poniedziałek, 27 lipca 2009

Chciałabym...

Chciałabym aby moi synowie nie bali się nigdy podążać za swoimi marzeniami.
Żeby NIE BALI się tak w ogóle.
Tyle tylko, że ja im ekspertem w tym nijak być nie potrafię...
Trudno jest wyrwać się z kotła myśli niepozytywnych, że tak powiem eufemistycznie. Staram się nie zaszczepiać w nich tego co we mnie zakiełkowało dawno i sobie wzrosło.
Wydaje mi się, że trzymam w ryzach myśli_gryzące_naprzód_marsz_opóźniające ;) Ale czy skutecznie? Dowiem się pewnie za lat kilka_może_naście.
Pozostaje mi wierzyć psychologom, że to faktycznie ojcowie dokładają więcej znaczących cegiełek pod fundament osobowości synów. Markowi jakoś lepiej wychodzi jasne patrzenie w przyszłość.

A bo faceci to w ogóle mają fajniej.

I to mówię ja – naczelna feministka_udomowiona. Yh.

sobota, 25 lipca 2009

Wizyta Maciusia

Kilka dni temu królował u nas Król Maciuś Pierwszy czyli Maciejka Kotletowa. By umilić mu pobyt pod mą opieką, postanowiłam, że nie będę dzieciarów mordowała pomidorową i kotletami – nomen omen – tylko zaserwuję im pizzę domową, voila. Z samego rana zdusiłam pieczarki, podszykowałam sos bolognese, aby nie stać przy garach połowę dnia, tylko znaleźć koniecznie czas na książkę, która mnie aktualnie mocarnie wciągnęła.

– Co tak wali pieczarkami Ciocia?! – wykrzyknął w drzwiach na powitanie Maciek i w tej chwili porzuciłam resztki nadziei, że może jednak nie będzie tak źle.

O dziwo Maciejka zszedłszy spod czujnych oczu zakochanych w nim rodziców, babć, ciotek, wujków i pań z przedszkola, był naprawdę cywilizowanym, fajnym chłopczykiem. No może poziom energii 101 w skali 100 ;), ale naprawdę dało się przeżyć.

...a wieczorem było ognicho. Pierwsze, tam gdzie z jednej strony olchy, z drugiej młode wiązy, a na wprost moje kochane wierzby.
I mój osobisty zachód słońca...
...o komarach z grzeczności nie wspomnę :)


sobota, 18 lipca 2009

U Mirasa i Gosieni

Jasny gwint. Stłukłam lustro. Nasze największe lustro z przedpokoju. Pierwsze jakie kiedyś kupiliśmy do pierwszego mieszkania. I tylko nie mówić mi tu, że jakieś siedem lat coś_tam_coś, bo mam to gdzieś. Lustra mi żal. Kuuurcze...
Rama została. Trudno, wykorzystam do obrazu, bo lustra już w niej mieć nie chcę. Kupimy nowe. Do nowego domu...

Poza tym donoszę:

... więc Tereska się szczęśliwie dyplomowała, co zostało solennie, oj solennie... no nazwijmy to „oświętowane” wczoraj na grillu u Gosieni i Mirasa. W cieniu rozłożystego orzecha, co to się pyszni na ich podwórku.
Były rzecz oczywista nowe hasła do skandowania:
„U Mirasa i Gosieni wszyscy goście są szaleni!”,
„Gdzie najlepsza jest kiełbasa? U Gosieni i Mirasa!”.

Tą razą, z szacunku dla wszechgrasującego kryzysu, hasło zostało przeze mnie zmalowane w wersji mini. Na koszulce Jędrusika, z której wyrósł.
No.
I takie tam tańce, hulanki, gitara, akordeon i śpiewy na gardeł, a chyba ze 20, bo międzyczasie młodzież powróciła do domu i się dołączyła do staruchów. Super było.
Transparent w wersji koszulkowej zawisł na orzechu i robił za ściągę. Do skandowania. Potem wszyscy się na nim podpisali ku pamięci:



A dziś... kontemplowanie lata. Czasem w słońcu, częściej w wodzie. A żeby nie było mi tak dobrze, to znowu straszy mnie góra rzeczy_do_prasowania. One się u mnie jakoś złośliwie mnożą, czy co? Wrrr!

piątek, 17 lipca 2009

Lato...

Lato w tym roku dość ekspresyjne. Leniwie wiaterkiem schłodzi, namiętnie słońcem spali, gniewnie schłosta strugami ulewnego deszczu.
Jędrek zatyka uszy gdy burza burczy, a ja tam luuubię...

Rzadko mamy czas aby wyrwać się na dłużej nad jeziorko. Ale już jak skiknę do bosko chłodnej wody... mmm... Uczucie błogości – bezcenne. Szczególnie gdy leżę na wodzie, a nade mną szybują szybowce.
I wokół ludzi jak na lekarstwo, zapach bujnych łąk...
i tacy oto zadziwieni naszym widokiem tubylcy (no bo w tak pięknych okolicznościach przyrody i ten... tego, to my tu intruzi):



i... czasami nawet siano zatańczy:


––w obrazek klik i się ruszy,
mniej więcej od 36 sekundy najfajniej ––

sobota, 11 lipca 2009

Twórczo

I się skończyło coś:


Dom pod wierzbami 1

... i się zaczęło coś:


Zakwitło

piątek, 10 lipca 2009

Aktualności

... i żeby mi tu nie było, że jak nie piszę to nic nie robię, tzn., że niby się lenię:



–sie w fotki kliknie sie powiększą–

Poza nawałem pracy twórczej, wspieram mężusia, ponoć skutecznie (no tak twierdzi) w tym co tam nam rośnie pod wierzbami... Do tej pory trudno było mi odnaleźć się w świecie prętów stalowych, deskowania na szalunek czy szalunku na deskowanie (jakoś nie mogę zapamiętać), cementu, żwirku i pustaków, i orynnowania na dodatek. Lecz już gdy pan fachowiec jeden z drugim pyta, a gdzie szanowna inwestorka życzy sobie kranik? kibelek? światełko? kinkiecik? gniazdko na lodóweczkę tudzież telewizornię? – to ja już mniej więcej wiem co do mnie mówią. Inna sprawa, że niekoniecznie wiem czego inwestorka tak naprawdę chce – ale to już inna bajka...

Od ostatniego wpisu zmieniło się też to, że:

  1. TADAAM!!! Mam syna licealistę :], który lądując w wymarzonej przez siebie klasie mat–fiz zakończył hegemonię humanistów w rodzie. I dzięki ci o Panie! Niech ktoś wreszcie ma porządne wykształcenie w tym domu i zarabia kasę, hyhy.

  2. Tereska z niewielką pomocą... przyjaciół, hm hm czyli głównie mnie, że tak nieskromnie rzeknę, wreszcie zawiozła do Kuratorium TECZKĘ i ma egzamin 17 lipca, po którym będzie tradycyjny grill czerwcowy u Gosieni i Mirasa. No w tym roku w czerwcu nie wyrobiliśmy się wszyscy z terminami i jest w lipcu. Ale to i tak nadal grill czerwcowy. Zaległości trzeba koniecznie nadrabiać.

  3. Wiśnie w tym roku oszalały. Więcej na drzewach czerwonego niż zielonego. Dlatego ogłaszam wszem i wobec, że w tym roku będzie też winko wiśniowe :]


Chciałbym jeszcze znaleźć chwilę na opisanie wianków w Krakowie u Tereski i Romcia, ale to gdy więcej czasu złapię. No i gdy wena złapie mnie.

Lecę na wiśnie.
Łomatko