sobota, 27 lutego 2010

Akumulator

Niektórzy ludzie są jak elektrownia jądrowa zdolna ogrzać ze trzy Warszawy i okoliczne wsie z przysiółkami. Przy nich w szarości dnia widzi się przebłysk słońca, a w najdłuższym tunelu – upragnione światełko. Zarażają uśmiechem, radością, pogodą ducha, nieprawdopodobnym OPTYMIZMEM. Przy nich ma się wrażenie, że można Bałtyk z Giewontem zamienić miejscami – a co tam!
Takim ludzikiem jest Ania.
Oj podładowałam przy niej baterię co się zowie Agusia_R–38 :)

I zabrzmiało z całą mocą Led Zeppelin i AC/DC... a gdy cichło to strzelał ogień w kominku... Marecki w ramonesce z tamburynem – oj widok bezcenny. Tomasz jako naczelny dokumentalista wszystko na kamerce utrwalił ku potomności. A rano na targ podążył by gumo_filce zakupić, bo w obecnym stanie naszej drogi dojazdowej to jedyne rozsądne obuwie :)
Sądząc po roztopach – wiosna na przedmieściach proszę państwa:)

piątek, 26 lutego 2010

Pierwsza noc na odludziu

Znowu przeoczyłam zachód słońca.
Codziennie obiecuję sobie, że przysiądę na te 10 minut na kanapie z aromatyczną herbatką i tylko temu widokowi się oddam... Tym bardziej, że okna wciąż gołe bo nie mam na nie pomysłu. Ale znowu coś tam w trakcie mnie oderwało... Od tego zachodu...
I jeszcze świadomość, że mam wrednego męża – w poniedziałek zostawia mnie SAMĄ!!!!!!!!!!!!!!!
Na tym odludziu.
Na całą dobę.
Całe 24 godziny.
Całe 1440 minut.
Całe 86400 sekund.
Dziękuję kochanie.
:)
Podelec.
...
Ej!?
Mam wolną chatę – reflektuje ktoś na noc?
:)
ups... dwóch facetów będę jednak miała. I Berniego na dokładkę. Ale Berni to już inna historia :)

wtorek, 23 lutego 2010

Dziwnie mimo wszystko

Wreszcie rozprawiłam się z mega byczą stertę rzeczy_do_prasowania. Pomógł mi w tym niezawodny na wszystko, jak się okazuje, dr House sezon number two. No szkoda, kurcze, szkoda, że jeszcze jakiegoś super_hiper_nowoczesnego ustrojstwa nie wynaleźli do automatycznego prasowania. I mycia okien. Chociaż chyba do prasowania bardziej bym chciała :D

A wiosny to u nas wcale nie czuć i widać zresztą też nic a nic. No topi się śnieg, syf pobudowlany odsłania. Słońce zachodzi malowniczo i ponoć tak samo wschodzi – wg słów Mareczka, bo ja wówczas słodko śpię :D

Tak naprawdę wciąż mi dziwnie... tu...

piątek, 19 lutego 2010

Odgruzowanie

Powoli, systematycznie trwa odgruzowywanie. Nawet widać efekty. Szczególnie w pokojach chłopaków i salonie. Kuchnia, garderoby i łazienki na szczęście od początku były uporządkowane. Najgorzej wygląda nasza sypialnia gdzie króluje materac obstawiony ze wszystkich stron książkami, płytami CD i sama nie wiem czym.

W nocy miałam lekki napad paniki. Poczłapałam po ciemku do kuchni na łyk wody dla ochłody. Patrzę sobie na czarność widniejącą za byczym oknem salonowym – patrzę i patrzę... kurcze, a któż to o 3.38 (ha! ma się wszystko mające piekarniki, mikrofale i inne takie) samochodem zapędził się na nasze rozległe, śniegiem po pas usłane, pastwiska? Podchodzę bliżej okna – łomatkobosko – zgasili światło! Gnam z powrotem do kuchni, rzut oka na wspomniane okno – jejuniu! Pali się znowu! Oczywiście obmyśliłam setkę scenariuszy planowanego ataku (z terrorystycznym włącznie) na nasz dom, zanim doszłam, że w oknie salonowym odbija mi się lampa rzęsiście od drogi oświetlająca naszą posesję. A gdy zbliżałam się do okna to własnym ciałem, jakby nie było słusznym :), to odbicie zasłaniałam. Yh... Durna miejska baba na wieś się wyprowadziła, to ma.

