czwartek, 26 lutego 2009

Pierwszy!

Nasz mały, kochany Skrzacik zajął pierwsze miejsce w konkursie matematycznym! Oczywiście natychmiast rozesłałam esemesy do całej rodziny, niech dziadki pękają z dumy, a babcie popłakuję ze wzruszenia.
Mam nadzieję, że ten sukces wreszcie zrekompensuje mu niepowodzenia szkolne na polu plastycznym. Plastyka i technika to dwa znienawidzone przez Jędrka przedmioty. Kiedy po powrocie ze szkoły ze złością ciska plecak na środek korytarza, buty lądują na jego drugim końcu, kurtka zakwita na podłodze, i pada deklaracja „głupia ta szkoła” – to wiem, że albo nie wyszła mu asysta przy bramce, albo temat: „narysuj wspomnienia z wakacji” mocno przerósł jego możliwości plastyczne. Mam nadzieję, że w przyszłości nabierze do tego dystansu.
Na razie trudno jest mi go przekonać, że ja miałabym problem z rozwiązaniem większości zadań ze zbioru zadań matematycznych przewidzianych w programie klasy trzeciej nauczania zintegrowanego, gdy tymczasem dla niego to nudna pestka.
Na życzenie przyszłego ministra finansów :) – dziś pani kuchni serwuje: pizza capriciosa – Voila!

niedziela, 22 lutego 2009

Opaa!

Dziwny zbieg nieżyczliwych sygnałów wysyłanych przez mój organizm spowodował, że ostatni weekend karnawału spędziłam w łóżku. Bynajmniej bez erotycznych podtekstów.
Przeleciał koło nosa koncert i spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi. Trudno.
Nie chciało mi się nic i na nic nie miałam sił. Ani chęci. Ani weny.
Widocznie jednak rada programowa telewizorni przewidziała takie sytuacje u części swych abonamentowych niewolników i puściła tego wieczoru „Moje wielkie greckie wesele”. Film, który ukochałam z kilku powodów.
Za wielbionego przeze mnie, i w ogóle ach! i och! John’a Corbett’a. Niezapomnianego Krisa o Poranku z „Przystanku Alaska”.
Za przesłanie: „Rodzina to jest siła!”. Nawet jeśli jest to zwariowany grecki klan Portokalos.
No i oczywiście kocham „Moje wielkie...” za Opaa! ciotki Voula!
Czyli krótko mówiąc film nastroił mnie optymistycznie.
Ranek rozpoczęłam od upieczenia babki piaskowej. A niech tam rodzina ma sielskie wspomnienie niedzielnego poranka, ubrane w zapach pieczonego ciasta na dzień dobry :)


Opaa!

czwartek, 19 lutego 2009

Pączek i kalorie

Niby szczególnego nic. Zrumieniona kulka z różą, marmoladką lub wiśnią w środku. Otulona białą pierzynką lukru lub posypana pudrem jak drobny śnieżek.
Pączek.
Słodki bohater dnia.
Wyczytałam w googlotece, że aby zniwelować zgubne skutki tej niewinnej puszystości (kalorie! brr!) muszę aktywnie do wyboru:
• 2 godziny robić makijaż
• 1 godzinę ścierać kurze
• niecalutką godzinę malować pokój
• ponad 2 godziny ubierać się i rozbierać
• nieco mniej niż 1 godzinę uprawiać seks :)
• 2 godziny głośno czytać
• jakieś 2 godziny śpiewać
Co by tu wybrać, w myślach się gubię, hyhy.
Postawiłam na sanki z Jędrkiem i kijki z Asicą. No przecież nie będę latać ze szmatką po chałupie za dwa niewinne pączuszki, co to je dziś dla kultywowania tradycji pochłonęłam.

W pracy ogarnęłam co było do ogarnięcia i mogę uznać, że wyszłam lekko na prostą. Lekko.
Inaczej się nie da, bo jak znam życie zaraz znowu coś.

wtorek, 17 lutego 2009

A niech to...

Zimno mi i wrednie jakoś.
Czasami tak mam.
Gdy idę zdawałoby się jasną ścieżką i wiem co będzie za... dajmy na to trzecim skrętem w lewo, tuż za tamtym drzewem.
A tu guzik. Pstryczek w nos.
Coś takiego jak święty spokój to bańka mydlana.
Nie liczy się co zrobiłeś, ale to czego ci się nie udało. Niby to znam, ale trudno czasami odwracać wciąż te kartki w życiu i na nowo zapisywać. Całkiem na nowo.
A niech to jasna... piiiii!

