środa, 10 lutego 2010

Pustoszeją ściany

Pustoszejące półki, odzierane z różności ściany, ogołacane szuflady i zakamarki wszelakie nie kłamią: przeprowadzka w zaawansowanym toku. Wszystko nabrało przyspieszenia z chwilą gdy Marecki poszedł na urlop. Obudził się w nim – trudny do wytłumaczenia zważywszy na jego wiek ;) i porę roku – przeogromny instynkt wicia gniazda.
W ferworze porządkowania – „bo do nowego domu żadnych śmieci nie wnosimy, kochanie!!!” – zaczął mi tu dziesiątkować moją biblioteczkę i szufladki z pamiątkami. O nie!!! Zaczytanej na amen Sylwii Plath nie dałam, Musierowicz? Ojejku toż się na tym jako nastolatka wychowałam. Rozlatujący się Mickiewicz??? No proszę cię!!! K L A S Y K A!!! Gdy zaś zamachnął się w stronę pudła „do oddania” porozklejanym i zszarzałym tomikiem wierszy Stachury, przesiąkniętym moimi nastoletnimi łezkami tęsknoty za... prawdziwą miłością – czyli jakby nie było kurde mole moim obecnym mężem! – to się zbuntowałam i zakazałam tykać swoich osobistych rzeczy! Wspólnota małżeńska ma swoje jak się okazuje granice! Ale czas zemsty niebawem – jutro przechodzimy do pakowania i segregowania działu muzycznego domu państwa P. Ha! To będę miała pole do popisu. Liczona na metry, miejscami dość cenna kolekcja płyt winylowych, CD, DVD, kaset video, literatury branżowej dostanie się w me żądne krwi rączki, hyhy!

Inna sprawa, że faktycznie przeprowadzka to dobry moment aby przyjrzeć się nagromadzonym przez lata rzeczom. Jak na razie jesteśmy na dobrej drodze dość szybkiego zagospodarowania strychu – bo większość rzeczy tam kwalifikujemy. Czy to ma sens?
Przy okazji buszowania w dokumentach doceniłam dobrodziejstwa prowadzenia rachunków domowych via Internet. O kurcze, ileż to papierzysków było przy tradycyjnym regulowaniu należności. Brr...

A co na naszej prawie_wsi słychać?
Śniegiem z pól zawiało i trzeba było wojować z urzędnikami o spychacz – odśnieżyli :) Z rozpędu nawet dojazd do bramy ogrodowej, która nie kwalifikuje się jako droga powiatowa, wewnętrzna, osiedlowa ani żadna inna. Ale odśnieżyli. Nie narzekamy :)
Sąsiadce „rodzina” się powiększyła – w poniedziałek o 6 rano zdrowe cielątko pojawiło się na świecie. „Łoba zdrowe, pani Agnieszko, i cielątko, i mateńka”.
No.
Poza tym małe lisy, skubańce, podchodzą pod ogrodzenie, bo głodne chyba i wyłażą z pobliskiego lasu. Na szczęście kur nie posiadamy :P
Nadają opady śniegu...


Yyy. Zapomniałam dodać, że grzebanie w zasobach domowych, szczególnie w biblioteczkach ma też pozytywne aspekty. Z pomiędzy książeczek transportowanych z wygodnych półek do dość obskurnych pudełek kartonowych, wysunęła się koperta w kolorze ecru, z napisem: „Od św. Mikołaja”. Zaglądamy, a tam 150 złotych :D
Dzięki święty Mikołaju, z roku nie mamy pojęcia którego :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz