wtorek, 23 maja 2017

Łuszczyca - nienawidzę tego słowa

Właściwie tydzień wystarczył, aby zapomniana na rok choroba, dała o sobie znać. Wróciła wiosna, wróciło słońce, idzie lato, i choroba rozpoczęła marsz po moim ciele. Nawrót choroby jest zawsze bardzo trudny. Leczenie biologiczne pozwala zapomnieć o trudach, upokarzającym wyglądzie skóry. Dopada mnie też bezsilność konfrontacji z obowiązującymi w NFZ procedurami leczenia osób z ciężkim przypadkiem łuszczycy – do którego się zaliczam od kilku lat. Program leczenia zakłada roczne przyjmowanie leku. Po tym czasie jest przerywane. Aby powtórnie się do niego zakwalifikować, objawy choroby muszą się znacznie, znacznie nasilić. W praktyce wygląda to tak, że przez kilka miesięcy moja skóra absolutnie nie nadaje się do eksponowania, boli, swędzi. Niestety według NFZ obraz choroby jest niewystarczający do kontynuowania leczenia. Jest to bardzo, bardzo upokarzające dla pacjenta. Trudno się z tym pogodzić. Na nowo muszę budować w sobie siłę i wiarę, że będzie lepiej. Zderzać się z codziennymi niby-drobnostkami – na przykład szukać przewiewnych, ale maksymalnie zakrywających ciało ubrań.

Na pierwszym w tym roku spływie kajakowym przełamałam się i nie zakrywałam rąk, które już bardzo silnie naznaczone są zmianami chorobowymi. Choć spotkałam się ze zrozumieniem innych uczestników spływu, to i tak starałam się omijać wzrokiem zarówno swoją skórę jak i ich wzrok, mimowolnie padający na moje ręce. Jak bardzo mi w takich sytuacjach przykro, że już tyle lat muszę zmagać się z tą chorobą. Jak silnie odczuwam wówczas bezcenną wartość zdrowia… Jak bardzo wówczas pragnę po prostu zdrowej, gładkiej skóry.

poniedziałek, 15 maja 2017

Ani słowa o pogodzie :P

Zaraz po poprzednim wpisie, pełnym zachwytu nad pięknym majem, nadejszedł maj, któren to zapewne na najbliższe lata zostanie zapisany w pamięci potomnych jako... ten, w którym śnieg zaległ na rozkwitłych kwiatach tulipanów. I jako ten, w którym nie zakwitły maturzystom kasztany. A i bez, takoż – w każdym razie ten na mojej posesji. Ja zaś zapamiętam dodatkowo, że od 8 do 10 maja pomykałam do pracy w ZIMOWEJ kurtce, czapce i rękawiczkach. Tadaaam, kurcze blade.
I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o komunikaty pogodowe.
Mam tylko nadzieję, że już po (zimnej) Zośce i tych wszystkich "ogrodnikach", nastanie ciepło, ciepło, CIEPŁO! Bo planujemy pierwszy spływ kajakowy w tym roku. Nóżkami przebieram i szykuję formę.

A, i jeszcze chucham i dmucham na mój miniaturowy ogródek ziołowy, który wydzieliłam z warzywnika. I, do którego ochoczo lata Fafik, z zamiarem po(d)lewania. Przeganiam go, ale kto tam wie, co robi jak nie widzę?

Jutro imieniny naszego Jędrzeja, więc przymierzałam się do upieczenia jakiegoś ciasta. Imieniny u służbowej kuleżanki Zofiji natchnęły mnie - zrobię sernik na zimno z mascarpone i bitą śmietaną. Oszmatkobosko jakie to dobre. I bez pieczenia! I pal licho kalorie.