Poszłam dziś na spacer by troszkę ludzi zobaczyć, bo od dnia przeprowadzki widziałam ludziów sztuk 4, nie licząc teściów i pani sąsiadki od krówki i cielaczka. O przepraszam byli jeszcze panowie fachowcy–dachowcy. Bo śnieg, który tak malowniczo schodził z dachu zarwał nam z jednej strony rynnę. Tym sposobem dowiedziałam się co to są rynajzy i łezki przeciwśniegowe.

czwartek, 18 lutego 2010

Pierwszy dzień w naszym domu

Hmmm...
Depresja poprzeprowadzeniowa dziś mnie dopadła.
Połowę dnia Marek załatwiał coś_tam_w_pracy – no bo to taka normalka na urlopie załatwiać ważne sprawy w pracy, co nie.
Drugą połowę dnia spędziliśmy na obserwowaniu jak śnieg zjeżdża nam z dachu, odśnieżania zasypanych przezeń dróżek, poszukiwaniu siekiery – nie znalazła się, ładowarek – zlokalizowane. Potem jeszcze pomiędzy jedną a drugą kawą było instalowanie beznadziejnej suszarki sufitowej, której instrukcji obsługi za nic nie mogliśmy obczaić. Humaniści cholera jasna!
Trzecia połowa dnia :P zeszła na kontemplowaniu tego, że to jest jednak nasz raj na ziemi.
Kolejna – na dzieleniu radości z Jędrusiem, który z góry śniegu uformował tor saneczkowy i mięliśmy Vancouver w wymiarze lokalnym.
A na koniec dnia, kiedy mniej więcej przetarłam ścieżki pomiędzy kartonami i workami – wizyta teściów... yh. Szczególnie teściowej: YYYHHH! :P, która usilnie chce nam zafundować okratowanie okien, no bo jak my bidulki tak na końcu świata z takimi przeszkleniami będziemy mieszkać.
Mam wrażenie, że tylko zmywarka jest moim przyjacielem... buu ;(

PS Jakby ktoś nie zauważył to tak nam minął pierwszy dzionek w nowym domu.

środa, 17 lutego 2010

Ostatnia noc...

Lisy robią się coraz bardziej śmiałe. Dziś kiedy zwoziliśmy kolejną (którą? któż to wie) partię pudeł_kartonów_worków, zauważyliśmy wokół domku lisie ślady. Marecki i sąsiadka mówią, że lisie, to im wierzę. Śnieg po kolana, bo Michał sprawdzał, a lisie ślady dochodziły pod sypialnię Jędrka i biegły pod okno łazienkowe. No nie wiem, nie wiem, czy mi się to podoba...
Ostatnia noc w... już_nie_domu, przed nami pierwsza w jeszcze_nie_domu.
Cholernie dziwne uczucie...
bo rok temu było dokładnie tak:



A teraz jest tak:

poniedziałek, 15 lutego 2010

Przeprowadzka

Na okoliczność przeprowadzki w naszym domu rzeczy dzielą się na dwie kategorie główne i liczne podgrupy:

Kategoria 1ZABIERAMY:
Podgrupa a) – zabieramy, bo w tym chodzimy, używamy, chcemy (musimy) nadal to mieć.
Podgrupa b) – zabieramy, bo może jednak się przyda:
na strych?
do przyszłej altany?
na taras?
yyy... no ale to jednak faaajne jeeest!

Kategoria 2WYRZUCAMY:
podgrupa a) – wyrzucamy, no ale jednak zabieramy, bo to jest oldskulowe!
Podgrupa b) – wyrzucamy, no ale jednak zabieramy, bo to jest kultowe!

Słowniczek wg (ag)(em)pełów:
oldskulowe – stare, niemodne, przebrzmiałe, ale fajne, ma swój klimat, budzi trudne do zdefiniowania uwielbienie :]
kultowe – związane z jakimś konkretnym wydarzeniem, sytuacją w życiu, która była kamieniem milowym w dziejach Agi i Marka i oczywiście synów dwóch.

Więc sami rozumiecie – rzeczy oldskulowe i kultowe są nie do ruszenia!

W temacie aura – monotonia i nuda: sypie śnieg. Chociaż na miejscu byłoby określenie o mocniejszej sile wyrazu, ale przeklinać publicznie nie wypada :P
Na starcie życia w nowym domu grozi nam totalny paraliż śniegowy. Zważywszy na zapowiadające się pielgrzymki parapetowiczów perspektywa nieciekawa.

