sobota, 23 stycznia 2010

Po pierwsze kupić materac

Na cholernie mroźny weekend mam cholernie gorące plany.

Primo: dokonać ostatecznego wyboru materaca do sypialni. Ma być duży, gruby i średnio twardy :P Że ma kosztować normalnie, a nie jakby miał złote sprężyny w jedwabnych kieszeniach – wspominać nie muszę.

Secundo i generalnie gwóźdź łykendzioru: spotkanie z dziewczynami z okazji... przyjazdu Tereski!!!

Będziemy hucznie i tylko w babskim gronie świętować niedawne mocno okrągłe urodziny naszej wyemigrowanej krakowianki. W domu zapowiedziałam, że planuję powrót świtem bladym. Zgoda jest ;–) weta nie zgłaszano. Hihi.

Będziemy pić grzane wino lub lodowatą whisky, będziemy się chichrały jak głupie a może sobie popłaczemy...
Będziemy wspominać różności, bo zgrałam fotki z naszych wspólnych chwil... No. To tak z grubsza rzecz ujmując...

Jeszcze tylko dwie sałatki, jajka nafaszerować, fryz zrobić i oko poprawić, i...

Miłego weekendu :)

czwartek, 21 stycznia 2010

Agnieszka czy Ewa?

Z moim imieniem było tak:
Halinko – rzekła śp. Babcia Lodzia do mojej Mamy – daj córce imię pierwszej kobiety–matki. Będzie miała szczęśliwe życie.

Tata wolał Agnieszkę.
Zostałam Ewą Agnieszką.
Ale o tym, że mam na imię Ewa uświadamiałam sobie zawsze na wakacjach u drugiej Babci – śp. Babci Gerci. Bo tylko Babcie z uporem maniaka zwracały się do mnie zgodnie z tym co tam mi w metryce urodzenia i akcie chrztu wypisali. Rodzice twardo – Agnieszka. Do tego stopnia stało się to dla nich oczywiste, że zapisując mnie do szkoły podstawowej podali tylko imię Agnieszka. Ta niefrasobliwość sporo mnie kosztowała odkręcania, wykręcania i prostowania, gdy kończyłam podstawówkę i kompletowałam dokumenty do liceum.

W ogólniaku było dziwnie. Żyłam dwoma imionami. Dla znajomych, przyjaciół, rodziny – Agnieszka, dla belfrów i generalnie urzędowo – Ewa. Bywało wesoło. Szczególnie na lekcjach, gdy wołano Ewkę do tablicy – a była tylko jedna, czyli ja – a Ewka w najlepsze czytała książkę pod ławką albo dumała o niebieskich migdałach. Na studiach już oswoiłam sytuację. Utarło się, że służbowo jestem Ewa, priv Aga. Znajomi wołali do mnie Ewka tylko gdy chcieli stanąć mi na odcisk ;)

Jako nastolatka marzyłam, że gdy skończę 18 lat dokonam urzędowej zamiany imion. Bo totalnie utożsamiam się ze swoim drugim imieniem. Uwielbiam to imię, a „Ewy” nie lubię... Ale jakoś mi przeszło i teraz nie jest to już dla mnie jakiś problem.

Tylko przed ślubem poprosiłam księdza aby koniecznie wyczytał moje dwa imiona, bo jakby miało być tylko „Ja Ewa biorę sobie...” to nie wiem czy bym miała poczucie, że się wzięłam byłam i wydałam za Mareckiego :P
Ten totalny galimatias z imionami spowodował, że nie lubiłam obchodzić imienin. No ale weź człowieku i w kraju gdzie świętuje się dzień patrona – imiennika i nie obchodź imienin! Rodzina uparcie świętuje tą nieszczęsną Ewkę ;) 24 grudnia – wiadomo. A kuleżanki wymyśliły, że mam świętować Agnieszkę kwietniową. Razem z Markiem.
I tak zostało.
Ja zbytniego znaczenia do tych dat nie przywiązuję, dlatego gdy dziś spadł na mnie deszcz telefonów, smsów i ustnych życzeń imieninowych, dziękowałam stokrotnie i uroczyście wszystkich zwalniałam z obowiązku pamiętania o mnie w dniu 20 kwietnia :D
Na dobre słowa i serdeczne życzenia każdy czas jest dobry :)
Tak więc i tutaj za wszystkie ciepłe życzenia dziękuję –
Z uściskami:
Aga kwietniowa :)

czwartek, 14 stycznia 2010

Boks trenuję, a co!