niedziela, 15 lutego 2009

sobota, 14 lutego 2009

Czas lepić bałwanki

Ja i Jędrek.
Od kiedy jesteśmy słomianą rodziną – tzn. od dnia gdy jego ojciec, a mój mąż i jego brat, a mój syn, wybyli na męską wyprawę do Szczyrku, tak wyglądają nasze poranki:
Śpimy do 9.30, no góra do 10.00. Po przebudzeniu ja sięgam po książkę, on po laptopa.
Potem śniadanko.
Potem coś robimy.
Dziś przyszła pora na celebrowanie zimy.
Bo zimą koniecznie trzeba ulepić przynajmniej jednego bałwana. Bez tego po prostu jakby zimy nie było. Za oknami śnieżnie. Nooo może nie aż tak jak w Szczyrku [Wink], ale zawsze biało, puszyście i jasno. Zaopatrzeni w marchewkę i grube rękawice pomaszerowaliśmy z Jędrusikiem na działkę, z postanowieniem powołania do życia Bałwanka. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak Go nazwiemy. Liczyliśmy, że Bałwanek będzie miał swoje imię wymalowane na gębusi.
Śnieg był niemożliwie klejący. Kulnęło się raz w lewo, raz w prawo i już pod dłońmi rosła wielka kula. Od razu więc grupa robocza w osobach: Jędrula and mła, postanowiła: lepimy dwa! Jednego postawimy przed wejściem na działkę, drugiego w środku, w centralnym punkcie trawnika. Niech odstrasza dzikie koty. Bo łażą i wyżerają nam rybki z oczka, i polują na ptaki w ptasiej stołówce u sąsiadów obok nas.
Nasze bałwanki mają wszystko, co każdy szanujący się bałwan mieć powinien – wyszukane nakrycia głowy, wesołe oczka, noski czerwone, eleganckie guziczki i oczywiście miotły jak bałwanie marzenie. Szczególnego wyrazu ich śnieżnym licom nadają iglaste brwi i urocze uśmiechy.

A oto i oni w całej swej śnieżnej okazałości:

Wesołek
:


A to Czesio, mój ulubieniec:


I Bałwanki dwa z jednym z twórców :)


...a gdy wróci się już z bałwankowej wyprawy, to koniecznie należy zaparzyć herbaty, wkroić do niej gruby plaster cytryny, dolać soku malinowego i dzieło zwieńczyć łyżeczką miodu. Pycha!

Jutro „nasi” wracają z nart :)

czwartek, 12 lutego 2009

Elusia :)

Cicho się jakoś zrobiło w chałupie.
Bo Gość odjechał, a tuż przed nim, Pan_domu_tego_i_serc_naszych, pofrunął wraz ze starszą latoroślą na męską wyprawę narciarską do Szczyrku. Szanowny małżonek dzwonił przed 23 z misją uspokojenia mnie:
No dojechaliśmy! – a wyjechali o 7.50, do Szczyrku od nas w linii poskręcanej jest ze 330km, jakoś po 19 oznajmili mi radosnym esemesm, że WŁAŚNIE wybywają z Krakowa.
Siedzimy w knajpie na piwie – no proszę! I to ma mnie niby uspokoić! – No super jest. Śniegu cała masa. To znaczy Michał pije cole. Jutro stoki nasze!
Łomatko! Oszzz ty! – to, to ma być właśnie to męskie wychowanie?! Protestuję! To nie tak miało być! A gdzie, że tęsknicie? Że szkoda, że was tu nie ma? I czego mój synuś o tej porze nie leży w łóżeczku [Sealed]
Ostali sie jeno my – ja z wrednym wspomnieniem po zębie namber osiem wrr... , Jędrusik z gadu_gadu niemalże pod poduszką, bo tęskni za Bratem.
No i grzebień granatowy – pamiętaj Eluś – odbiór tylko osobisty [Laughing]
Kilka migawek z...


Rumi to nie Gość – mieszka prawie, że za rogiem – to moja ziomalka :)
Naszym wspólnym Gościem była bydgoszczanka Eluś :)


Aparatka Ela :)


A co tam też może być?

Dzięki za te chwile. Za wspólne mierzenie sukien, pogaduchy na poważnie i do uśmiania, za czubrycę, niebieskie sny i kilka innych spraw :)

I tak po serniczku ostały się okruszki...

wtorek, 10 lutego 2009

Przygotowania

Przygotowania do przyjazdu Gościa lekko obsunęły się w czasie i straciły na intensywności. Wszystko spowodowane przez mą lekką niedyspozycję zdrowotną. Yh...
W każdym razie serniczek z brzoskwiniami upieczony:




Co prawda połowę blachy zeżarli niezapowiedziani Krzyś i Robcio, ale naprawdę nie miałam sumienia odgonić ich od kuchni. Zwłaszcza, że sernik pachniał jak głupi. A oni robili mi tu oczy a’la niezapomniany Kot ze Shreka. Więc uległam.

