środa, 31 marca 2010

Zwyczajnie

Pełnia...
Księżyc wścibskim okiem lustruje zakamarki sypialni. Szuka wolnego miejsca na poduszce. Bladym światłem chłodzi...
Chłodzi.

Żaby...
pośpiesznie dołączyły do obchodów Roku Chopinowskiego i rozpoczęły wieczorne koncertowanie. Tak po prostu, bez zapowiedzi, afiszy, zaproszeń i bloków reklamowych w najlepszym czasie antenowym TV. Jeszcze nie ma komarów, więc można zalec na tarasie i zasłuchać się...

Sąsiedzi...
słowem i gestami przyjmują nas do tej małej społeczności. Czy już jestem „u siebie”?

Olchy...
zasypują taras zeszłorocznymi kotkami, a ja to sprzątam i sprzątam...

Koty... ale te z rzędu drapieżnych z rodziny kotowatych...
polują na myszy i ciekawsko zaglądają w nasze okna. Jakby pytały: „Hej, a wy co za jedni?”



Ł.

...wygląda na to, że na dobre wprowadziła się wraz ze mną do nowego domu. Jej też się tu podoba, bo ani myśli o wyprowadzce...

poniedziałek, 29 marca 2010

Okienne widoki

Trwam w zachwycie dla NATURY – przyznaję, że zbyt egzaltowanym, ale cóż...
Doprawdy to dziwne... mieszkam tylko kilometr dalej od dawnego blokowiska, a czuję się przeniesiona w inny wymiar. Obserwuję jak słońce wspina się coraz wyżej i wyżej, jak wędruje od wierzby do wierzby...
Monotonia? Bo niby tylko łąki i pastwiska???
Hm...
Ze wschodnich okien mam podgląd na konie wypasane przez sąsiada_agro_gospodarza. To te same koniki, które zimą towarzyszyły nam podczas kuligu, teraz osiodłane, kłusują z jeźdźcami po nadwieprzańskim wale przeciwpowodziowym.
Południowe okna wychodzą na wzniosłe olchy, wśród których gałęzi wiją gniazda sroki. A materiał na te swoje ptasie domostwa zbierają na naszym podwórzu.
Największą niespodziankę zgotowało okno północne... z widokiem na bocianie gniazdo. Kilka dni temu Państwo Bocianostwo łaskawie zakończyło zagraniczne wojaże i z powrotem zasiedliło opuszczoną późnym latem siedzibę rodową...



Trwają wiosenne porządki pobudowane.
I tak wiele rzeczy dzieje się „pierwszy raz”...
ognisko... kawa na WŁASNYM tarasie... goście... ciasto z nowego piekarnika...

niedziela, 21 marca 2010

Właśnie TU

Raz dwa trzy zima nie patrzy, myk i temperatura powindowała do 18 stopni! I co?
i... choć jeszcze błoto, choć wciąż za trotuar służą nam elegancko rozłożone deski poszalunkowe, choć resztki zeszłorocznych traw na łąkach wciąż w burej szacie, gałęzie drzew nagie... to...
ziemia pachnie gotowością do ŻYCIA, dzikie gęsi krążą nad naszym domem, a sikorki opanowały rosłe olchy. Rwetes wśród ptactwa, bo sezon budowlany ruszył – wszystkie ekipy zatrudnione do wznoszenia gniazd. A dziś rano – słowo daję, że słyszałam skowronka!
...wychodzę na taras w ulubionym ostatnio obuwiu (gumiaczki :P) i zaczynam CZUĆ dlaczego właśnie TU i dlaczego właśnie TERAZ chciałam ŻYĆ.
................jaaapieerdziu, że sobie pozwolę po czesiowemu ;) .................. obłęd!!!
A to dopiero początek!
PS.
Wieczorem sms:
„Jesteśmy spakowani, jeśli nie będzie problemów na drodze jesteśmy na 9 rano. Przygotujcie jajecznice”
....a ponieważ autorem sms´a był Danielo, którego stać na wszystko, popędziłam do lodówki i stwierdziłam, że owszem, jajek mam aż 8 sztuk, ale boczku zero. A widział kto jajecznicę bez boczasa [Sealed]
...więc po pospiesznej konsultacji telefonicznej okazało się, że to był tylko sprawdzian naszej gotowości bojowej, a na przygotowanie przysłowiowej śniadaniowej jajecznicy na boczku mam aż tydzień albo trzy. W każdym razie – goście jadą :) i doczekać się ich nie mogę!!!

poniedziałek, 15 marca 2010

No to wiosna czy zima?

