sobota, 29 maja 2010

Majowe różności

Odrobina słońca. Obiecuję sobie uroczyście, że popołudnie spędzę na tarasie z książką i kawą z taaaaaaaka pianką spienionego mleka. Owinę się w pomarańczowy koc, stopy oprę o krzesełko, ale wcześniej podłożę pod nie mięciutką poduszeczkę. Kremową. Albo nie – granatową. Bo jest jakby bardziej puszysta. Od czasu do czasu zapatrzę się w zieloną dal – dam odpocząć moim oczom. Od czasu do czasu popatrzę też na mój dojrzewający warzywnik – może nie pęknę z dumy w zachwycie nad wybujałym szczypiorkiem. Uśmiechnę się do mężusia. A może pójdziemy na spacer nad Wieprz? Woda już opada. Może pójdą z nami chłopaki? Chociaż kiedy chcemy ich wyciągnąć na spacer, Michał najczęściej mawia:
– Mamo, na romantyczne spacery chodzi się we dwoje. Nie zabiera się dzieciaków.
Phi. Mądrala.


Dopisane 17 mgnień pięknego (wreszcie!) majowego dnia później

Akurat sobie posiedziałam! Yhyy! Latający z łopatą, taczką, grabiami itp. Marecki skutecznie przyprawił mnie o wyrzuty sumienia. Ja tu się obijam, a on bidulek tyra. Yh. Tak więc nici z zaprogramowanego na lenistwo dnia.
Poprzesadzałam kwiatki, zagoniłam Michała do oprysku na komary, a Jędrka do wytachania sterty tektury po_meblowej na ognisko. Z rozpędu umyłam okno tarasowe sztuk dwa – od trzeciego wybawiła mnie niespodziewana wizyta Wandzi. Zaległyśmy z kawą (ja) i herbatką (Wandzia) z michą truskawek na tarasie i plotu_plotu bo w tym temacie u mnie mocny przestój.
Wieczorem, gdy Marecki litościwie pochował taczki_sraczki rozpaliliśmy ognicho i była kolacja kiełbasiana. Za to w entourage’u świec rozstawionych na tarasie, niezmordowanie rechoczących żab i snującej się gdzieś w dali mgle.
A komarów jakby mniej – czyżby jednak oprysk był skuteczny?

Poproszę o więcej takich dni! WIĘCEJ :)

piątek, 21 maja 2010

Zalewa nas?

– No nie żartuj, już zalane??? – wykrzyknęła z niedowierzaniem Mariola do swojego męża, który wisiał po drugiej stronie telefonu.
– Matko, gdzie zalało? Co??? Mów! Zapytaj go gdzie??? No pytaj!!! Wał przerwało czy się przelało??? – na Mariolę rzucili się wszyscy, którzy tego poranka załatwiali coś tam w sekretariacie. A sekretariat spory, to i ludzi sporo. Atmosfera zawrzała.
– Jeeeju, no cooo wyyy? Ławy fundamentowe nam już zalali – ze spokojem rzekła flegmatyczna zawsze Mariola, która rozpoczęła budowę domu. Nomen omen niedaleczko nas.

Bo właśnie Polskę zalewa.
A my – szczęśliwcy, kurde mole, w czepkach porodzeni – najpierw przeżywaliśmy zimę ze śniegiem po krańce włosów, a teraz wiosnę z wodą ponad korony wałów przeciwpowodziowych.
Wieprz zamienił się w rozległe jezioro – jak zawsze gdy Wisła wylewa i nie przyjmuje dopływów.
Powinnam się bać...
To jednak nie jest normalne mieć u podnóża domu rozlewisko z wód gruntowych, a 200 metrów dalej, tuż za wałem rozlaną rzekę.
Wszystko to w swej grozie, irracjonalnie... zachwycające.
Śmigamy w kosmos, stalowe kolosy latają sobie dookoła świata ponad chmurami, potrafimy zbudować metro w dnie morskim, rozgryźliśmy kod DNA, a Matka Natura pokazuje figę. Tak naprawdę to Ona tu rządzi i „rozdaje karteczki”. Obmywa Ziemię strugami deszczu i posypuje pieprzem popiołu – jeśli tylko ma taki kaprys.
Człowieku, któremu się wydaje, że od Ciebie wszystko zależy i do Ciebie wszystko należy – masz pstryczka w nos.

sobota, 15 maja 2010

Burza!

