piątek, 17 lutego 2017

7 lat!

17 lutego kociarze tego świata świętują dzień kota. Zresztą my też :)
Są też urodziny Marcina Gortata. I Michaela Jordana.
Jest to też dzień, w którym obchodzimy kolejną rocznicę zamieszkania w domu wybudowanym przez nas samych, od ław fundamentowych po sam komin (no oczywiście po zatrudnieniu całej plejady wszelkiej maści szanownych panów fachowców).

Dokładnie dziś mija 7 lat od naszej przeprowadzki, w środku ówczesnej śnieżnej zimy!
Wieczorem, już we własnym domu, na paczkach, kartonach, w bajzlu totalnym, oglądaliśmy w TV jak Justyna Kowalczyk zdobywa srebrny medal w sprincie narciarskim podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w kanadyjskim Vancouver. Marko i chłopaków roznosiła pozytywna energia, a ja jak zwykle wszystkim się martwiłam i wszystko mnie przerażało. Najbardziej życie na końcu (prawie)wsi, gdzie jedna część domu i 2/3 posesji tonie w egipskich ciemnościach. Jak to na końcu wsi. Bo od frontu na szczęście mrok rozświetla nocą uliczna lampa. Przy czym "uliczna" ma znaczenie umowne, przynajmniej póki co - drogi 7 lat temu nie było, a i teraz jest w ciągłej budowie.

Będąc młodym dziecięciem najczęściej rysowałam księżniczki odziane w koronę i w bogato zdobione, rozkloszowane suknie. Ale nade wszystko, moim ulubionym motywem malarskim był domek. Taki prosty kwadracik z oknami, firankami, kwiotkiem w doniczce w tym oknie. Z kominem na dachu, a z komina dym. Płotkiem, a za płotkiem drzewo. Ot, prostota. I czasami, kiedy patrzę na nasz dom, to tak jak bym właśnie te swoje dziecięce rysunki przeniosła w czasie i przestrzeni w rzeczywistość. Moje tu i teraz.

Księżniczką nie zostałam, ale dom mam z tych moich dziecięcych rysunków i owszem :)

poniedziałek, 13 lutego 2017

No i fajnie!

Ludzie są dla siebie zbyt rzadko mili.
Wolę wierzyć, że to nieprawda, że w sumie to są, ale może zbyt mało intensywnie.
Powinniśmy sobie mówić dobre słowa. Wcale nie po to, aby słodzić, wciskać przesadzone pochlebstwa. I mam na myśli nie te dotyczące wyglądu itd. Tylko tego co robimy, jacy jesteśmy. Jeśli coś mi się uda, tak miło usłyszeć od kogoś – słuchaj to było dobre, to podobało mi się, udało ci się to. Nie jest to jakieś czcze kadzenie. To wspaniałe podziękowanie za pracę, trud, wysiłek, stres. Czasami to tylko jedno słowo, kilka może, a jak łaskocze przyjemnie samopoczucie. Tyle wokół złośliwości, zawiści. Powszechny tak zwany "hejt" stał się elementem codzienności. Nawiasem mówiąc nie lubię tego słowa, bo kamufluje i zaciemnia bardziej wymowne i jednoznacznie brzmiące słowo "nienawiść". "Hejtowanie" może się wydać takie tam figlarne, ale już "nienawiść" ma siłę rażenia. Przecież kryje się za nimi to samo: zło, które w słowie "hejt" pozornie jest ukryte: fundament nienawiści - świadoma negacja dobra.
Szczere, z serca powiedziane dobre słowo potrafi dać drugiej stronie tak dużo: potwierdzić, że oto jego praca nie poszła na marne, że jego starania odniosły zamierzony skutek. Cenię ludzi, którzy to potrafią, bo niestety nie jest to zbyt częste. Ja zawsze staram się powiedzieć koleżance czy koledze, że podobało mi się coś co zrobili. Komplement to nic innego jak sztuka pozytywnej komunikacji. Jej sens jest chyba niedoceniany - dobre słowo zmienia nasze nastawienie do siebie, motywuje do działania, zaczynamy inaczej postrzegać samego siebie i otoczenie. Działa mobilizująco - kurcze, dałam radę, a więc potrafię!
W świecie nastawionym na negatywny przekaz (wystarczy otworzyć jakikolwiek dziennik, portal internetowy) trzeba wyłuskiwać rzeczy dobre i dorzucać własne kamyczki dobra. Bo inaczej utoniemy w poczuciu beznadziejności, zła, jakiegoś takiego mroku człowieczeństwa. A ja wolę wierzyć, że w ludziach jest przede wszystkim dobro, tylko może czasami rozleniwione.