To są po prostu jawne, mówiąc brzydko, jaja. Za tydzień w kalendarzu stuknie WIOSNA, a co za oknem?

Położyłam się dość późno, bo w telewizorni skusił mnie film zrealizowany na podstawie „Jednorocznej wdowy” Johna Irvinga. A, że ciekawi mnie jak reżyserzy radzą sobie z DUŻĄ prozą, to obejrzałam.
Czasami odrywałam oko od monitora i patrzyłam sobie co tam za oknem się dzieje – to znaczy czy przypadkiem nie atakuje nas jakaś godzilla, wilki, kubańscy terroryści czy choćby lokalne zbirusie.
Jasno jakoś dziwnie było – fakt. Ale film się skończył, zdmuchnęłam świeczki stojące w świeczniku obłożonym korą cynamonu i podreptałam spać. Jasnością za oknem zainteresowałam się rano, gdy mym zaspanym oczkom ukazał się widok taki:



Pani Zimo już_nie_kochana, może pora Pani uświadomić, że my takie widoczki to i owszem wielbimy, ale gdzieś na początku grudnia do lutego włącznie. Potem gotujemy serca na wiosnę, więc bądź grzeczną dziewczynką i ... spadaj!


PS. Bardzo dziękuję Wszystkim za wsparcie :*

sobota, 13 marca 2010

Źle

Zbliżam się do ściany. Pokładana nadzieja w rozpoczętej terapii – topnieje. Intruz stacjonujący na mojej skórze wściekł się gdy tylko poczuł, że rozpoczęłam atak. Wczepił się z zaciętą zajadłością w moją skórą, wystawił kolczaste zasieki, przypala ogniem, wysysa siły i wiarę, że się uda.
Walczy jak ja. Broni się. Tylko jak przekonać wroga, że to MOJA skóra?
M O J A ! ! !
Może powinnam błagalnie zapłakać... z bezsilności... z bólu... proszę... zostaw mnie... choć na jakiś czas. Wiele nie żądam, o więcej nie proszę.

piątek, 12 marca 2010

Cześć, jestem Marek

„Śnieg pada i będzie padał” – radosna „nowina”, kurde mole, z portali pogodowych. To ja nieuprzejmie dziękuję za takie prognozy. Zimo opamiętaj się i spadaj już do cholery! Chcę słońca i wiosny. W trybie natychmiastowym. Wczoraj znowu wokół domku zabieliło się, a ja tej bieli już dość mam.

ps. 22 lata temu na pewnej imprezie u Aśki i Izy pewien chłopak podał mi dłoń i powiedział „Cześć jestem Marek”
Dziś z tym chłopakiem mam dwóch synów, z których starszy ma tyle lat ile miałam lat ja, wówczas gdy jego ojciec mówił do mnie właśnie to swoje „Cześć...”



:)

