poniedziałek, 29 czerwca 2009

Rowerem po okolicy

Rowerowa wycieczka (30 kaemów, żeby nie było to tamto) zakiełkowała pewnym pomysłem. Zasiał go nieoceniony pan Józef, człowiek z gatunku „pozytywnie zakręconych”. Dawny nauczyciel Marka, animator lokalnej kultury, postać nietuzinkowa, pełna energii, dusza towarzystwa, erudyta jakich mało, kustosz Muzeum Rowerów Nietypowych, a ostatnimi czasy także Mini Muzeum Pijaństwa (jak macie kochani na zbyciu nietypowe buteleczki, to pan Józef z serdecznością przyjmie, aktualnie pilnie poszukujemy dla niego butelachy po trunku w kształcie kałasznikowa – oczywiście butelka ze wszech miar może być pusta, to zrozumiałe). Małe co_nie_co można poczytać o panu Józefie:

Muzeum nietypowych rowerów

Serce zostało w Gołębiu
Muzeum rowerów perełką Lubelszczyzny

... więc pan Józef, inicjator i organizator Pikników Artystycznych dla lokalnych twórców amatorów i nie tylko rzecz oczywista, zaproponował byśmy z Mareckim przygotowali wspólny... wernisaż. Już kiedyś podczas Pikniku wystawialiśmy prace na wystawie zbiorowej – Marek rzeźby, a ja obrazy. Propozyszyn kusząca. Nie powiem. Tylko skąd czasu, no skąd? Niby mam wakacje (o dzięki ci mój losie żeś mnie do pracy w oświacie pchnął), ale i zajęć tysiące. Poza tym zauważyłam, że im więcej człowiek ma czasu wolnego do zagospodarowania, tym więcej go pomiędzy palcami przepuszcza.
Okej, póki co muszę rozprawić się ze straszącą mnie od kilku dni stertą do prasowania. I bądź tu człowieku twórczy i spełniaj się artystycznie.
A tu jeszcze rządek książek kusi, kusi...

sobota, 27 czerwca 2009

Dlaczego warto nosić fotkę osobistego mężczyzny w portfelu

Będzie to opowieść o tym, dlaczego warto nosić fotkę osobistego mężczyzny w portfelu.

Zgubiłam portfel. Odkryłam to przypadkiem. Błyskawiczna praca mózgu podsycona zimnym potem i okraszona stadem mrówek wędrujących od czubka głowy aż po pięty w te i we w te, i już wiem! Ostatnie zakupy z portfelem w roli znaczącej, czyniłam w sklepie pasmanteryjnym, bo odkryłam sznurek w cudnym odcieniu. Więc dzwonię do Mareckiego, ale choć fonów w domu tysiące, nikt nie odbiera żadnego. Wreszcie się udało.
– Chłopie przyjeżdżaj szybko, bo to i to się stało.
– Sierota! – och jak miło z ust ukochanego tak czułe słowa usłyszeć.

W samochodzie mnie wzięło. Panika. Karta do bankomatu w środku, na szczęście PIN przechowuję tylko w głowie. No i dokumenty. O matko! Więc ryczę.
– Co ryczysz? – ryczy na mnie mój ukochany, cholera jasna, mąż.

Wpadam do sklepu. Nie ma! O matko nie ma!
– Jedziemy do banku, chociaż zablokować kartę.
Cholera jasna bank już zamknięty, to gdzie jedziemy? Jaki jest numer aby zablokować kartę? Nie wiem. Przecież nie gubię jej z częstotliwością raz na miesiąc.
– Okej – podejmuje decyzję Marecki – jedziemy do bankomatu, tam pewnie będzie numer.
Drrrrrrrrrrrr!!! Dzwoni służbowy fon bezlitosnego męża, gdy ten akurat zaczyna wykonywać jakiś manewr na skrzyżowaniu.
– Cholera jasna, szef – po czym fon odbiera (no jasne, od szefa zawsze, od gubiącej portfel żonki niekoniecznie).
– Oddzwonię do pana za chwilę – ... i już już ma wyłączyć fona, gdy ręka zawisa jednak przy uchu na dłużej. Samochód staje na skrzyżowaniu. Na szczęście w centrum naszej metropolii o tej porze bezruch totalny.
– Dziękuję. Sierota. – pierwsze słowo powędrowało do słuchawki, drugie po jej odłożeniu w stronę mojej skromnej, cierpiącej osoby.