Syn Jędrzej to się teraz już nam zrobił dorosły chłop. Przez to, że to nasze młodsze dziecko, zawsze był dla mnie Jędrusikiem, Jędruszką. A on stał się Jędrzejem. Nie wiem kiedy nawet. W pewnym momencie dzieci powinny mieć zakaz szybkiego dorastania.
Za 4. miesiące Jędrzej skończy osiemnaście lat. To nieprawdopodobne jak dzieci niespodziewanie dla rodziców, stają się takie... coraz bardziej niezależne. To fascynujące móc jakby na nowo poznawać swoje dziecko, jako człowieka pewnego swoich poglądów, opinii. Widzieć w nim dorosłego partnera, choć wciąż w pamięci mieć zachowany obraz jego niemowlęcej bezradności.
Bardzo lubię moich Synów. To, że ich kocham to wiadomo. Ale poza tym, zwyczajnie lubię ich, jako po prostu fajnych ludzi, chłopaków. A raczej już... facetów... łomatko!


sobota, 6 maja 2017

I wreszcie przyszedł MAJ

Ach, ach! Pierwszy w tym roku piękny, słoneczny, CIEPŁY poranek z kawą na tarasie. Pierwszy poranny obchód ogródeczka z Kicią. Dzięcioł ostukuje olchę, para szpaków uwija się przy karmieniu potomstwa w budce lęgowej. Bocian kursuje ponad pastwiskiem, fruwają motyle i wreszcie słychać pracujące pszczoły. I ptaki, całe mnóstwo świergoczących ptaszków. Mniszek rozpanoszył się w trawniku. Majowa wiosna.




środa, 3 maja 2017

Maj jaki jest każdy widzi

Mój kambek po eLcztery do pracy naznaczony był ogromem pracy – tej bieżącej i oczywiście zaległej, którą ledwo liznęłam w trzy robocze dni przedmajówkowe. Ale po wielkiej majówce wracam i nadrabiam.
Majówka zimna jak diabli – która to już z kolei? Pamiętam jeszcze kilka lat temu, po przerwie majowej zwykle wracałam do firmy już opalona pierwszym słońcem, a teraz… brrr… zimno. Krzewy bzu zwykle o tej porze już kwitły, a teraz cały czas mają skulone pączki. Rosłe kasztany nie zdążyły obsypać się kwiatami przed maturą. Nawet mniszek, który zazwyczaj ozdabia zielone łąki żółtymi plamkami swoich łebków, teraz niemrawo gdzieniegdzie ledwo je wychyla.
Majówka przebiegła u nas wg schematu, który lubię – najpierw urodziny Michała, później cudowne, tradycyjne spotkanie z przyjaciółmi (choć z racji dupnej pogody zmuszeni byliśmy siedzieć w chałupie). Dalej - zakładanie warzywnika, czyli ogródkowe sianie, sadzenie. I wreszcie lenistwo. Czyli scrabble, czytanie książek, oglądanie filmów, łażenie po łąkach, pomimo tego, że zimno i na przeciwpowodziowym wale straszą tabliczki z ostrzeżeniem o odstrzale dzików w pobliskim lesie. Jak na razie jeszcze żadnych strzałów nie słyszałam. Dzików też nie widziałam, ale już zryte przez nie łąki i pola - tak.

A jutro rozpoczyna się matura. Bardzo lubię ten czas – może z racji pracy, bliskości maturzystów? Trzymam kciuki za „moich” i w ogóle za wszystkich :)

A za rok maturzystą będzie nasz Jędrzej…

Maj to zawsze magiczny czas. Nawet gdy straszy zimnem, tak jak tegoroczny.
Jest piękny mimo wszystko.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kwiecień co nie plecie

W zeszłym tygodniu Szef zadzwonił do mnie ze zdziwieniem (lekko podszytym pretensją, hihi), a dlaczegóż to, ach dlaczegóż stało się tak, że jak ja jestem na zwolnieniu, to nie ma w firmie nikogo, kto mógłby robić moją robotę? Odwagi nie miałam powiedzieć, ale pomyślałam i owszem – to pytanie chyba do szefa samego ;) Co mogłam, via internety i maile, wspomogłam pracę swoim niewątpliwym talentem, kreatywnością i zaangażowaniem – a, co se będę komplementów żałowała!
Czyli krótko mówiąc – praca za mną tęskni i przebiera nóżkami w oczekiwaniu na mój powrót. A coś oczami wyobraźni widzę, że stosik rzeczy do zrobienia, to ja będę miała po tym miesiącu niebycia w firmie imponujący.