Przypięli się też do winka, ale na szczęście tego ci u nas dostatek, więc znaczących szkód nie odnotowałam. Winko dla Gościa też już czeka:

poniedziałek, 9 lutego 2009

W świetle kamer [']

Zazwyczaj dzień swój powszedni rozpoczynam od włączenia tefałen ileś tam Nie to, że ów kanał informacyjny ukochałam ponad życie, ale jakoś tak on jest pod palcem w pilocie. Ogarniam poranny rozgardiasz domowy i słucham co tam media donoszą.
I się pytam do jasnej cholery DZIŚ: Gdzie były te pieprzone media od 18 września? Dlaczego dzień w dzień nie epatowały mnie tym, że tam daleko gdzieś, w kraju agresji, człowiek PRZEŻYWA gehennę – dzień w dzień, godzina w godzinę, minuta w minutę!!! Dlaczego od 18 września choćby w co dwudziestą godzinę nie przypominano mi o tym?
Bo co? Mało medialnie było???
Nic się nie działo właściwie. Siedział sobie i już. Porwany i już.
Medialnie zrobiło się dopiero wówczas, gdy poszedł w świat nius, że już za chwilę zakatują...
Jakież ożywienie w studiach telewizyjnych, pewnie i w redakcjach gazet wszelkiej maści też aż z emocji na stołkach podskakiwali!
Jest temat!
Już, już raport.
Już, już eksperci od Bóg wie... nie – od diabeł wie czego!
Już, już łączymy się z naszym specjalnym wysłannikiem tu, tu i tu i jeszcze tam.
Już przez dół monitora przetaczają się ohydne czerwone paski.
Czerwone...
Mizdrzenie się – „Apelujemy – nie publikujcie nagrania z egzekucji”. A pod stołami nogami przebierają z niecierpliwości, bo kto pierwszy się odważy, to następni poczują się zwolnieni z obietnicy „niepokazania”.
W ordynarnym hałasie mediów ucichło życie człowieka...


Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie.
Jak dobrze, że tam u Ciebie nie ma kamer...

niedziela, 8 lutego 2009

Dla Tereski

U Gosi

U Gosi było tak:
Spodzianka w postaci Grażki, która miała nie dojechać, bo jest cierpiąca po miłości, co to jej nie wyszła, psia mać. No ale, że żaden chłop nie jest wart jej łez, więc się szybko była wyleczyła i przybyła. Z choinką miast faceta na przednim siedzeniu, jej bosko czerwonego opelka. Choinka nim stała się towarzyszką podróży Grażki, stała strojna w kolorowe lampki i miniaturowe zabaweczki w saloniku. Graż czule ją podlewała i w stosownym czasie wystawiła do chłodu – czyli do samochodu, z zamiarem wysadzenia na wsi, u rodziny w ogrodzie. Jak do tej pory jeszcze tam nie dojechała. Więc jeździ z nią ten chojak, młode pędy jasnozielone puścił. Graż lata z konewką i podlewa ją w tym samochodzie. Widok jest boski. Za kierownicą zadowolona z siebie baba z rudym łbem, a obok zieloniutka choineczka.
Kolejna spodziewana spodzianka w osobie Tereski – która ciałem w Grodzie Kraka, a sercem tu, u nas... Jak mogła nam to zrobić? Tak po prostu wyprowadzić się ponad 300 km od naszego miasteczka. I nie ma już kto świtem bladym robić puk_puk do moich drzwi, by z oburzeniem w głosie wykrzyknąć: „no jeszcze kawy nie zaparzyłaś?!” Ach jak mi tego brak, jak tęsknię za tymi jej porannymi nalotami, i nie lubię już Krakowa. Bo mi Tereskę zabrał.
Była też Asica. W bojowym nastroju. Aśka rzadko wybucha. To typ stonowanej, subtelnej dziewczyny. Wrze nie za często. Dopiero gdy ktoś mocno nadepnie jej na odcisk, i dociśnie, i postoi tak na nim z godzinę. Nim Asia zareaguje. I wybuchnie. I teraz była w takim nastroju. A my, pomiędzy flaczkami – ach Gosia jak cienko pokrojone! – a rybką po grecku – Gocha co to rekin? – cierpliwie wyłapywałyśmy co tylko Asia z siebie wyrzucała. Taki to już święty obowiązek przyjaciółek, i koniec, i basta.
Marcia – oaza spokoju, nasza przystań pachnąca szarlotką, kawą wypijaną leniwymi popołudniami na tarasie. Wśród nieprawdopodobnie kolorowych fuksji. I nieprzyzwoicie wybujałych pelargonii. I całej masy innego cud urody kwiecia, którego nazwy nie znam i w życiu pewnie nie poznam.
Wandzia – uosobienie wyrafinowanego poczucia humoru. Mistrzyni inteligentnych ripost. Nikt tak barwnie i soczyście nie potrafi opowiadać historyjek z cyklu.: „Faceci i nasz babski świat”.
No i Gosia – czyli spóźniona solenizantka. Moja przyszła sąsiadka ;)

