poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Pa, pa wakacje!

Ja wiem, że dwa miechy urlopu to rozpusta w biały dzień. Ale cierpię okrutnie, mam depresję powakacyjną, pourlopową i generalnie chyba dziś wieczorem muszę się upić na okoliczność tego, że jutro wracam do roboty, yh.
Starsza latorośl nie ma dla mnie litości, przedrzeźnia mnie, powtarzając z przekąsem, to co z takim przekonaniem wykrzykiwałam jeszcze kilka dni temu: „endorfinki, o jak mi dobrze, o jakie życie jest piękne, włącz pozytywne myślenie, jest cudnie”. No jaka kanalia bezduszna mi wyrosła, normalnie! Się ledwo nauczył krawat wiązać i jaki ważny się zrobił :D

Nie mam pomysłu na najbliższe 10 miesięcy zawodowej aktywności, za to mam masę pomysłów na aktywność w tzw. czasie wolnym. Szczególnie, że odnowiła mi się wena twórcza, no i zmierzamy do najfajniejszego etapu budowy – kafeleczki, mebeleczki, deseczki na podłogę i takie tam. I jeszcze dziś był facio od wykończeniówki i jak weszliśmy na taras to oniemiał. Bo akurat słońce zachodziło. Się mu nie dziwię – też mnie to za każdym razem rozkłada :)
No i jak tu do roboty wracać...
No nic, czas przeanalizować kalendarz pod kątem najbliższych dni wolnych...

sobota, 29 sierpnia 2009

Kawałek z hakiem

Kawałek z hakiem

czyli bieszczadzkie biedronkowanie

WSTĘP
Tym razem było sprawiedliwie. Każdy miał daleko. Tylko, że jedni bardziej, a drudzy mniej. Chociaż jak się okazało później, biedronkom to właściwie wszędzie blisko. Wszak mają skrzydełka i po 3 pary nóżek!!! Ustrzyki Górne leżą na samiuśkim końcu Polski, tak na południowy wschód. Z Tarnicy, najwyższego szczytu polskiej części Bieszczadów widać miejsce, gdzie stykają się granice trzech państw – Polski, Ukrainy i Słowacji. Zresztą i komórki „gadały” podobnie. Na szczycie Tarnicy do większości z nich zapukała sieć ukraińska lub słowacka. Ale zacznijmy od początku...

POMYSŁ
Po raz kolejny (patrz Zwierzyniec) idea zorganizowania zlotu w Bieszczadach zakiełkowała podczas spotkań lubelskich biedronek i biedronków. Kiedy Zbyszek raz po razie opowiadał nam o swoich bieszczadzkich fascynacjach... wzięło nas. Aż w końcu na spotkaniu w Puławach rzuciliśmy ziarenko: A może by tak zorganizować zlot w Bieszczadach? A Zbyszko zaopiekował się tym „ziarenkiem” i tak narodził się zlot w Ustrzykach Górnych!

O NASZYM ORGANIZATORZE SŁÓW KILKA
Zbyszek w bieszczadzkie połoniny wyruszył kilka dni wcześniej. Odcięty od Internetu, telefonicznie donosił co na miejscu słychać. Bo Ustrzyki Górne to naprawdę koniec świata, a przynajmniej Polski. A więc, że chleb wcześnie kończy się (nieprawda :P), że do bankomatu ze 20 km (prawda), i że komarów nie ma (najprawdziwsza prawda), że noce zimne (tyz prowda) i takie tam różności szalenie potrzebne i istotne w górach, gdy człek z dala od cywilizacji.
Zbyszek to pasjonat moi mili. I człowiek z sercem od samiuśkich Tatyr aż... no aż po Caryńską Połoninę, a może i jeszcze dalej, hej po zieloną Ukrainę :) Wybrał dla nas miejsce czarodziejskie. Z dala od straganów z pamiątkami, na których można kupić nawet miniaturkę wieży Eiffla, z dala od rozedrganych dyskotek i głośnych salonów gier. I nawet to, że z dala od bankomatu, nie stanowiło problemu. Magię Ustrzyk Górnych doceniło wielu z nas w skądinąd urokliwej Solinie. Ale naszpikowanej wczasowiczami... i zapełnionymi parkingami, głośnej i pachnącej kebabami i goframi, frytkami i smażonym rekinem. W Ustrzykach pachniało łąkami i wiatrem... I jeszcze naleśnikami z jagodami...

ROZDZIAŁ PIERWSZY
czwartek, 20 sierpnia 2009

NIEBO GWIAŹDZISTE NAD NAMI...
Totalne zaskoczenie. Bieszczady są na końcu świata, a na pewno Polski. Się jedzie, jedzie i jedzie. A oczekiwanie na spotkanie z forumowiczami potęguje wrażenie, że droga nigdy się nie skończy. Esemesy od tych co już dojechali lub jeszcze w drodze podsycają atmosferę. Bez błądzenia, jedni z pomocą GPS, CB, inni tradycyjnie palcem po mapie, czy też dzięki komunikacji publicznej, o różnych porach, ale WSZYSCY w super nastrojach dotarliśmy do kwatery głównej zlotu czyli Ustrzyk Górnych.

Wieczorem – ognisko, nazwijmy, że integracyjne! W cudownie nastrojowym miejscu, drewnianej Wielkiej Wiacie, częściowo zadaszonej na wypadek deszczu (niechby no tylko spróbował!), tuż obok Potoku Wołosatego. Skutecznie go tej nocy zagadaliśmy, zaśpiewaliśmy i zaśmialiśmy i oczywiście zaczytaliśmy ;) Sorry strumyczku, ta noc należała do nas. Ale i tak na drugi dzień gościnnie przyjął nasze strudzone wędrówką stopy, o czym rzecz nastąpi w rozdziale drugim.
Tego wieczoru świętowaliśmy też urodziny jednej ze zlotowiczek – Rumianej. Było chóralne sto lat i niech jej gwiazdka i jeszcze jeden i jeszcze raz i więc żyj nam sto lat, i jak to przy takich okazjach bywa, zgodnie ze świecką tradycją, odbyło się wspólne czytanie książek, z dziedzin wszelakich. By nie przynudzać recenzować tychże przeczytanych lektur nie będę.
Gdy Grześ uśpił małą Blankę w samochodzie, porwał gitarę i zrobiło się ogniskowo–nastrojowo. Blanusia grzecznie obok ogniska w samochodzie spała, Grzesiu śpiewał, poniektórzy nieśmiało wtórowali... A główną atrakcją wieczoru było... niebo. ALE JAKIE! Kiedy to ostatni raz udało się nam w naszych cywilizowanych, rozświetlonych nocnymi lampami miastach, podziwiać w pełnej krasie Drogę Mleczną? Przyznam, że ja dawno jej nie widziałam. Już zaczynałam się bać, że ją czarna dziura wessała. A tu proszę, Droga Mleczna najspokojniej w świecie świeci nad Bieszczadami. Niezapomniany widok.

ROZDZIAŁ DRUGI
piątek, 21 sierpnia 2009

DALEKO JESZCZE?
Poranek upalny, a my rozleniwieni i... spóźnieni. Tylko postrzelone biedronki wyruszają w skwarny dzień w góry o tak późnej porze. Zanim się zebraliśmy, wyśmieliśmy, zakupiliśmy wodę – bo Zbyszek wszystkim nakazał: dużo wody i kanapki w góry brać – poranek zdążył zamienić się prawie w południe. Dwoma wesołymi busami dotarliśmy do osady Nasiczne, skąd rozpoczęło się nasze bieszczadzkie wędrowanie. Nieświadomi co nas czeka, pełni werwy, zapału, obciążeni wodą i uskrzydleni wyśmienitymi humorami weszliśmy na szlak. Z miejsca padło nieśmiertelne pytanie „Daleko jeszcze?”, które towarzyszyło nam już przez całą trasę. Takie były z nas marudy przekorne. A Zbyszek cierpliwie odpowiadał a to, że „kawałek z hakiem”, a to „no jeszcze troszkę”, „już niedaleko”, „rzut beretem”, „za chwilę będziemy blisko połowy trasy”. I za każdym razem tak naprawdę znaczyło to jedno: przed nami co najmniej 2 godziny pieszej wędrówki. Za to towarzyszące nam dzieci zasługują na pochwałę – dzielnie stawiały czoła narzuconym przez dorosłych wyzwaniom. Maszerowały bez nudzenia, prawie zawsze na przedzie, a Gabrysia nieustannie wszystkich motywowała perspektywą zamoczenia stóp w Potoku Wołosatym, u kresu naszego szlaku.