Od środy mój dostęp do neta będzie mocno utrudniony. Być może całkowicie niemożliwy. Dlatego pozdrawiam już teraz wszystkich odwiedzających mojego bloga i trzymajcie za nas kciuki :)

PS. Jakby ktoś w środę rano miał nadmiar czasu, to zapraszam do przeprowadzki – każda para łapek mile widziana :D

środa, 10 lutego 2010

Pustoszeją ściany

Pustoszejące półki, odzierane z różności ściany, ogołacane szuflady i zakamarki wszelakie nie kłamią: przeprowadzka w zaawansowanym toku. Wszystko nabrało przyspieszenia z chwilą gdy Marecki poszedł na urlop. Obudził się w nim – trudny do wytłumaczenia zważywszy na jego wiek ;) i porę roku – przeogromny instynkt wicia gniazda.
W ferworze porządkowania – „bo do nowego domu żadnych śmieci nie wnosimy, kochanie!!!” – zaczął mi tu dziesiątkować moją biblioteczkę i szufladki z pamiątkami. O nie!!! Zaczytanej na amen Sylwii Plath nie dałam, Musierowicz? Ojejku toż się na tym jako nastolatka wychowałam. Rozlatujący się Mickiewicz??? No proszę cię!!! K L A S Y K A!!! Gdy zaś zamachnął się w stronę pudła „do oddania” porozklejanym i zszarzałym tomikiem wierszy Stachury, przesiąkniętym moimi nastoletnimi łezkami tęsknoty za... prawdziwą miłością – czyli jakby nie było kurde mole moim obecnym mężem! – to się zbuntowałam i zakazałam tykać swoich osobistych rzeczy! Wspólnota małżeńska ma swoje jak się okazuje granice! Ale czas zemsty niebawem – jutro przechodzimy do pakowania i segregowania działu muzycznego domu państwa P. Ha! To będę miała pole do popisu. Liczona na metry, miejscami dość cenna kolekcja płyt winylowych, CD, DVD, kaset video, literatury branżowej dostanie się w me żądne krwi rączki, hyhy!

Inna sprawa, że faktycznie przeprowadzka to dobry moment aby przyjrzeć się nagromadzonym przez lata rzeczom. Jak na razie jesteśmy na dobrej drodze dość szybkiego zagospodarowania strychu – bo większość rzeczy tam kwalifikujemy. Czy to ma sens?
Przy okazji buszowania w dokumentach doceniłam dobrodziejstwa prowadzenia rachunków domowych via Internet. O kurcze, ileż to papierzysków było przy tradycyjnym regulowaniu należności. Brr...

A co na naszej prawie_wsi słychać?
Śniegiem z pól zawiało i trzeba było wojować z urzędnikami o spychacz – odśnieżyli :) Z rozpędu nawet dojazd do bramy ogrodowej, która nie kwalifikuje się jako droga powiatowa, wewnętrzna, osiedlowa ani żadna inna. Ale odśnieżyli. Nie narzekamy :)
Sąsiadce „rodzina” się powiększyła – w poniedziałek o 6 rano zdrowe cielątko pojawiło się na świecie. „Łoba zdrowe, pani Agnieszko, i cielątko, i mateńka”.
No.
Poza tym małe lisy, skubańce, podchodzą pod ogrodzenie, bo głodne chyba i wyłażą z pobliskiego lasu. Na szczęście kur nie posiadamy :P
Nadają opady śniegu...


Yyy. Zapomniałam dodać, że grzebanie w zasobach domowych, szczególnie w biblioteczkach ma też pozytywne aspekty. Z pomiędzy książeczek transportowanych z wygodnych półek do dość obskurnych pudełek kartonowych, wysunęła się koperta w kolorze ecru, z napisem: „Od św. Mikołaja”. Zaglądamy, a tam 150 złotych :D
Dzięki święty Mikołaju, z roku nie mamy pojęcia którego :D

poniedziałek, 8 lutego 2010

Kulig! Dzyń, dzyń, dzyń!