Pierwsze dni roku mijają pod znakiem boksu.
Boksuję
się z zimą gdy przedzieram się przez zaspy do pracy, do sklepu, i tu, i tam. I okazuje się, że wszystkie buty mam śliskie.
Boksuję się z synami bo nie chcą nosić ciepłych gaci, gdy na dworze siarczyste minus 18.
Boksuję się z chorobą – bo przyatakowała gwałtownie i silnie jakby się właśnie w zimę tegoroczną zapatrzyła.

Boksuję się z pakowaniem. Bo_ponieważ_gdyż – jak mawia jeden z moich synów gdy chce sprawę klarownie naświetlić – obiecałam sobie solennie, że żadnych dupereli na nowy domek nie zabieram, wywalam wszystkie durnostojki–kurzołapki itepe itede. No ale kurczeee... to nie jest takie proste gdy za każdą wspomnianą durnnostojką stoi jakaś historia, wspomnienie lub jego cień... Tak trudno się rozstawać... Z miniaturowym flakonikiem, mosiężnym kieliszeczkiem, miedzianą ramką, malowaną butelką, dzbanem, który pamięta się z czasów dzieciństwa, zegarem sprezentowanym przez... Yh... Natura z człowieka wyłazi, oj wyłazi. Póki co, pakuję w pudła, markerem opisuję i pójdzie wszystko na strych – na zasadzie – możę_się_jednak_przyda. No. A strych dużaśny.
Grunt to znaleźć usprawiedliwienie dla swej niekonsekwencji. Hyhy.

Z czym się jeszcze boksuję? O czym nie wspomniałam?
Bingo!
PRACA!
Czyly (jak mawia mój kolega) boksuję się ze scenariuszem kabaretowym na imprezę mega_ważną. A konkretnie jak to w pracy mojej bywa – boksuję się z dzieciorami–artystami moimi kofanymi ;)
Oni tworzą, ja wycinam, oni się wściekają, ja się wściekam i tak nam się cudnie współpraca układa.
Bo najważniejsze to nie stracić motywacji [Sealed]
Dziś coś się tam konkretnego wyłoniło. Ja po raz pierwszy rzekłam do nich:
– No widzę światełko w tunelu.
Oni z przekąsem rzekli:
– No wreszcie.
I z tą optymistyczną konkluzją się rozstaliśmy.
Do jutra.
... gdy boksu ciąg dalszy zapewne nastąpi!

niedziela, 10 stycznia 2010

Do d...

A gdzieś mam już te widoczki zimowe, bałwanki nieulepione i kuligi zaplanowane.
Nienawidzę zimy, bo okrutnie dręczy moją skórą...
Wymknęła mi się spod kontroli.
Skóra.
Boli... Jak komuś opisać co to jest ból skóry...
Nie potrafię.
Yh...
Idę sobie popłakać.

sobota, 9 stycznia 2010

Już za chwileczkę...

Jeśli ktoś ostatnimi laty narzekał na brak zimy z całym dobrodziejstwem jej uroków, no to teraz ma z nawiązką.
Według mnie zima najlepiej komponuje się z ramą okienną. Ja tu, a zimowy entourage po drugiej stronie – to mi się podoba. Jeśli dodać do tego zapach utkany z kawy latte i ciepłej szarlotki z truskawkami, muzyczkę w tle i smakowitą książkę, to ja dziękuję i nic więcej do szczęścia nie potrzebuję...
... szczególnie w ten przeraźliwie zimny, wietrzny i lodowaty dzionek. Brr...
Chwilowo za oknem mało malowniczy widoczek złożony z bloków, ulicy zakamuflowanej brunatną warstwą rozjeżdżonego śniegu i samochodów, ale już za chwileczkę, już za momencik...

wtorek, 5 stycznia 2010

Zawieszona

Jakby zawieszona w czasie jestem. Hibernuję się przed nawałnicą obowiązków i ogromu powinności, i jeszcze tego co MUSZĘ, MUSIMY w ciągu najbliższych niecałych już dwóch miesięcy. Wiem dobrze, że niepotrzebnie tracę energię na takie przedwczesne niepokoje, ale rozum swoje a ja swoje, cholera jasna. Jakby dwa oddzielne twory, też coś.

2010 – dziwnie te cyferki wstukuje się na klawiaturze.
Wciąż muszę pilnować się nad ilością i kolejnością wbijanych zer.
Jaki będziesz...