I co się okazało.
Wzięło i mi się zapomniało, że prosto z tego pasmanteryjnego weszłam na uno_momento do takiego innego by kupić maselniczkę, bo mi się rano stłukła (o rany jaki ja miałam pechowy dzień). Maselniczki były tam jakieś bez wyrazu i przysięgam ;) yyy..., że portfela nie wyciągałam.
A jednak! Szef tego sklepu znalazł portfel między półkami (a przecież torbę mam wieeelką i głęęęboką). Luknął komisyjnie z kobitkami zza lady do środka, ale po dokumentach nazwisko nic mu nie mówiło, ani moja cud osoba na fotce w tychże dokumentach. Ale, ale... fizjonomia mojego męża wydała się mu znajoma, pokojarzył skąd go kojarzy, zadzwonił do Marka szefa... no dalej już opisałam...

Obiecuję uroczyście, że nie będę już nosiła karty do bankomatu w portfelu razem z dokumenciorami.
Ale fotki mążusia, choć zrozumienia nie okazał, za żadne skarby świata z niego nie wyjmę :D
UF.

wtorek, 23 czerwca 2009

Co mają herbatniki do ortografii

Nie wiedzieć czemu dwóch moich synów ma niesamowitą i zupełnie dla mnie niezrozumiałą intuicję ortograficzną. Ja zawsze byłam w mocnym konflikcie z „zet z kropką”, z „erzet” i „samoha” czy „ceha”.
Kilka tygodni temu, tuż przed zakończeniem roku szkolnego, młodszy synek przejęty zbliżającym się konkursem ortograficznym, poprosił mnie o zrobienie mu próbnego dyktanda w domu. Złapałam za swój osobisty słownik ortograficzny, który sprezentował mi lata świetlne temu mój ś.p. Tata. Spomiędzy leciuchno pożółkłych kart wypadła szarobura tekturka – postrach z dzieciństwa. Na odwrocie opakowania po zapomnianych „Herbatnikach słonecznych” ręką Taty wypisane najtrudniejsze słowa świata...
Tekturka, która kiedyś była moim utrapieniem, dziś jest źródłem wzruszających wspomnień...

Nie wiedziałam, że tak za Tobą tęsknię...

czwartek, 18 czerwca 2009

Kolejne charmsy do kolekcji

Są :)



... i zbliżenie na ślicznego spitfire´a

wtorek, 16 czerwca 2009

Ciasno!

Jak człowiek ma potrzebę pogadania, wyflaczenia co mu na wątrobie się rozsiadło i ciężką obejmą ścisnęło, to oczywiście nikogo nie ma. Ani tu i teraz w tzw. Realu, ani via Internecior.
Graż się znowu zakochała i wir namiętności rzuciła, Asica i Gosienia w pracy, Tereńcia wiadomo – w Krakowie szykuje się na nasz przyjazd wiankowy. Elusia słucha gdzieś w świecie ptasich treli (dziękuję Elu [Kiss] za ptasiego audiomeska), a Halusia polazła do sklepu.
Też coś. Ja tu potrzebuję ucha do słuchania, a ona tak prozaicznie podreptała kupować por i marchewkę – zapewne. No żeby jeszcze kawior z bieługi i Dom Pérignon rocznik 1993 wprost z sesji zdjęciowej Karla Lagerfelda z Claudią Schiffer w roli drugoplanowej, to bym zrozumiała.
Phi!
Yh.
Z tego wszystkiego rozmyło się mi z lekka co to mnie tak tą wątrobę ścisnęło.
Może to, że książek nie mamy już gdzie na półkach ustawiać, a roczniki ulubionych pism stertami leżakują w segregatorach. Że z każdego kątka i zakątka wystają ciuchy, narty, piłki, wędki. Parasole zwisają z rury od gazu, a pokój, który pierwotnie miał być jadalnią stał się z czasem jadalnio–biblioteko–garderobo–komputero–pracownio–siłownio–prasowalnią. Balkonem zawładnęły rowery cztery i suszarka sztuk jeden. Bo druga zwisa z sufitu.
Chyba... zaczyna mi tu być ciasno...
Przestrzeni, przestrzeni trzeba mi...
hm... a może zupełnie z innego powodu mam dziś nastrój, że szkoda gadać.
Sama nie wiem. I samej mi z tym belejak.
Yh.
ps. I jeszcze charmsiki nie doleciały :(

