niedziela, 22 listopada 2009

Rocznica

Zamiast romantycznej kolacji z oklepanymi świecami było śmieszne śniadanie z podpowiedzią dla mojego Męża:



... bo inaczej może by nie załapał, o co kaman. Ale o dziwo załapał stosunkowo szybko :)

I tak – 17 lat temu było wzniośle, i że ci ślubuję i nie opuszczę... A po owych latach nastu, w naszym przyszłym domeczku rozpaliliśmy kominek i sobie po prostu BYLIŚMY.
Zwyczajnie.
Bo właściwie, to co dziś wyjątkowego możemy ofiarować swoim bliskim? Jakie prezenty? Gdy tak naprawdę kupić można tak wiele...
Czas!
C Z A S !
... i jeszcze współdzielenie radości, że marzenia się spełniają...
To co przed laty wydawało się nierealnym, kosmicznie odległym marzeniem niedospełnienia, dziś JEST.
Po prostu się dzieje.
No i czyż nie warto marzyć?

A na fotkach:

nasze nowe ognisko domowe :D


listopadowe widoki salonowe


... i coby nie było, że się obijam:

miniaturka „domowa”


i buteleczka z motywem lotniczym, bo nagle mnie to zakręciło:


PS. Kocham Cię życie!
PS.2 Ciii...

czwartek, 19 listopada 2009

Matka tworzy, tylko co?

Słońce wyemigrowało na jakąś Ibizę czy cuś bo u nas zostały tylko szaroburaśne chmurzyska, ciemność, deszcz, wiatr i takie tam mało fajne sprawy klimatyczne.

Czyli butelkowo – znowu ;)

Te były dla Eli, Diany i Karoli –czyli wspomnienia powarszawskiego spotkania forumowego :D



Ta była dla kuleżanki Reny:



A te... takie tam ;) w tym jedna z akcentem lotniczym z inspiracji mężusia:




***

Jędrek wywęszył wierszydło jakie napisałam na urodziny Stefana i wywnioskował gadzior mały, że matka niczym Grochola w zaciszu domowych obiadków tworzy książkę. Mateeer jak to ich wyprowadzić z błędu i nie narazić na rozczarowanie... Owszem – mać tworzy, ale coś zgoła mniejszego formatu... Yh! A Jędrusik nawet „kota” robił (OCZY kota w butach ze Shreka) lecz ja byłam twarda. Się wszystko wyjaśni 11 czerwca. Chyba, że mnie wcześniej wytropią.

niedziela, 15 listopada 2009

Wyprawa na szczupaka

Coś takiego! Nie tylko kobieta potrzebuje odreagować. Facet też czasami musi inaczej się udusi [Sealed]
W ramach odreagowywania Marecki umówił się z Tomaszkiem na ryby. Konkretnie na szczupaka. Bo ponoć teraz dobrze chodzi.

Ekwipunek niezbędny do połowu szczupaka wg znanych mi kręgów męskich wygląda następująco:
– pół kilo kiełbasy ewentualnie żeliwny kociołek z mięchem zamarynowanym i warzywami na ognisko,
– bochenek chleba lub dwa,
– ketchup, musztarda – wg uznania,
– ogórki kiszone albo korniszony,
– zgrzewka piwa, bo nie wolno przecież organizmu odwodnić,
– może być ewentualnie termos z gorącą herbatą, z odpowiednią ilością wódeczki – na rozgrzewkę oczywiście,
– drewno porąbane w szczapy, wysuszone, coby nie latać wokół jeziora tudzież wzdłuż rzeki w poszukiwaniu drwa na ognicho.

Tomaszek jak na prawdziwego MacGyver’a przystało zabiera dodatkowo: siekierę, nóż sprężynowy, rozpałkę grillową, zapałki, zapalniczkę, latarkę i już nie pamiętam co jeszcze.

Acha, w wyprawie na szczupaka może się jeszcze przydać wędka spinningowa i blachy (chyba, że ktoś woli na żywca). Aczkolwiek niekoniecznie.

Tak.

A na wszelki wypadek zakupiłam 2 kilo dorsza mrożonego :)

sobota, 14 listopada 2009

Zgubione-znalezione!

Zazwyczaj w noc poprzedzającą „jakąś tam ważną sprawę” COŚ mnie dopada...
O na przykład takie cuś:



...a potem okazało się, że trzeba... spokojnie, ufnie... i jest prościej. Ale człowiek mądry „po”. W każdym razie, po nocnych niepokojach okazało się, że:
– Nie taki potwór straszny jak się nam nocą jawi;
– Złośliwość rzeczy martwych nie istnieje, bo... się me butki sportowe marki na literę „R” odnalazły!!!
:) JUPI JUPI joł!!! :)
Osobiście schowałam je przed trudami remontu ciocinego mieszkanka do szafki i jakoś potem tam nie zajrzałam – a dziś same odnalazły się :] Fajne butki, co nie! I nawet mąż_pan nie powiedział żem jest sierota, tylko się uśmiał.