Dobrego dnia moi mili :)



sobota, 4 lutego 2017

Slow...

Jak to się człowiekowi może w głowie poprzestawiać, gdy mus go przypili. Tak modne od jakiegoś czasu Slow Life samo się wepchało w moją codzienność, no ale nie żeby tak całkiem było mi obce.
Celebrować chwile, nie pędzić, nie tracić tchu w codziennych obowiązkach.
Fajne.
Termin operacji zaklepany. Ja pogodzona z pewnymi niedogodnościami i decyzjami, które podjął za mnie mój szanowny organizm. Nie będę się z nim szarpała. W końcu mam nadzieję na jeszcze wieloletnią z nim (oj wielo, wielo!) współpracę. Musi być więc sprawny i zdrowy.
W pracy posegregowane - tym zajmuję się od ręki, to może poczekać, a to - może zrobić zamiast mnie ktoś inny. Da się, naprawdę da!
Uśmiecham się z dystansu i niezobowiązująco do ludzi, którzy radioaktywnie promieniują nieżyczliwością. Jak to łatwo wyczuć, szczególnie, gdy ma się rozwiniętą empatię. Nie nasiąkam ich frustracją, słabością, niezadowoleniem, lękami. Staram się być bliżej tych bezkonfliktowych. Harmonijnych. Zrównoważonych. Pewnych swoich wartości, świadomych swoich braków - ale bez kompleksów. Łatwiej się wówczas żyje, prostsze są relacje. Bogatsze.
W domu wszystko toczy się dobrym, spokojnym rytmem. Tak jak lubię.

Slow...

sobota, 28 stycznia 2017

Brawo, brawo!

Niniejszym udzielam sobie sama pochwały i rączki całuję gdyż:
Protokoły dwa, całe 31 stron popierdułek – napisane! W jeden dzień. Taadaaam!
Wygnałam rodzinę na narty, na niewielki stok nieopodal. Dla pewności, że nic mnie od pisania nie odciągnie – obiad rodzina miała zjeść na stoku, chałupa posprzątana dzień wcześniej, kominek wyczyszczony i inne domowe duperele też porobione. Jedna Bonda skończona („Tylko umarli nie kłamią”), a następną („Okularnik”) mam prawo otworzyć dopiero po napisaniu protokołów – to taka moja umowa samej ze sobą.

W nagrodę żem taka dzielna, że wracam do pracy po feriach bez zaległości (co za uczucie!), pognałam wczoraj wieczorem na miłe spotkanie babskie, a dziś wieczorem z kolei, z panem małżonkiem udajemy się do kina na opowieść o pani Michalinie od „Sztuki kochania”. Niestety, ale w najbliższym nam, niewielkim, nie sieciowym kinie (które w dodatku mieści się 20 kilometrów od naszej mieściny) filmy, na które czekam ze zniecierpliwieniem, a więc „Powidoki” i „La La Land”, będą wyświetlane dopiero w lutym. Cza więc czekać i oglądać co dają. Jak za starych, licealnych czasów, gdy do kina siechodziłosie co tydzień i nie patrzyło co grają, tylko się szło. Bo to była jedyna rozrywka na małomiasteczkowej prowincji dla małoletniej, aspirującej do inteligencji młodzieży. Nie wspomnę o walorach towarzyskich, takiego „chodzenia” do kina. Tak, kiedyś chodzenie do kina to było coś! A czy ktoś pamięta projekcję Kroniki filmowej przed seansem właściwym? Tak, Kroniki, a nie reklam! Chyba jeszcze na początku lat 90 takie uczty były serwowane widzom, a teraz to co? Kawa, piwo, wzdęcia, szampon na porost włosów i tabletki na potencję. Za to można się bezkarnie (prawie!) na taki seans spóźnić.

Zamierzam miło, milutko spędzić ostatni łykendzik zimowych ferii. Bo przede mną intensywne miesiące. Kilka przedsięwzięć w pracy, ale nade NADE! wszystko – porządki zdrowotne. Pełna mobilizacja. Ot co!