środa, 10 czerwca 2009

O charmsach

Uprzejmie donoszę, że dopadła mnie miniaturowa fascynacja pod tytułem charms.
Drobne zawieszki do bransoletki – bazy o różnych formach i kolorach. Choć jeśli chodzi o mnie, to zdecydowanie preferuję srebrne.
Źródło szaleństwa zawsze być musi. U mnie zaczęło się od pierwszego charmsa w kształcie... biedronki :)
Na... pewnym serwisie aukcyjnym odkryłam istną kopalnię tych finezyjnych cudeniek. Aktualnie lecą do mnie miniaturki–sreberka: bosa stopa i najsłynniejszy myśliwiec II wojny światowej – spitfire :)

Ale już wypatrzyłam: parasolkę otwartą, trolejbus, motylka, motocykl chopper, wędkę, szkielet ryby, kostkę do gry, bucik, kluczyk typu yale...
Yyy?
Że co?
Że nie zmieści się na jeden łańcuszek???
Acha, zapomniałam jeszcze koniecznie o mini_mini konewce i rowerze :)
Już słyszę ich pobrzękiwanie wokół nadgarstk

niedziela, 7 czerwca 2009

Teczka_sreczka

Tereska zjechała do nas.
„Do nas”, czyli do wszystkich dziewczyn na raz. Mieszka u Asi, bo u niej najluźniej. No i Tereska przyda się do wyprowadzania psa, ha ha ha. Poza tym intensywnie pracuje ze mną nad teczką. Nie, nie – nie jesteśmy tajnymi współpracownikami IPN. To tylko niegdysiejsza reforma oświatowa nałożyła na belfrów dość idiotyczny wymóg związany z awansem zawodowym, który w swej intencji może był i sensowny, ale sprowadził się do tzw. tworzenia teczki.
Karamba!
Tereska to jest człowiek czynu, działania, organizator. No, ale luuudzie! Weźcie od niej te papiórki – bzdurki. Więc siedzimy i tworzymy razem. Tzn. poza tym Tereska udziela się INTENSYWNIE towarzysko. Boszzz co za latawiec z niej :) Chyba w tym Krakowie brak jej takich małomiasteczkowych, codziennych, mimowolnych kontaktów ze znajomymi.

W łykendzior postanowiłyśmy odpocząć. Od teczki głównie. Polazłyśmy na działkę ze scrabblami pod pachą. Deszcz wygnał nas spod wisienki do domku.
Międzyczasie przybył Marek i popijając piwko międzyczasie przegrał w scrabble. Międzyczasie przestał padać deszcz i Tereska walnęła:
– Oj to teraz będzie wszystko pięknie rosło.
Myślałam, że ją pod stołem okopię na śmierć w kostkę. Tego trzeba było memu mężusiowi.
– No wiesz, u nas tylko chwasty rosną.
Litości!!!!
Marecki chciał się chyba zemścić za przegraną rundkę w scrabbulki i zagnał nas do pielenia. Tereska przypomniała sobie czego, kiedyś tam, sto lat świetlnych temu, uczyła się w technikum rolnym i dała mi taki wykład o chwastach, że teraz wszystkie znam z imienia i nazwiska. A co! Nawet różę podcięłam pod jej okiem fachowo.