Czy ktoś pamięta tak zimną wiosnę? Lodowatą, a nawet okraszoną śniegiem? U nas co prawda śnieżku było niewiele, ale mrozu już tak. Cieszyły mnie kwiatowe pąki na wszystkich naszych młodych drzewkach owocowych, a większość zlizał mróz… Jak i hortensje zresztą, yh. A dzisiejszego ranka powaliło gradem, i tak o – jaki to kwiecień plecień? Żadnego lata to on nie przeplata. Z utęsknieniem wypatrujemy majówki, nie tyle ze względu na wolne dni (no ja to ich mam akurat po kokardkę), ale właśnie ze względu na obietnicę zmiany pogody. Tradycyjnie zaplanowaliśmy spotkanie z przyjaciółmi. Stosik na ognicho urósł w ogromną górkę, będzie się działo. O ile nie będzie na ten przykład lało. Albo mroziło.

środa, 19 kwietnia 2017

(nie)MOŻLIWE

Sprostać wszystkiemu. I wszystkim.
Niemożliwe. A zresztą – po co?
Ale chociaż to, co być może najważniejsze…
Być wyrozumiałą dla tych zbyt skupionych na sobie, a jednak potrzebujących uwagi.
Uważną i dyskretnie czujną na sprawy synów – przecież faceci w żadnym wieku nie zdradzą nic ponad to, co sami chcą.
Dawać skrzydła mężczyźnie, a przynajmniej nie podcinać tych, które sam hoduje.
Być otwartą na zmiany, pomysły, nowości, na każdy dzień - pomimo własnych obaw, niepokojów, zatroskania, zahamowań, lęków.
Nie trzymać się kurczowo "strefy komfortu", bo tak łatwo można otrzeć się o stagnację, bezruch, zbudować ograniczające blokady.
Uśmiechniętą do własnych myśli – i niech będą tylko pozytywne.
Wolną od obaw, bo przecież wszystko toczy się dobrze, nie ma podstaw do zatroskania…

środa, 12 kwietnia 2017

Spotkanie

Wieczorem odwiedziła mnie Asieńka. Tak rzadko się teraz spotykamy, każda zajęta dreptaniem, albo gonitwą w swojej codzienności. Dlatego spokojny, niespieszny wieczór był taki czarujący. Lampki ze schłodzonym, wytrawnym winem, złociło się w naszych dłoniach i leciutko łaskotało podniebienie. Asia podżerała wiśnie w czekoladzie, które w złoconych pozłotkach dekorują szklany pucharek na naszym stole. Właściwie ich nie jemy, no bo przecież słodyczy nie jemy.
- Alee pyszne. Spróbuj - cmoka Asia, która ma wiotką kibić ma od kiedy ją znam, a znam lat ponad 20.
- Spokojnie możesz zjeść, mam wrażenie, że po tej operacji jeszcze zeszczuplałaś - leje miód Asia na moje uszy, ale dobrze wiem, że to nie prawda. Na szczęście należę do osób, które ze słodyczy wolą śledzie, więc bez trudu idzie mi dekorowanie stołu słodyczami, które zwykle czekają na gości.

Okrągły księżyc w pełni, zwiastował zimne dni. Zwykle podczas pełni powietrze jest bardziej ostre. Rankiem faktycznie trawę wokół naszego domu okryła leciuteńka jak obłoczek warstewka białego przymrozku, a niebo ugięło się pod grubymi chmurami. Może gdy kwiecień zimny, to maj wybuchnie ciepłem, słońcem? Tymczasem kwitną hiacynty i tulipany, onieśmielone zimnem, ale kwitną. Migdałek ma bezlistne gałązki obsypane drobnymi pączkami kwiatuszków. Wygląda jakby się wciąż zastanawiał, czy czas już rozwinąć różowe kwiatuszki, czy może jeszcze nie…