środa, 30 czerwca 2010

Atak fachowców

Wakacje_tralala, a ja na mordę padam.
Cóż – wakacyjne plany są kasochłonne – więc... na mordę „cza” padać i nie marudzić!
Czasami tylko sobie posłucham kaczej rodziny z rozlewiska obok, klekotu boćków_sąsiadów i innego rozświegotanego towarzystwa. Ostatnio też na elewacji wygrzewała się halusiowa ulubienica :P czyli żmijka malutka. Słodka była, to jej nie pogoniłam.
Tyle w temacie ukojenia po_cywilizacyjnego.
W te cudne okoliczności przyrody wtargnęli nam ponownie panowie_fachowcy_bombowcy i jak to zwykle bywa wszystko dzieje się na raz i na jedno wielkie huuuraaa!
Czyli tak:
– się robią alejki – wreszcie, bo dreptanie po dechach w deprechę mnie wpędzać poczynało;
– się schodki zaczynają ubierać w płytki , a my wyrastać z betonu;
– wykiełkowała trawa, którą oczywiście zapewne panowie_fachowcy_alejkowcy w trymiga zadepczą, buuu...
– ... a bambus na nasze żaluzje wciąż w Azji albo też Bóg jeden wie gdzie, wzrasta. Bo jakoś do nas w postaci deseczek żaluzjowych nie dotarł. A miał być biedaczek pod koniec maja.
– garażu pobudowlanego sprzedać nijak nie możemy. To znaczy możemy _możemy – za mniej niż połowę wartości – dziękuję, poczekam, bez przesady, kurde.

piątek, 25 czerwca 2010

Nudy nie przewiduję

Kilka planów wakacyjnych jest – nie powiem.
Po pierwsze się wyspać.
Potem zarobić troszkę kasy.
Obok łóżka in spe koczuje stosik książek do przeczytania w najbliższych tygodniach.
Zarastający chwastem ogródek zapewni mi codzienną porcję obowiązkowej gimnastyki.
A kwitnące łąki kuszą obietnicą kolorowych bukietów.

Międzyczasie zamierzam uskuteczniać nieustanną kontemplację na tarasie pt. „O kurde jak mi dobrze”.

Nudy nie przewiduję :)

sobota, 19 czerwca 2010

Wandzia i jej żółwie

U Wandzi gromadnie bywszy, pięknem otaczającej przyrody się pozachwycawszy, a żółwiami wodnymi w szczególności. Urody szczególnej w nich jednakże nie dostrzegłszy.
:)
Ale, że to ulubieńcy solenizantki – Wandzi, więc ach i och jakie cudne to to – wolałyśmy, a Wandzia po łbach nas lała, że ją wkręcamy niby. Wandzie nie głupia i od razu widziała, że absolutnie nie podzielamy jej zachwytu dla Fredzia – przewodnika jej żółwiego stada. Uf i szczęście całe :) Bo się żółwie rozmnożyły i nowi właściciele mile widziani. Aczkolwiek Wandzia byle komu ich nie odda i test na żółwich rodzicieli adopcyjnych trzeba u niej przejść. Z uwagi na to, że żadna z nas odpowiedniego akwenu wodnego nie posiada – żółwie bezpiecznie w wandzinym oczku pływają, żrąc sałatę na przemian z wątrobowymi coś_tam_coś.
Poza tym było nam smętnie chwilowo bo coraz mniej nas na tych spotkaniach corocznych... Tereska w Krakowie, Henia pod Lublinem zakotwiczyła. Nie było też Marci bo nieoczekiwany nalot rodziny miała.
Kurcze, że też się ludziska po tym świecie rozłazić muszą, no. Niczym te żółwie po ogródku, gdy je tylko Wanda z wody wyjęła...

środa, 16 czerwca 2010

Wakacje idą

Sezon truskawkowy w pełni.
Sterczę nad michą dojrzałych, czerwonych owoców i obrywam im te szypułki, obrywam. A potem czary–mary fiku–miku i zamykam w małych słoikach aromatyczny smak wczesnego lata. W sam raz na jesienne tęsknoty za słońcem. No i przydadzą się na zlocie w Międzygórzu do dokarmiania halusiowego Pawcia, bo mu żona wiecznie słodkości żałuje :)

Od czasu do czasu zerkam na trzy młode bociany z sąsiedztwa, które nad rzepakowym polem rozpoczęły intensywne szkolenie lotnicze.

Czuję się z lekka niepotrzebna, wyautowana – używając nomenklatury na czasie czyli futbolowej. Faceci w moim domu połączeni jedną pasją – porwało ich wuwuzelowe szaleństwo, zaczarowała nieobliczalna, zwariowana na maxa Jabulani – po prostu piłkarska fiesta. Jestem dostrzegana tylko w momentach dostaw zimnego piwa, coli pełnej lodu i trujących chipsów. Błee!
Aaa i doobrze tam! Chociaż mogę swobodnie pojechać na łąkę chabrowo–makową. Zapatrzyłam się w te chabry i wymalowałam paznokcie na niebiesko. A co tam – lato idzie.
Najdłuższe dni w roku__ najkrótsze noce__ sobótka tuż tuż__ uwielbiam ten czas!
No i wakacje lada dzień. Laba nielada, oj nielada!

sobota, 5 czerwca 2010

Wycieli mi wierzby

Jestem do kwadratu wściekle wściekła!!!
Agencja restrukturyzacji coś tam kuźwa coś, nakazała ściąć wszystkie drzewa, które znajdują się na terenach pastwisk w ramach akcji porządkowania nieużytków. A z takim właśnie terenem graniczy nasza działka, tuż obok której rosną... to znaczy rosły MOJE UKOCHANE WIERZBY!
Wierzby dzięki, którym pokochałam to miejsce przed kilku laty. Chroniły nas przed wścibskimi oczami spacerujących, i od wiatru, i od ostrego słońca. Niczym rama zamykały widok zachodzącego słońca w wyjątkowy i niepowtarzalny obraz.
I już ich nie ma. Chce mi się płakać i czuję się jakby ktoś mnie okradł z czegoś mi bliskiego...
Nawrzeszczałam na facetów, którzy przyszli je wycinać, choć tak naprawdę to wykonywali tylko polecenie. Właśnie – kto takie polecenia wydaje? Przecież te wierzby wzmacniały poniekąd zalewowe tereny. Udało mi się na razie uratować od wycinki trzy drzewa – awantura na pół wsi zrobiła swoje [Wink] Choć teraz już wiem, że pokopane prawo jest po stronie wspólnoty, która mi te ukochane wierzby wycina i guzik ma tu fakt, że je darzę jakimś tam uczuciem. Wrrr...

Jak długo rosną wierzby? Po niedzieli zamierzam zakupić młode drzewka i zasadzić w miejsce tych wyciętych – ale już po NASZEJ stronie – nikt mi ich nie ruszy!!!


–––––––––––––––

Trudne chwile...
Znowu w naszym mieście ogłoszono alarm przeciwpowodziowy. W maju wały Wisły i Wieprza wytrzymały – czy tym razem dadzą radę... Tymczasem Marek bierze udział w akcji umacniania wałów w okolicach Sandomierza... yh... Służba to nie praca. Oby nam nigdy taka pomoc nie musiała być potrzebna...