środa, 10 marca 2010

Mój priv Dr House

Stoję w przyjaznej mi przychodni i czekam na życzliwego lekarza, który przepisze receptę na maść natłuszczającą. Bo moja do bólu sucha skóra chłepcze tę tłustość niczym przysłowiowa Sahara, na której deszcz pojawia się niezwykle rzadko. Otwierają się drzwi i jak huragan w niewielki metraż korytarza wpada Mój_Ukochany_Doktor i tym razem nie jest to Dr House. Uśmiecha się wcale nie jak huragan i patrzy w moje oczy i już wszystko wie:
– To co? Kładziesz się?
– Nieee... Dojeżdżam. Jak zwykle.
– Zwolnienie weź.
– No już mam.
– I dobrze – i swoimi dłońmi ściska moje przedramiona, zmusza by spojrzeć w oczy i stwierdza, właśnie STWIERDZA, a nie mówi, i nie pyta też:
– Wiesz, że będzie dobrze.
– Nooo wieeem... – bez przekonania dukam.
– Żadne nowieeem – przedrzeźnia mnie – tylko TAK!
– Tak – uśmiecham się, bo doktor potrafi zarażać optymizmem.
– No! To cześć – i pognał dalej. Siać spustoszenie w zwątpieniu chorych ludzi w wyzdrowienie.

sobota, 6 marca 2010

Na zwolnieniu

Trzeba pójść na zwolnienie by człek się dowiedział, że praca bez niego żyć nie może. I dzika, choć niezbyt skromna satysfakcja mnie dopada, bo poniektórzy przejrzą na oczka ile barki Agusi dusi :)Na zwolnieniu W sensie obowiązków służbowych, hyhy.

Przy okazji mego chorowania odbyłam propagandową (hihi) rozmowę telefoniczną z koleżanką z pracy na gwałt szukającą wsparcia i pomocy, której zresztą na tyle ile mogłam udzieliłam. Aneta na koniec wydusiła wreszcie to, co chyba było intencją jej telefonu:
– Aga..., może jak wrócisz ze zwolnienia to ty byś się jednak tym zajęła, co?
– Aneta, raczej na mnie nie licz. Lojalnie uprzedziłam szefa, że nie wrócę prędko.
– Ale ci kurde dobrze, też chętnie bym walnęła to wszystko i poszła na zwolnienie.
– Wiesz, a ja bym wolała nie mieć takiego powodu, jaki mam.
– A co ci niby jest?
– Choruję na łuszczycę. Mam duży nawrót choroby.
– No co ty! Ja nigdy nic u ciebie nie widziałam. Ty zawsze tak na długo się nosisz.
– No to teraz wiesz dlaczego.
– Ojej... A na dzieci ci to nie przeszło?
– To nie jest zaraźliwe. Masz męża lekarza, poproś to ci wytłumaczy. Warto to wiedzieć o chorobie, która jest niestety najczęściej występującą chorobą skóry.
– Przepraszam, nie wiedziałam. Byłam przekonana, że jest to choroba kontaktowa.
– Teraz już wiesz. Ważne byś uwierzyła.

Życie bez stresu zawodowego – łaaał – podoba mi się :)

czwartek, 4 marca 2010

Internet hula!

A jednak żem jest pracoholik niepoprawny.
Dziś panowie_bombowcy_Internetowcy zamontowali na dachu garażu takie duże cuś z diodami jak się patrzy antysamolotowymi – no w końcu mieszkam prawie na lotnisku, choć na niby_wsi.
No.
I to takie małe cuś sprawiło, że w całej chałupie, a nawet sporo wokół, hula INTERNET! A więc witaj Świecie :)

I co się okazało?
Pierwsze co? – myk ściągam pocztę.
Ciągnie się 27 wiadomości!!
Serce pika z radości :D Wszystko od szefa.
ŁAAAŁ!!!
Zacieram ręce – wreszcie coś innego do roboty niż tylko odkurzanie, mopowanie, prasowanie, czyszczenie kominka z sadzy, no i... smarowanie :( czy też wyładowywanie zmywary. Juhu!!!
Czy to jest normalne? To co miałam grzecznościowo zrobić przez łykendzior – jest gotowe na jutro.
A potem się dziwię, że mnie w pracy zarzucają robotą.

środa, 3 marca 2010

Nieśpiesznie

Nieśpiesznie mijają dni.
Wiosna gdzieś tam przyczajona za zakrętem, tuż, tuż za wierzbami, ale zima wygraża jej pięścią.
Wsłuchuję się w siebie i staram wyciszyć pulsujące niepokoje...
Odpoczywam od zabiegania, obowiązków, ludzi.