Sprinterskim tempem dotarliśmy na Nasiczańską Przełęcz (717m n.p.m.), gdzie po raz pierwszy mogliśmy rozkoszować nasze oczy roztaczającymi się wokół niemalże pocztówkowymi obrazkami. Niczym niezakłócona cisza, fantastyczna pogoda, doborowe towarzystwo... czegóż chcieć więcej! Przez wyjątkowo malowniczą dolinę nieistniejącej wsi Caryńskie doszliśmy do przełęczy Przysłup Caryński, gdzie oczekiwaliśmy odpoczynku w schronisku „Koliba”. Niestety schronisko okazało się być w przebudowie, więc postój zrobiliśmy w cieniu rozłożystego drzewa. Popijając wodę, kosztując kanapeczki (kolega Pawcio Halusiowy znowu obżerał rodzinę w potrzebie finansowej), co niektórzy uzupełnili poziom magnezu czekoladą Szymka. Aż dziw, że w tym upale nic, a nic nie rozpuściła się.

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że tuż przed tym etapem wędrówki doszło do buntu grupy zamykającej bieszczadzki peleton biedronkowy. Kontestatorzy zorganizowali strajk, oflagowali się na znak protestu liśćmi łopianu i zażądali częstszych postojów, wolniejszego tempa i sprecyzowania co oznacza pojęcie „kawałek z hakiem” w przełożeniu na zegar lub kilometry. Postulaty zostały przyjęte do wiadomości. I połowicznie nawet realizowane w dalszej części wędrówki.

Połonina Caryńska (1297m n.p.m.) – cel naszej piątkowej wyprawy – uważana jest za najpiękniejszą bieszczadzką połoninę. Ponoć wycieczka na jej grzbiet zaliczana jest do łatwiejszych w wysokich partiach Bieszczadów. No..., dla niektórych z nas taką nie była. Istniało poważne niebezpieczeństwo, że kolejnego dnia na szlak nie wyruszy co najmniej połowa zlotowiczów. Jednakże wylany podczas wspinaczki pot zrekompensowały niesamowite widoki roztaczające się z Caryńskiej, która jest doskonałym punktem widokowym na całe niemal Bieszczady. Jeśli tylko dopisze pogoda, a nam dopisała. Na szczycie dopadły nas czarne uskrzydlone mrówki... i spotkała niespodzianka. Grupa młodzieży, której zechciało się przytachać gitarę, dała niesamowity koncert bieszczadzkich ballad. Uwierzcie, wszystko to razem, plus zatykająca dech panorama z Caryńskiej, niejednemu z nas przysporzyły wzruszeń wyciskających łzy rzęsiste. Warto było pomykać te chyba z 200 pięter w górę! Naprawdę warto! A na drugi dzień u stóp Tarnicy zameldowali się niemal wszyscy! A w pierwszej kolejności organizatorzy strajku!
Ścieżką przyrodniczą „Buk”, miejscami dość stromą, z kamienistymi schodami dotarliśmy do Ustrzyk Górnych wprost w kojąco chłodny masaż wodami Potoku Wołosate. Fantastyczne, niezapomniane uczucie!

Wieczorem, kiedy już zregenerowaliśmy siły po kilkugodzinnej pieszej wędrówce, spotkaliśmy się w barze „Pod Caryńską”, gdzie wspominaliśmy co bardziej pikantne szczegóły z trasy i gdzie Rabatek opowiedział nam swoją przygodę z zatrzaśniętym w bagażniku kluczem od samochodu. No i najważniejsze: gdzie odbyły się tańce, hulanki swawole na miejscowym parkiecie. Uła! Uła! Biedronki rządzą!

ROZDZIAŁ TRZECI
Sobota, 22 sierpnia 2009

KTO KOGO ZACIĄGNĄŁ NA SZCZYT?
Ponoć pierwszego dnia ja Gosię, a drugiego Gosia mnie. Ale do końca wciąż się nam te wersje myliły. Co do jednego byłyśmy zgodne: szłyśmy na szczyt, bo Wiesiu serwował na nim kawę...
Tarnica (1346 m n.p.m.) należy do Korony Gór Polskich i jest najwyższym szczytem polskiej strony Bieszczadów. Warto się na niego wspiąć, by głęboko zaciągnąć się górskim powietrzem i poczuć prawdziwą wolność!!! Przestrzeń! To kolejny, niezwykle malowniczy punkt widokowy na szeroką panoramę Bieszczadów. Chłonęliśmy ów widok leżąc na trawie, niemalże u stóp żelaznego krzyża, który został w tym miejscu ustawiony w 1987 roku, dla upamiętnienia pobytu ks. Karola Wojtyły w dniu 5 lipca 1954 roku. Dobrze nam tam było bardzo. Normalnie czuć było jak szaleje wkoło endorfinka i pompuje nam euforię w żyły! I potem nic dziwnego, że zlotowicze podskakują z radością wymachując rękami i nawołują z entuzjazmem „Mam depresję! Mam depresję!”

Sam szlak na szczyt, po ostrej zaprawie w dniu poprzednim, nie wydał się nam ani trudny, ani męczący. Ot, odrobinę zadyszki i rura do przodu, w górę, w górę miły bracie! Poza tym dość szybko widoki i klimat (ach ten chłodny, rześki wiaterek) zrekompensowały nam wysiłek. Każdy maszerował swoim tempem. Jedni pędzili w górę w trymiga, a inni – w tym pisząca te słowa – woleli rozkoszować się krajobrazem. Czyli było tak: trzy kroczki do przodu i... podziwianie widoczków. Ewentualnie sesja fotograficzna z połoninami w tle. I dalej w górę.
Przed samym atakiem na szczyt, Wiesiu dał się uprosić i pierwsza „filiżanka” kawki została zaserwowana na Przełęczy Goprowców, dosłownie rzut beretem (!!!) od samiuśkiego wierzchołka. Tarnica jest bardziej gwarna od Caryńskiej. Przynajmniej nam trafił się ruch niczym na Giewoncie.

Zejście z Tarnicy do Ustrzyk Górnych to już poeeemat. Przecudnej urody szlak wiodący Szerokim Wierchem wprost do kwatery głównej naszego zlotu, czyli Ustrzyk Górnych właśnie. Urozmaicony roślinnością, z niebywałymi widokami hen, hen daleko... po bezkresny widnokrąg. Trasa, pogoda i atmosfera sprzyjały pogaduchom. Wszystkim dopisywało fantastyczne samopoczucie. Wiem, bo przepytywałam na okoliczność tej relacji, a co!

Wieczorem było ognicho! A na ognichu były kiełbaski i kukurydza, i śpiewy, i strumyk płynął z wolna i stokrotka rosła polna i jeszcze ore, ore szabadabada amore! W umówionym momencie chóralnie odśpiewaliśmy mega głośne i donośne Sto lat!!! na cześć Zbyszka, organizatora zlotu. Wspaniałego, niepowtarzalnego zlotu!!! Brawo Zbyszku!!!
Tak trudno było tej nocy udać się na kwaterkę, do łóżeczek... Tak miło wspominało się każdy moment zlotu, każdy kamyk na szlaku... każdą kropelkę potu...

ROZDZIAŁ CZWARTY
Niedziela, 23 sierpnia 2009

ZOSTAŃMY RAZEM! ZOSTAŃMY RAZEM!
Historia poprzednich zlotów nie kłamie – nawet jeśli podczas całego zlotu nie pada, to i tak ostatniego dnia musi, no normalnie musi spaść deszcz! Tym razem też tak było. Bieszczady się rozryczały. Niezrażeni tym postanowiliśmy koniecznie zaliczyć spacer po koronie zapory Elektrowni Wodnej Solina. Na tę okoliczność przeistoczyliśmy zlot w rajd samochodowy. Prowadzeni przez Zbyszka drogami poskręcanymi jak makaron świderki, prawie niezamieszkanymi, za to gęsto zalesionymi terenami, dotarliśmy do uroczej letniskowej miejscowości Polańczyk. Chwilkę pospacerowaliśmy nad jeziorem solińskim i dalej w drogę na zaporę. Olbrzymia budowla, głębokiego jakby nie patrzeć Peerelu, robi wrażenie. A jeszcze większe... podpływające pod koronę zapory ryby–BYKI!

Nieuchronnie zbliżał się czas pożegnań... Bardzo widowiskowy tym razem: w samym centrum zapory! Było głośno! I przytulaśnie! I śpiewaliśmy „Zostańmy razem, zostańmy razem!!!” i machaliśmy chusteczkami i... Chyba nikt nie lubi pożegnań... Chlip, chlip...