środa, 25 stycznia 2017

Leniwiec na własne życzenie


Od kilku dni zbieram się do pisania znienawidzonych protokołów i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wszystko jest nagle ważne, tylko nie to. Wyczyścić kominek, upiec bułki, umyć podłogę, doczytać książkę. Pożalić na swoje lenistwo tobie, mój drogi, internetowy dzienniczku ;)
Wściekła jestem sama na siebie za to odkładanie i odkładanie, które do niczego nie prowadzi. Frustruje mnie tylko i powoduje, że w niczym nie mogę znaleźć przyjemności. No bo czego się nie tknę, wisi nade mną wizja tych pierdzielonych protokołów. Ale za to mam wypucowany kominek, domowe bułki do burgerów, podłogę lśniącą i książkę skończoną. Tylko protokoły nie tknięte. I kiedy już, już prawie miałam otwierać pliki ze zgromadzonymi materiałami, odezwała się pralka, anonsując wesołą muzyczką zakończone pranie. Trzeba wywiesić, no przecież! O, i pies się domaga spacerku, kot żarcia, dzwoni telefon, przychodzi esemes. I jeszcze trzeba trzymać kciuki za ważne kolokwium syna dorosłego, a między tym wszystkim pozachwycać nowymi koralikami do mojej gromadzonej z uwielbieniem pandorki.
Nie… no tak to ja nigdy nie ruszę z miejsca, tak to ja zawsze będę miała zaległości… yh…

niedziela, 22 stycznia 2017

Na resecie, czyli odpoczywam od pracy

Pijemy z Marko kawkę z gorącym, spienionym mlekiem. Mleko, ostatnimi czasy, podgrzewam w mikrofali (patent syna dorosłego). Wiem – niezdrowo i profanacja, ale za to szybko, bez przypalania i nie ma szorowania. Co prawda mleko w szklance też może wykipieć, ale już mam obcykane – pół szklanki mleka gotuje się w mikrofali dosłownie w 40 sekund. Potem wystarczy mleko spienić ręcznym spieniaczem. A na mlecznej pianie rozsypałam wiórki grubo startej gorzkiej czekolady. Pysznie… rozpoczął się nasz niedzielny poranek...

Czas wreszcie rozebrać choinkę. Zapakować w kartony wszelkie świąteczne ozdoby. Na strych z nimi! Zawsze rozbieramy choinkę po kolędowej wizycie księdza proboszcza. Nasz ksiądz proboszcz jest bardzo wesoły i taki ciepły chłop. Chłop, bo ma chyba z metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Całkiem młody jak na proboszcza, bo nasz rówieśnik :) Miłośnik pszczelarstwa i dendrologii. Jego ulubionym drzewem jest lipa, nie znosi zaś brzóz („takie tam śmieciuchy”) i iglaków („jakieś takie bezduszne”). Jego marzeniem jest zasadzenie lasu. Pożyczyliśmy więc księdzu, aby mu się spełniło.

Tydzień ferii śmignął nie wiadomo jak i kiedy. Przebiegał u mnie pod znakiem pogodzenia się z tym, co nie zawsze od nas zależne. No i zgodnie z planem zrobiłam niewielki obraz płócienny. Taki troszkę z tęsknoty za wiosną…


  

wtorek, 17 stycznia 2017

A do d... z tym planowaniem


Planowanie jest przereklamowane. W każdym razie na pewno planując cokolwiek, zaplanować też trzeba opcję zmiany planów. Na ten przykład plany na ferie i nie tylko, to ja miałam taaaakie! I niestety wszystko padło. Nie będzie Zakopanego, nie będzie nauki szusowania. Ba! Na najbliższe miesiące muszę zawiesić dopiero co rozbudzoną żyłkę aktywistki klubu fitness. Czego żal mi zresztą najbardziej. Teraz, gdy minęło już kilka dni od przymusowej zmiany planów, myślę o tym z pokorą. Bo na początku było trudniej. Tyle, że boksować to ja się mogę z fantomem Bobem, co to dumnie sterczy na sali treningowej i dzielnie znosi ciosy treningu bokserskiego. Ale z własnym organizmem? Czasami nie da rady. W perspektywie mam atrakcję w postaci sali operacyjnej z drobnym, ale zawsze, zabiegiem. Także o! W najbliższych miesiącach jedyny wysiłek na jaki mogę sobie pozwolić to podnoszenie filiżanki z kawką, tudzież kieliszka z winem białym, wytrawnym, mocno schłodzonym. A sport? Wracam do sportu jemerytów, czyli kijkowania.

A nowy plan na ferie, po zmianie starych planów na ferie wygląda następująco: czytanie książek kryminalnych niejakiej pani Bondy. Oglądanie filmów, niekoniecznie tych najnowszych, powrót do starych, lubianych mile widziany (dzisiaj był Woody Allen). Napisanie zaległego protokołu (aby nie było mi za miło podczas dwutygodniowych ferii zimowych spędzanych w domu). I jeszcze poudzielam się artystycznie – zrobię obraz płócienny, czego nie robiłam lat sto.

Ekscytujące zajęcia…