A dziś Tereska poturlała się pociągiem do grodu kraka, bo rodzina ponoć schudła po 4 klio na twarz, od kiedy jej nie ma. I wyspecjalizowała się w robieniu jajecznicy na śniadanie, obiad i kolację.
– Wiesz, nawet sobie nie zdajesz sprawy jak tutaj głośne są ptaki. W Krakowie ich nie słychać. – ... powiedziała ta mistrzyni nostalgii i wzruszeń, i odjechała. Chlip... chlip... chlip!

piątek, 5 czerwca 2009

20 lat po 1989

Wszyscy obowiązkowo czynią wspomnienia z okazji dwudziestolecia pierwszych powojennych wolnych wyborów.
Ja nie mogłam w nich uczestniczyć. Dopiero w październiku 1989 kończyłam 18 lat. Głosował Marek, po raz pierwszy. Już byliśmy razem...
Pamiętam ten dzień. Był słoneczny, taki jasny, piękny. Czuło się jego wyjątkowość. Jeśli pamiętam do dziś, to musiało tak być – wyjątkowo właśnie. Nie wiem czy wpływ na to miała moja świadomość tego, co dzieje się w kraju, czy bardziej to, co działo się w moim sercu... Po południu pojechaliśmy do Kazimierza. Rozcałowani nad brzegiem Wisły, radośnie studiowaliśmy każdy centymetr kwadratowy okładki płyty The Doors, zakupionej w komisie muzycznym tuż przy Rynku. Do dziś jest w naszych zbiorach. Duża, czarna, nieznacznie trzeszcząca pod igłą adapteru. Niepowtarzalny urok czarnych krążków... Z tego wypadu mamy też pamiątkowe zdjęcia. Wywołane, Marek przywiózł mi kilka tygodni później do szpitala, gdzie leżałam na dermatologii... Pomagały mi przetrwać trudne chwile leczenia.

środa, 3 czerwca 2009

Szalony tydzień

Szalony tydzień. Serio.

1. Pan mąż na urlopie. I na dodatek tam gdzie ostatnimi czasy najchętniej spędza czas – przestój technologiczny. Więc jest bardzo twórczy domowo i... oj!

2. j.w.

3. j.w.

4. Dzień Dziecka w pracy, dla dzieci z ośrodków, z którymi współpracujemy – czyli jak zwykle szukanie sponsorów na paczki, no i koniecznie jakaś fajna inscenizacja. Ponieważ ostatnimi czasy mocno jestem kabaretowo nastrojona :P – był i tym razem kabarecik. Udało się i naprawdę... cenne przeżycia i trudne do opowiedzenia, bo ryzyko popadnięcia w banał sporawe.

5. Dzień Dziecka w jędrusikowej klasie i wyprawa do piekarni. Za przewodnika po świecie mąki, zakwasu, przypraw i chlebowych zapachów trafił się nam fantastyczny piekarz – pasjonat, no człowiek z misją i powołaniem. Dzieciaki ubrane w białe fartuchy, pod czujnym i surowym okiem rzeczonego Pana Piekarza z Powołania, same wyrabiały ciasto, tworzyły z niego własne wzory bułeczek i sru! na blachę, i sru! do pieca. A dzieciaki sru! na ognicho. A tam się zaczęło: Proszę pani, a gdzie keczup, proszę pani, a czy ta kiełbaska to już się upiekła, a ja chcę pić, a on mi zabrał musztardę, a ja nie lubię musztardy, a ja poproszę soczku, a on mi wylał soczek, a ja chcę jeszcze kiełbaskę, proszę pani a Kacper powiedział, że się oplułam, proszę pani, a ona mnie opluła, a czy można sobie upiec chlebek, a czego ten chlebek zrobił się czarny?????????????????
O matko!!!!!!!!!!!!! Cisza do ciasnej cholewki!
Potem bułeczki się upiekły, dzieciary się z nimi fotografowały i od razu po jednej zeżarły, a drugą do dom poniosły. Uf! i to by było na tyle jeśli chodzi o współpracę rodzica ze szkołą.

6. ... okej już dalej nie chce mi się opisywać co było i jeszcze co przede mną. W każdym razie dopiero połowa tygodnia, a stos spraw do załatwienia nie maleje. No ale niech no tylko nadejdzie sobota...
Mmm... jeśli Kotlety się wykurują, bo ich cosik dopadło katarzysko podłe, to robimy wyprawę na Piskory – polować* na czaple, żurawie, perkozy i inne takie – nie przelewki, oj nie.

* Ślubuję uroczyście, że polować będziemy humanitarnie – z lornetkami i aparatami fot. w łapach, na stanowiskach wyznaczonych do obserwowania. Howk!
ps. ... ale za Maciusia kotletowego nie ręczę :D