Cudnie było. Dobrze, że wymyślono coś takiego jak babskie biby. Można sobie fajne rzeczy o facetach poopowiadać. I mniej fajne też. I można bezkarnie zjeść kruchą babeczkę wypełnioną czerwoną galaretką. Pozachwycać się swoimi pociechami. Zdobyć przepis na sałatkę z suszonymi pomidorami. I golnąć sobie o jednego drinka za dużo, by wracając nocą gwieździstą śpiewać do księżyca – a co! A potem na paluszkach szur–szur wkraść się do łóżeczka i rano ze świętą miną udać, że „ooo kochaaany, wróciłam jak tylko ty zasnąłeś. Jeszcze ci telewizornię wyłączyłam”.

Do następnego razu dziewczyny :)
===============================
Przepis na sałatkę z suszonymi pomidorami: (niestety, kurde, tucząca cholera jedna)

1. Makaron kukardki lub rurki – ugotowany al dente, z pół paczki lub więcej, wg uznania
2. Słoiczek suszonych pomidorów z ziołami – pomidory pokroić w paski
3. Kilka oliwek czarnych (ja tam wolę zielone)
4. Kilka plastrów salami – też pociachać w paski

Wszystko artystycznie, z pietyzmem wymieszać, dodać ze 3 łyżki oliwy z tych suszonych pomidorów.
O, matko!!! Jakie to dobre!
===============================


czwartek, 5 lutego 2009

Czy to jest...

W korytarzu wykraść pocałunek. Pomiędzy rozwieszaniem prania, a parzeniem herbaty dla syna.
Czy to jest miłość?
Znaleźć czas by wspólnie obejrzeć czternasty odcinek ulubionego serialu. To czy to jest miłość?
Kiedy ogarnie jakiś taki bezmiar bezsensu, a ty dłonią odgarniesz kosmyk moich włosów i powiesz: „daj spokój, jest dobrze”. To czy to jest właśnie miłość?
Gdy zwątpię, nie wierzę... a ty wręcz odwrotnie. To czy wtedy też?
Gdy w lustrze tak trudno dostrzec siebie, a w twoich oczach jest blask – to czy na pewno wtedy jest?
Gdy jesteś zmęczony, i pytasz: „poczytasz dziś ty Małemu?” To jest to miłość?
Tak zwyczajnie. Tak banalnie.
Niezwyczajnie, niebanalnie.
To, to jest miłość.
Codzienna.
Normalna.
Jest.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Plany feryjne

Ferie zimowe – genialny wynalazek oświaty.
Właśnie szykowałam się do ich hucznej inauguracji.
W planach jest:

1. Obrazy, obrazy... kilka projektów śni się po nocach. Wena twórcza morduje. Nie daje usiedzieć. Wywołuje uczucie zniecierpliwienia, gdy tylko muszę zajmować się prozaiczną przestrzenią rozpiętą pomiędzy kuchnią, odkurzaczem, deską do prasowania, a sklepem, bo soki się skończyły.

2. Książki – kilka nieprzeczytanych, odstawionych „na_potem” już zdążyło nabrać nie_szlachetnej patyny z kurzu.

3. Narty – nożżż cholera jasna, jeszcze ten jeden raz zrobię to dla nich! Dla pewnych trzech typków, którzy twierdzą, że nic mi do szczęścia nie brakuje, jak tylko dwie dechy na stopy i talerzyk na wyciągu między nogi. Pod jednym warunkiem – tym razem czniam ich wątpliwe zdolności instruktorskie i poproszę o pana instruktora z prawdziwego zdarzenia – i przystojnego! Ha!

4. Ukochane kijki – nie odpuszczę. Codziennie sześciokilometrowa trasa w ramach nordic walking z kuleżanką celem pielęgnowania kontaktów towarzyskich.

5. Zmotywować pana mężusia do naprawy mojej szuflady na skarby – to będzie najtrudniejszy do zrealizowania punkt planu feryjnego.

A tymczasem... od rana te piękne plany zostały przysypane znowu stertą obowiązków służbowych, społecznych i takich tam. Kuuuurcze... to niesprawiedliwe.

niedziela, 1 lutego 2009

Budzikom śmierć!

... nie ma to jak impreza na pełnym luzie :)
... i dwie fotki jako załącznik do soczków i mineralłoter :)





...a jutro... yyyyyyyy... dzisiaj rano – budzikom śmierć!