czwartek, 14 stycznia 2010

Boks trenuję, a co!

Pierwsze dni roku mijają pod znakiem boksu.
Boksuję
się z zimą gdy przedzieram się przez zaspy do pracy, do sklepu, i tu, i tam. I okazuje się, że wszystkie buty mam śliskie.
Boksuję się z synami bo nie chcą nosić ciepłych gaci, gdy na dworze siarczyste minus 18.
Boksuję się z chorobą – bo przyatakowała gwałtownie i silnie jakby się właśnie w zimę tegoroczną zapatrzyła.

Boksuję się z pakowaniem. Bo_ponieważ_gdyż – jak mawia jeden z moich synów gdy chce sprawę klarownie naświetlić – obiecałam sobie solennie, że żadnych dupereli na nowy domek nie zabieram, wywalam wszystkie durnostojki–kurzołapki itepe itede. No ale kurczeee... to nie jest takie proste gdy za każdą wspomnianą durnnostojką stoi jakaś historia, wspomnienie lub jego cień... Tak trudno się rozstawać... Z miniaturowym flakonikiem, mosiężnym kieliszeczkiem, miedzianą ramką, malowaną butelką, dzbanem, który pamięta się z czasów dzieciństwa, zegarem sprezentowanym przez... Yh... Natura z człowieka wyłazi, oj wyłazi. Póki co, pakuję w pudła, markerem opisuję i pójdzie wszystko na strych – na zasadzie – możę_się_jednak_przyda. No. A strych dużaśny.
Grunt to znaleźć usprawiedliwienie dla swej niekonsekwencji. Hyhy.

Z czym się jeszcze boksuję? O czym nie wspomniałam?
Bingo!
PRACA!
Czyly (jak mawia mój kolega) boksuję się ze scenariuszem kabaretowym na imprezę mega_ważną. A konkretnie jak to w pracy mojej bywa – boksuję się z dzieciorami–artystami moimi kofanymi ;)
Oni tworzą, ja wycinam, oni się wściekają, ja się wściekam i tak nam się cudnie współpraca układa.
Bo najważniejsze to nie stracić motywacji [Sealed]
Dziś coś się tam konkretnego wyłoniło. Ja po raz pierwszy rzekłam do nich:
– No widzę światełko w tunelu.
Oni z przekąsem rzekli:
– No wreszcie.
I z tą optymistyczną konkluzją się rozstaliśmy.
Do jutra.
... gdy boksu ciąg dalszy zapewne nastąpi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz