.
Nigdy tego nie zmarnuję. Nigdy.

Kiedy znajomi (także ci tylko z widzenia) pytają mnie o techniczne szczegóły wprowadzenia w życie zasad pięciu posiłków, z regularnością co do 3-4 godzin, nie picuję, że to proste i ogólnie hip hip hura! Na początku proste nie jest. Dlatego tak ważna jest nasza wewnętrzna motywacja. Chcę, potrafię, zrobię! I jest sukces. Taki styl jedzenia wymaga też czasu - prawdą jest, że stoi się przy garach. Niestety szykowanie jedzenia praktycznie od podstaw jest czasochłonne i nie zmieni tego nic. Ale przyzwyczaiłam się do przygotowywania pudełeczek z żarełkiem nie tylko zresztą dla siebie samej.

Pierwszy rok był ważny, bo wszystko było w moim żywieniu i motywacji nowe.
Drugi rok był ważniejszy, bo musiałam być zdyscyplinowana i nie dać ponieś się euforii sukcesu.
Teraz jest prościej, bo to co kiedyś było wyzwaniem, stało się normą.
 



poniedziałek, 12 września 2016

Znowu te kajaki, czyli czytaj wodę!

Takiego pięknego, letniego września nie wolno marnować. Dlatego kiedy zadzwonił JaJacek z propozycją:
- Aga, płyniecie z nami na kajaki? – bez chwili zastanowienia powiedzieliśmy:
- Jasne, że TAK! – i pal licho, że to już trzeci spływ w tym roku, płyniemy, a co tam!
Tym razem w mniejszym, kameralnym gronie zaprzyjaźnionych osób. A ubaw był po pachy głównie za sprawą Anny i Tomasza, którzy to wiosła mieli pierwszy raz w życiu w rękach. Mocno przejęci, w obowiązkowych kapokach, najchętniej płynęli w duecie z nami. Połowę trasy płynęłam więc z Marko, połowę z Andzią. Połowę się opalałam i generalnie ozdabiałam kajak, a drugą połowę robiłam za sternika, bo niby ja bardziej doświadczona w kajakowaniu niż Ania. Przy czym „niby” jest tu słowem kluczowym.
- Ojej konar przed nami! Konar! To którym wiosłem mamy wachlować, aby na niego nie wpaść? -
- Obserwuj nurt, czytaj wodę, czytaj wodę! – nawoływał do mnie i Andzi JaJacek.
- A teraz zakręt, to którym wiosłem machać, no którym?
- Czytaj wodę! Czytaj wodę! – ewidentnie JaJacek miał ambicje nas wyedukować w kajakarstwie rzecznym.
Jakoś z Andzią dopłynęłyśmy. Czasami zygzakiem, bo czytanie wody szło nam różnie. A gdy była przed nami mielizna, Ania mówiła:
- Znając nasze szczęście zaraz na niej wylądujemy – i słowo się rzekło, kajak grzązł na piaseczku. Oj wesoło było jak zawsze, baaardzo.
Kiedy już szczęśliwie wszyscy dotarliśmy na metę, rozpaliliśmy nad brzegiem rzeki ognisko. Wcinając pieczoną kiełbaskę i ziemniaczki, dyskutowaliśmy sobie o zdrowym odżywianiu i ćwiczeniach kształtujących sylwetkę. Wśród nowo poznanych osób, była bowiem prawdziwna instruktorka fitness i kilka zakręconych na zdrową dietę dziewczyn. Po zeżarciu kiełbasek trenowałyśmy „deskę” na trawie, panowie mieli ubaw, a my uspokojone sumienie, że kiełbaskę co prawda zjadłyśmy, ale zaraz ją przecież spaliłyśmy  ;)
I tak pożegnaliśmy „naszą” rzekę na cały rok. Kolejny spływ już wiosną!