Kulig wymyślił Marek.
Nasz przyszły_nowy sąsiad prowadzi gospodarstwo agro, gdzie można pojeździć konno, a zimą skusić się na kulig zakończony ogniskiem. Co prawda Gosia i Jacuś wybierali się na narty, ale na hasło „kulig” zrezygnowali ze snobistycznej hyhy rozrywki i stwierdzili, że wolą sanki. Pogoda sprzyjała. Woźnica wykazał się iście ułańską fantazją. Były ostre zakręty, pęd z górki na pazurki, wywrotki, no bo przecież bez tego kulig nie jest ważny. A koniki dwa piękne dzwoniły dzwoneczkami, śnieg sypał im z kopyta... ech! Pędził ten nasz kulig niczym błyskawica, a Tomek to nawet chciał sprawdzać czy chłopcy mają smoking pod baranicą, aby się wszystko zgadzało z tym co tam kiedyś Skaldowie wyśpiewywali.
Przy ognisku nieletni zapijali kiełbaskę gorącą herbatką z miodem i malinami, a zaawansowani wiekowo ;) gorące wino też z miodem i malinami. Czyli było zdrowotnie.
...a potem nieoczekiwanie kulig przeobraził się w pierwszą ... parapetówkę, a raczej barówkę w naszym nowym domu. To co dzień wcześniej wszystko wysprzątałam obróciło się w niwecz, szczególnie po tym jak Maciuś zatęsknił za śniegiem i usłał cały salon rozdrobnionym styropianem, który jakimś cudem gdzieś wynalazł. Powrót do domów odbywał się od zaspy do zaspy i bynajmniej nie grzane wino było tu przyczyną, tylko jakoś tak fajniej było po zaspach się kotłować.
Za mną fantastyczny weekend w sam raz na załadowany różnościami tydzień. Ale jak mi będzie trudno i belejak to zamknę oczy i może usłyszę echo pędzących sań, tętent koni na ubitym śniegu i dzwoneczki... dzyń dzyń dzyń...
Nasze dzielne kuligowe koniki:



...pędzą, pędzą sanie...


A tak wyglądał powrót do domu ;)


A tu filmiki:
http://agpela.wrzuta.pl/film/4DWeILoE074/leza
http://agpela.wrzuta.pl/film/9iupSAjHpm6/twardzi_jestescie

piątek, 5 lutego 2010

Czas szykować przeprowadzkę

Zima pokazuje swe... powiedzmy, że ludzkie oblicze. Przynajmniej u nas – bo mróz odpuścił, śnieg sypie obficie, ale na szczęście odśnieżarki w tym roku w naszym mieście działają nienagannie – hm... czy to aby nie wybory samorządowe jakieś w tym roku? ;) W każdym razie gdy słońce wyjdzie, zrobi się tak jasno, radośnie, to i energii człowiekowi przybywa. A potrzeba mi jej teraz, oj potrzeba.

W pracy – mega przedsięwzięcie, czyli program na Studniówkę. Dzieciory nawet za długo nie walczyły kiedy czyściłam ich propozycje ze sztyletów, toporów, strzelb i armat wycelowanych w szanowne grono belferskie. Bo szpileczki zostawiłam – no w końcu to ma być kabaret! Wyszedł całkiem zgrabny scenariusz.
Najtrudniej było zbudować zespół. Spowodować, aby poczuli, że na ten krótki moment stają się jednym ciałem, że łączy ich wspólny cel, któremu na imię SUKCES! A potem to już tylko czerwony dywan pod Kodak Theatre w obciachowym ale jednak magicznym holyłudzie! Oskary! Autografy! Paparazzi! No pięknie, po prostu ma być pięknie :)

No.

Myślę, że ideę załapali, a utwierdziłam się w tym wczoraj.
Otóż mam taki „autorski” pomysł, który wprowadzam do programów studniówkowych od kiedy kamerki w fonach i aparatach foto stały się codziennością powszechną i gęsto przez młodzież wykorzystywaną do utrwalania nie zawsze przecież głupich pomysłów [Sealed] Zbieram te filmiki. Potem jakiś sprytny młodzian, pod moim czujnym okiem montuje... coś jakby teledysk do energetycznej muzy. W szkole, gdzie dzieciaki skaczą ze spadochronem, szybują i jeszcze parę innych fajnych rzeczy robią, jest zawsze sporo dobrego materiału. Taki teledysk wyświetlany jest z rzutnika na zakończenie programu, tuż po piosence finałowej. Efekt murowany! Polecam każdemu!
A moi artyści, gdy zobaczyli wczoraj gotowy filmik, to... ha! Nawet chłopaczyska – twardziele co to zawzięcie trenują bicepsy co wieczór na siłce, mieli łezki w oczkach! Wspomnienia! Wspomnienia!!!

A domowo powiem jedno:
P R Z E P R O W A D Z K A :)
Na razie przebiega dwutorowo: sprzątanie po_budowlane (ale to sama przyjemność!!!) i... już mniej miłe: pakowanie, a raczej oczyszczanie się z rzeczy przez lata nagromadzonych_ale_po_co_któż_to_wie?