Pierwsza, wiosenna burza i jednocześnie pierwsza w nowym domku – przetrwana :)
Choć wcale nie była jakaś spektakularna, raczej subtelna i taka jakby grzecznościowa – ot, aby tylko – Jędrek tradycyjnie spędził ją w kibelku bezokiennym, a na przyszłość zaplanował, że w garderobie będzie mu wygodniej. Jędrek źle toleruje głośność. Boi się grzmotów podczas burzy, huku fajerwerków czy salw honorowych – żołnierza to z niego nie będzie. Gdy pies głośno szczeka to też zatyka uszy. Z głośnych rzeczy toleruje tylko ryk silników samochodowych – najlepiej oczywiście Formuły 1.

Ja tam burzę lubię. Oczywiście w zaciszu domowym. Ale kiedyś bywało inaczej...

Pamiętam najpiękniejszą, spędzoną dawno temu z Markiem na werandzie domu, który stał na skraju niewielkiego leśnego zagajnika sosnowego. Błyskawice rozświetlały czarną, bardzo ciepłą noc... Weranda zamiast okien miała kratki z szerokich listewek. Pachniał las... Do dziś to czuję. Zapach... dotyk...

I jeszcze kiedyś w Wiśle. To były nasze pierwsze studenckie wakacje. Aby to podkreślić celowo zaplanowaliśmy wyjazd w góry we wrześniu. Tylko my i nasz przyjaciel Yożak. Tydzień w górach i tylko jeden dzień pełen słońca.
Rżnęliśmy w schronisku w karty „na rozkazy”. Kto przegrywał, zgrywał głupa w wymyślanych przez zwycięzcę zadaniach. Śpiewanie włoskiej piosenki pod łóżkiem w schronisku pełnym ludzi było najbardziej lajtowym pomysłem.
Włóczyliśmy się po lasach i zbieraliśmy grzyby :) Podczas takiego dnia złapała nas burza. Ściana deszczu, wielka wrzawa nad nami, grzmot za grzmotem, całe niebo poprzecinane połamanymi nitkami piorunów. Biegliśmy w tym deszczu środkiem ulicy, mokrzy do majtek, wrzeszczeliśmy na całe gardła gdy tylko wielki łomot spadał z nieba. Kto głośniejszy – MY czy ONA? Nigdy tego nie zapomnę. Tego irracjonalnego uczucia przestrzeni, adrenaliny czyszczącej żyły... Dziś bym w sobie tej odwagi nie miała... do takiej beztroski...

wtorek, 11 maja 2010

Facet to ma fajnie

Zaserwowałam sobie kawkę ze spienionym mlekiem. Spieniacz do mleka to prezent–pamiątka z Krakowa od Tereski. A co tam – kto powiedział, że pamiątką z Krakowa musi być lajkonik czy jakiś tam smok wawelski w miniaturze.

Więc siedzę na tym tarasie, delektuję się kawką z pianką, spoglądam na chwasty, które po majowych deszczach śmigają, że aż miło, obserwuję jak krowy na pastwisku zostawiają nawóz ekologiczny w postaci okrągłych placków i dumam o tym, że:

Facet to ma fajnie. Generalnie fajniej niż kobitka.

Chociaż lubię być kobietą, i w życiu nie chciałabym być facetem, to jednak ONI mają fajniej niż my.

Nikt do nich nie ma pretensji o zmarszczki – widział kto reklamy na zmarszczki dla facetów?

Facetowi czyste i uprasowane ciuchy SAME elegancko składają się na półce, a kobitce jakoś niekoniecznie.

Celullit im się nie zrobi choćby mieli po 150 kilo, pili hektolitry kawy czy piwska z pilotem przed TV, bo skubańce mają inną budowę tkanki łącznej i inną – jak się okazuje lepszą – gospodarkę hormonalną, niż my, bidule wcierające z zapałem kremy antyCe.

W dodatku ONI są z Marsa, a MY z Wenus. A na Marsie to chociaż łazik już był, a na Wenus to co? Nic!

Dla faceta nie istnieje pojęcie napiętego budżetu domowego, bo on MUSI, po prostu MUSI mieć porządną siekierę. Taką co to niby sama rąbie i kosztuje więcej nić czerwone buciki z serii zwanej „buty moich marzeń”.
Kobitka to może sobie kupić na pocieszenie ogrodowe rękawice w kwiatki za całe 2.49 PLN i podskakiwać z niesłychanej radości, bo dostała od faceta bilet na wymarzony (przez Niego) koncert AC/DC.
Sprawiedliwości to na tym męsko_damsko_damsko_męskim świecie nie ma.
Yh.
ps. I dobrze im tak, że łysina im grozi. Chociaż kurde niestety nie wszystkim :]