środa, 7 września 2016

Mówcie mi zegarynka

Bardzo ważny służbowy wyjazd.
BARDZO.
WAŻNY.
Mam stawić się w pracy punkt 6 zero_zero.
Dzień wcześniej kładę się do łóżka o 21, aby się wyspać i rankiem błyszczeć okiem wyspanym. Zegarek nastawiam na za dziesięć piąta. Przed snem chwilę czytam. I przestawiam zegarek – wstanę jednak 10 minut wcześniej. Czyli za dwadzieścia piąta. Będę miała więcej czasu na zrobienie się na bustffo. Szczególnie fryz po ostatniej wizycie u fryzjerki spędza mi sen z powiek.
Rankiem budzę się rześka. Mam dużo czasu. Spokojnie ścielę łóżko. Myję głowę, fryz będę modelowała za chwilkę. Najpierw sypię karmę do michy kota, gotuję sobie owsiankę na śniadanko. Powolnym krokiem (no bo przecież mam DUŻO czasu) schodzę do ogródka zerwać świeżą rukolę i bazylię do kanapek na podróż. I jeszcze kilka malin do mojej śniadaniowej owsianki.
Ubranko naszykowałam wczoraj. Założę, gdy wyfryzuję fryz. I zrobię oko.
Nagle w korytarzu pojawia się Jędrek, który zwykle wstaje tuż przed szóstą.
- A co ty synu tak wcześnie? Dopiero piąta dochodzi.
Syn patrzy na mnie jak na kosmitkę.
- Jaka piąta? Szósta.
- JAKA SZÓSTA????????????? – jaka szósta jak według mojego zegarka jest piąta!!! PIĄTA! Za godzinę mam być w pracy, za godzinę!!! Za godzinę, a nie JUŻ!
Ooomatko!
Pędzę od zegarka do zegarka. Na każdym jest SZÓSTA!!!!!!!!!!!!
Dostaję delirki.
- Mamo, telefon twój dzwoni – rzecze rozbudzony Syn.
- Agnieszko co z tobą? Zaraz ruszamy – rzecze szef.
- Oboszoboszoboszsz……….. oboszzzzz…
- Dobra, za 10 minut jesteśmy pod twoim domem – ogarnia szef sytuację.
W ciągu dziesięciu minut zdążyłam się ubrać i zrobić oko. Fryz odpuściłam. Cały dzień podczas BARDZO ważnego wyjazdu służbowego, chodziłam z kupą siana, w którą walnął pierun.
W sumie nic się nie stało. Opóźnienia mieliśmy tylko z 15 minut, ale… nie wiedzieć czemu, dla wszystkich stałam się ekspertem od „która godzina?”
- Aga, która godzina? – to był tekst tego mega ważnego służbowego wyjazdu.
Nie wiem, jakim cudem, nastawiłam budzenie na 5.40, a nie na planowaną 4.40?
I jeszcze żebym zaspała! Ale nie! Sama sobie zgotowałam ten los ;)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Droga

Na naszej prawie wsi powstaje osiedlowa droga. Po sześciu latach od zamieszkania, kilku petycjach, artykułach w prasie lokalnej i szturchaniu radnych jednej i drugiej kadencji – tadaaam!!! – będziemy mieli elegancką drogę z kostki. Pod prawie samiuśką bramę. Prawie, bo jak to na wsiach bywa(ło), drogi prowizorycznie wytyczone niegdyś dreptaniem na pole, czy też kołami wozów konnych, nijak się mają do planów geodezyjnych. W związku z tym czeka nas budowa nowego, dłuższego niestety, podjazdu. Póki co obserwuję codziennie reakcje miejscowych na działania panów geodetów i budowniczych drogi. Bywa nerwowo. Czasami ludzie zachowują się jakby im tę drogę za karę budowali. My zaś cieszymy się niezmiernie. Okolica wypięknieje, będzie bardziej uporządkowana, będzie wreszcie normalnie.
Ostatnie dni wakacji rozpieszczają pięknym słońcem, sierpień pachnie pożegnaniem lata i obietnicą kolorowej jesieni.
W ostatni wakacyjny weekend intensywnie żegnaliśmy lato. Był spływ kajakowy „naszym” Wieprzem na 27 kajaków! Było wesoło, sielsko, cudownie! Trasa niby znana, pokonywana po raz kolejny, a jednak wciąż relaksująca. Było spotkanie przy ognisku z przyjaciółmi, nocne Polaków rozmowy w blasku świec rozstawionych w ogrodzie i na tarasie. Noce pod baldachimem rozgwieżdżonego nieba, w świetle wysokiego ogniska, w którym spłonęły wysiane mimochodem słoneczniki i onętki. Leniwe dni niebawem się skończą, ale pozostaną wspomnienia i naładowane po kokardkę akumulatory.




piątek, 12 sierpnia 2016

Końcowy misz-masz...

…czyli jeszcze o Bułgarii - spostrzeżenia, które nie zmieściły się w poprzednich wpisach:

Bułgaria to kraj podróbek. Niemalże każdy straganik, sklepik, aż kipi od fałszywek. Ubrania (głównie sportowe), perfumy, galanteria, biżuteria, uf, pełno tego! Do tego stopnia obawiałam się naciągnięcia, że na stoisku oferującym certyfikowaną biżuterię, nie kupiłam koralika Pandory, który miałby mi przypominać o nadmorskich wakacjach. Synowie śmiali się, że jednak byłam bliska omamienia magicznym słowem „ordżinal”. Niebieski koralik kupiłam w Polsce… Handel podróbkami jest przestępstwem, w Unii Europejskiej (członkiem, której przecież jest Bułgaria) obowiązuje ochrona znaków towarowych, ale Bułgarzy podchodzą do tego lekceważąco – delikatnie mówiąc.

Bardzo często na ogrodzeniach domów, ulicznych drzewach, czy tablicach ogłoszeń widać specyficzne „nekrologi”. Nie są to typowe zawiadomienia o czyimś odejściu i dacie jego pochówku, tylko coś jakby wspomnienie o zmarłym. Z dołączoną fotografią, czasami jakimś wierszem. Te „wspomnieniowe” nekrologi rozwieszane są z okazji kolejnych rocznic śmierci konkretnej osoby. Naprawdę jest to bardzo powszechne.

W tawernach i bistrach wybrzeża wieczorami bardzo często gościom uatrakcyjniają czas występy lokalnych artystów – najczęściej są to pokazy tańców w charakterystycznych dla regionu strojach. W miasteczku, w którym my spędzaliśmy wakacje, na głównym placu, obok centrum kultury, odbywały się koncerty miejscowych zespołów i solistów, którzy prezentowali bułgarską muzykę. Czasami także pokazy taneczne. Był to ukłon w stronę turystów, a nie część jakieś większej imprezy kulturalnej.



W Bułgarii naprawdę warto parkować tylko w miejscach do tego wyznaczonych, choćbyśmy nie wiem ile mieli zapłacić za parking i choćbyśmy nie wiem jak długo musieli go szukać. Znajomi zostawili dosłownie na kilkanaście minut samochód kilka domów dalej od swojej kwatery i samochód został zarekwirowany. „Wykupienie” go do tanich nie należało, a co się najedli nerwów…

Bułgaria sprawia wrażenie kraju w budowie. Niemalże w każdym miejscu widać rozpoczęte budowy na różnym etapie i… i już. Nic się nie dzieje. Jakby inwestorzy nagle się rozmyślili, zwinęli cały budowlany sprzęcior i tyle ich widzieli. Skończyły się pieniądze? Pomysł? Chęci? Niektóre inwestycje widać, że nie są nowe, mają dobrych kilka lat i wciąż tkwią w stanie surowym, często nawet bez okien i drzwi.

Bułgaria nie powala na każdym kroku spektakularnymi widokami krajobrazowymi, tak jak na przykład Czarnogóra, czy Chorwacja, w których gdzie nie spojrzysz gotowy widoczek rodem z kiczowatej, ale przepięknej pocztówki. Jednakże jeśli ktoś pragnie nade wszystko wypocząć nad ciepłym, czystym (co tyczy także plaż) morzem, korzystać z uroków natury, ciszy, albo przeciwnie - dobrodziejstw roztańczonych, rozbawionych i prawie nie zasypiających kurortów, a przy okazji nie stracić za dużo pieniędzy – to jest to kierunek godny polecenia. My raczej na pewno jeszcze kiedyś się w te strony wybierzemy. Bułgarzy są przyjaźnie nastwieni, a przynajmniej my tylko takie wywieźliśmy doświadczenia. W kontakcie z turystami stonowani - nie tak uprzedzająco przymilni, czy wręcz nachalni, jak to bywa w innych, południowych, czy też egzotycznych krajach. Da się wyczuć taką południową „lekkość bytu”. Może razić wszechobecna nuta zamierzchłej epoki, ale przecież nie wszystko dzieje się od razu…

Pogoda bardzo stabilna – w pierwszej połowie lipca temperatura powietrza w dzień była praktycznie stała – pomiędzy 27, a 30 stopni, woda w morzu 26/27 – komfortowa. Tylko raz, podczas powrotu z „czarnych błot” w okolicach Pomoria, zachmurzyło się i spadł 15 minutowy deszcz, który nie schłodził powietrza, i po którym od razu zaświeciło słońce.

Panuje obiegowa opinia, że w Bułgarii nad Morzem Czarnym to nic tylko tłok i komercja, która uniemożliwia spokojny, wyciszający relaks od codziennej gonitwy. A prawda jest taka, że każdy odpoczywa jak lubi i wybierając kierunek wakacyjnego wyjazdu, robi to według swoich upodobań i świadomie szuka miejsca, które zaspokoi jego oczekiwania. My lubimy ciszę, spokojne miasteczka, wieczorami przedkładamy leniwy spacer nad morze, czy zacisze własnego tarasu, nad nocne harce w disco-klubach. Wiadomym było, że nie będziemy szukać kwatery w dużym kurorcie. Pragnęliśmy być bliżej natury i szumiącego morza i takie miejsce udało się nam w Bułgarii znaleźć. Już wyjazd do pobliskiego Obzoru, który jest w porównaniu do Byala kurortem (i to niewielkim!), był dla nas męczący i szybciutko z ulgą powróciliśmy w nieśpieszny rytm „naszego” miasteczka.

Dziękujemy Bułgario za piękne wakacje :)



I jeszcze pożegnalny szum Morza Czarnego [KLIK na fotkę - będzie szumieć] 

https://drive.google.com/open?id=0B-HFBdjO0MTwbDNEZTVWLVdkV3M