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA
Zbyszko wybacz nam nasze marudzenie, ale to tylko tak dla zasady i do śmiechu było. Dziękujemy, że dbałeś o nawadnianie naszych organizmów na szlakach, dzięki, że wybaczyłeś nam sandały i klapki :*

Halutko, Pawle, Zbyszku, Beatko, Małgosiu, Rabatku, Diano, Karolinko, Janinko, Gosiu, Aniu, Justynko, Adusiu, Wiesiu, Szymku, Marzenko, Grzesiu, Rumi, Marku i niezmordowane młodsze pokolenie: Blanko, Gabrysiu, Arturze, Arku, Michale duży i mały, Jędrku ... to był CUDOWNY zlot!!! Dzięki każdemu i każdej z Was!!! No i jeszcze te bieszczadzkie anioły...

PS. Zauważyliście, że nie padło ani razu słowo na literę „ł”?

środa, 19 sierpnia 2009

Przed wyjazdem

Ja to jak zwykle.
Za 5 minut niemalże wyjazd, a ja nic nie mam przygotowane. Tzn. wystawiłam deskę do prasowania i mam dobre zamiary. Godzina jest jaka jest, a ja w powijakach. Rodzina też. Tylko, że akurat oni się tym nic a nic nie przejmują. W przeciwieństwie do mnie. Wrrr... Michał właśnie wystawia fona na sprzedaż. A jeszcze kilka tygodni temu dotykowy coś_tam_coś był szczytem jego marzeń (no! może oprócz iPhone), Jędrek kręci filmy wg osobistego scenariusza z samochodami Hot Wheels w roli głównej, a Marek generalnie się niczym nie przejmuje. Nawet trasą jaką ma do pokonania. Ja to zawsze myślałam, że najdalej mam nad morze, a tu dzisiaj mój osobisty kierowca uświadomił mnie, że do Ustrzyk to my mamy raptem ze 40 kaemów mniej niż do Gdańska. Też coś!
No dobra. Śmigam. Bo muszę się spakować, a wcześniej poprasować. Muszę udekorować buteleczkę winka dla Zbyszka no i nie zapomnieć o Aniołku Bieszczadzkim :)
Acha, i jeszcze się wyspać.
Bo na zlocie czasu na to nie będzie :)

piątek, 14 sierpnia 2009

Wieprzyska

To jest właśnie mój mały świat.
Warsztat ładowania akumulatorów. Gdzie otula mnie zapach łąk, chłodzi jeziora toń, owiewa wiatr z cholera wie skąd. A słońce rozprawia się z łuszczycą.
Dobrze mi tu.
Czasami nawet udaje mi się tutaj zasypać te doły, co to niby aż do Meksyku...
Jutro będzie lepiej.
Czuję to.
Wiem.
Obiecuję.


Gdy się na miniaturkę KLIKnie to fotka powiększy się cudnie :D

czwartek, 13 sierpnia 2009

Nie tak

coś poszło nie tak
nie takie słowa
nie takie emocje

boli
trudno tak
...
nie potrafimy rozmawiać
akurat my dwie – nie...
i tylko dlaczego tak to boli
naprawdę chciałabym inaczej...
czy nie potrafię...

a niech to jasny szlag!!!

Ps. _a na koniec zerwałam całkiem niechcący takie coś w samochodzie, którym osłania się człek od słońca, i w tym czymś było lustro
się popłakałam i generalnie to nie będę się wyrażała

dobranoc

ps.2 _no każdemu zdarza się gorszy dzień, tak?
ps.3 _od razu mówię – doła mam jak stąd do Meksyku

sobota, 8 sierpnia 2009

Duże i małe marzenia zwyczajne

Marzenia są małe i duże.
Bez względu na kaliber, to moje cenne skarby. Dodają skrzydeł, gdy tracę wysokość. Przywracają wiarę, gdy gubię sens. Są drogowskazem, gdy zawieruszę się na szlaku. To mój bezpieczny schron, bo nikt inny nie ma do niego kluczyka... Uciekam w nie od tych codziennych, czasami trudnych, czasami błahych spraw.
... a w bezsenną noc, są bardziej skuteczne od wyświechtanego rachowania baranów :P