Tyle relacji z wczorajszego, ponownie warszawskiego dnia...

PS. A zapakowana ta Wawa, a korki, a samochodów poupychane, a ludziska jakieś nerwowe, i po co i gdzie oni tak jeżdżą i jeżdżą w tych samochodziskach ;)
PS.2 i odwalić się od trzynastegowpiątek :)

środa, 11 listopada 2009

Niepodległościowy misz-masz

Niepodległościowy misz–masz...
...czyli z ziemi włoskiej do polskiej:
Dziś na obiad była domowa pizza. Bo ojciec służył Ojczyźnie, więc menu układali synowie, a sosy były dwa: biało_czosnkowy i czerwono_pomidorowy.
Poza tym wkrótce przybędzie nowy obywatel, bo Gosienia i Miras w lipcu przyszłego roku zostaną dziadkami za sprawą córki pierworodnej Madzialeny.

A to jest mój kwiatek dla Polski, dziś zasiany, wyrośnięty, niezerwany:



... bo kocham Cię Polsko!

PS. Hm... zastanawiam się nad emigracją. Na inny serwer jeśli chodzi o bloga ;)
A takie tam jedenasto_listopadowe refleksje...

wtorek, 10 listopada 2009

Szkatułka

Mmm... za oknami nadal szaro_buro_mgliście. A mi w duszy na przekór nie. Bo w nagrodę za ostatnie tygodnie naszpikowane emocjami i rewolucjami zdrowotnymi, rodzinnymi i zawodowymi mam kilka dni wolnego na wyrównanie oddechu. Skrupulatnie przestrzegam danej samej sobie jakiś czasu temu obietnicy: w domu nie dumam o pracy, nie wymyślam scenariuszy, nie denerwuję się na zapas czy mi wyjdzie to czy tamto, nie stresuję tym, że zalegam z różnościami. A kysz!

Bo w domu to człowiek powinien mieć azyl. 
Dom to bezpieczna szkatułka, 
wyłożona mięciutkim aksamitem na przechowywanie najcenniejszych rzeczy jakie się ma: 
siebie samego i swoich bliskich.


O jaka mądra jezdem.

A tymczasem w domu cisza... Rodzina w pracy i szkołach. Przyjemnie pomrukuje komputerek i szumi woda w czajniku, która za chwilkę wyczaruje mi kawę z miodem. Kawa z miodem to hicior, do którego niedawno powróciłam. Polecam! Mniam!

Niespodziewanie też wpadła mi mała bo mała, ale zawsze kaska, za dosłownie godzinę bardzo przyjemnej pracy. Hm hm – bez takich tam domysłów :P Kasa była za uczciwą pracę – fotografowanie na zamówienie. Tak! Po raz pierwszy w życiu zarobiłam kasę na fotach! A najśmieszniejsze, że nawet nie wiedziałam, że to będzie za kasiorę. Ot po prostu pomogłam znajomemu znajomych, który potrzebował to i owo do strony internetowej i plakatu sylwestrowego. A tu niespodziewajka – oprócz dziękuję – załącznik finansowy. Hura, hura – kupie sobie butki sportowe.
:)

poniedziałek, 9 listopada 2009

Zgubiłam buty

Pada. Kapu, kap. Szarością z nieba strzela, że hohoho.

Jaki ja miałam łykendzior to najstarsi górale by nie zdzierżyli.

Zaczęło się od wyjazdu do stolicy.
W rzeczonym mieście, miast z mężem osobistym romantycznie czas spędzić, bo dzieciary zostały w domu, tymi rencamy doprowadzaliśmy do stanu użyteczności pewne maleńkie eM2. Trata tata.
Pomijam, że ręce mamy obydwoje do samej ziemi od tej roboty powyciągane.
Pomijam, że snu nam musiało starczyć tylko w ilości 4 godzin (przemilczę też, że był to sen przerywany bimbaniem takiego drewnianego bimbacza co wisiał na ścianie).
Pomijam akcję z poszukiwaniem po całym osiedlu mega–sprytnego magnesiku, bez którego windy w tym durnym mieście nie otworzysz. Myślałam, że zgubiłam. Się znalazł w mym portfelu.
Przemilczę też, że pomimo bacznego obserwowania warszawskich trawniczków i tak w psie g... wdepłam. No tak – nie deptać trawników – więc mam za swoje. Przyjęłam z pokorą.
Ale nie mogę zrozumieć, jak, JAK, J A K mogłam w ferworze porządków wywalić własne, prawie że nówka lekkośmigane butki sportowe marki na literę „R”. Może butki same się w otchłań rzeczy do wyrzucenia rzuciły w zemście za to psie g... ?
Nie mam butków sportowych. Yh.
A z miasta stołecznego powróciłam do domu na słodkiej prowincji w klapeczkach :]
Ja się do tej Warszawy nienaaadaaaaaaaję.