środa, 10 marca 2010

Mój priv Dr House

Stoję w przyjaznej mi przychodni i czekam na życzliwego lekarza, który przepisze receptę na maść natłuszczającą. Bo moja do bólu sucha skóra chłepcze tę tłustość niczym przysłowiowa Sahara, na której deszcz pojawia się niezwykle rzadko. Otwierają się drzwi i jak huragan w niewielki metraż korytarza wpada Mój_Ukochany_Doktor i tym razem nie jest to Dr House. Uśmiecha się wcale nie jak huragan i patrzy w moje oczy i już wszystko wie:
– To co? Kładziesz się?
– Nieee... Dojeżdżam. Jak zwykle.
– Zwolnienie weź.
– No już mam.
– I dobrze – i swoimi dłońmi ściska moje przedramiona, zmusza by spojrzeć w oczy i stwierdza, właśnie STWIERDZA, a nie mówi, i nie pyta też:
– Wiesz, że będzie dobrze.
– Nooo wieeem... – bez przekonania dukam.
– Żadne nowieeem – przedrzeźnia mnie – tylko TAK!
– Tak – uśmiecham się, bo doktor potrafi zarażać optymizmem.
– No! To cześć – i pognał dalej. Siać spustoszenie w zwątpieniu chorych ludzi w wyzdrowienie.

2 komentarze:

  1. Jestem dzis w nostalgiczno-melancholijno-rozedrganym nastroju i dziś Twój wpis spowodował, ze zaszkliły mi się oczęta. Pelusia noo jak możesz mnie dokładać mi emocji więcej, Ty babolcu jeden.....

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Halutek, Halutek, a może to nie tylko mój wpis cię tak nastroił? :P
    Uściski i nie utop się we wannie :P

    OdpowiedzUsuń