***

... może to głupio marzyć o rzeczach banalnych, mocno przyziemnych...
...ale cholera jasna tak mi żal, że nie widziałam U2 na żywca. Tak więc koncert U2 jeszcze przede mną ;)
... a póki co taką fajniusią perełeczkę znalazłam na YT:

http://www.youtube.com/watch?v=grhtOxu-x1g

sorry, sie mi miniaturka nie chce wgrać :(

––– ––– ––– ––– –––

Dopisane kilkadziesiąt mgnień letniego wieczoru później:


Jędrek wczoraj zwrócił uwagę na datę w skrócie zapisaną tak: 07.08.09.
Ku pamięci – co czyniłam pod taką fikuśną datą?
Ano taplałam się w jeziorku. I normalnie nic, no nic lepszego na upalne lato, jak wtulenie się w aksamitnie chłodne ramiona jeziora... mhmhmh... szum sitowia, i na całym jeziorze tylko my i „pan_dzień_dobry”. Ale on lokuje się zawsze na drugim brzegu. Spotykamy się czasami podczas pokonywania jeziorka z „prawe do lewego” i wówczas „pan_dzień_dobry” mówi nam Dzień dobry!
A ja mówię dziś: Dobranoc!
Pędzę spać o nietypowej jak dla mnie porze. Ale też nietypowo jutro mam pobudkę. O 3.30. gnamy na Okęcie. Syn powraca znad śródziemnomorskich wojaży.

!Hasta la vista Amigos!

środa, 5 sierpnia 2009

Dzień ewidentnie rozlazły. Na dworze najpierw było za gorąco. Zresztą i tak musiałam czekać na kuriera z przesyłką super_hiper_bajeranckiego ;) zestawu Hot Wheels. No a potem była burza, ulewa i takie tam pogodowe duperele.
Z nudów odkryłam zakupione kiedyś tam w Ikea ramki – miniaturki i powstało małe co nie co (na fotce zbiorowej miniaturki pozują z moją cud_miód_malyna komórką :P aby wykazać zależności proporcjonalne, że tak to ujmę):





(tradycyjnie – w fotkę KLIK – urośnie)

PS. całkiem priv:
...chyba się oflaguję na znak protestu, że Alutka zlikwidowała bloga :(
Aluś... wróć...

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Burzowe

... burza przetoczyła się w nocy.
Wściekła, agresywna, groźna, rozkrzyczana, roztrzaskana, rozjarzona.
Ryczącym trzaskiem rozrywała sen.
Wprowadziła niepokój.

Dziwne uczucie mnie gniecie... że nie jestem na dobrej ścieżce...

No...

...troszkę ostatnich prac...


Zakwitło


Porozmawiajmy


Olalala


... I butelki...



w obrazek klik i potem znowu klik = big

sobota, 1 sierpnia 2009

Wakacyjne spotkania

Wakacje w toku. Jak co roku nawałnica znajomych. Tych, którzy po szkole, czy po studiach fruu! z prowincjonalnego miasteczka we świat szeroki wybyli. No ale w wakacje zjeżdżają do rodzinnych domów, wówczas jest czas na odwiedziny, spotkania.
Fajne to. Można sobie powspominać stare dzieje, szkolne fiki_miki_wybryki, ogniska nad rzeką, wypady pod namiot, wyprawy w góry i spanie na sianie, w pigułce opowiedzieć ostatni rok, czasami dwa z życia... Przybywa nam zmarszczek na czole i dzieci, awansujemy w pracy, ktoś tam robi „karierę”, ktoś spełnia się w domowym ogrodzie, obrastamy w dobra doczesne, budujemy domy, kupujemy coraz_to_coś_nowszego.
A co w naszych sercach? co z marzeniami? miłościami naszego życia, pasjami, namiętnościami, planami? czy jesteśmy szczęśliwi... spełnieni... i czy wciąż pragniemy, marzymy, dążymy...
Różne są te spotkania. Jak różni byliśmy my wszyscy.
Potem każdy odjeżdża, odlatuje w swoje... nowe rodzinne strony. My zostajemy. Ale to nie znaczy, że stoimy w miejscu :)
Do zobaczenia kochani za rok! Oby nadal w naszych oczach tliły się iskry ciekawości, co też nowego czeka nas jutro, za tydzień, za rok!

ps. Mareckiego sposób na komary:



... to nic, że przy okazji płonie przysłowiowa stodoła ;)