piątek, 30 lipca 2010

Atak krowy

Nasz ogród wciąż nie przypomina ogrodu – to tylko kawał ziemi z obietnicą na kwitnącą oazę. Najszybciej rosną w nim chwasty. Czy susza i upał czy deszcz jak nie wiem co – one wciąż bujne w swym wzroście. Gdzieniegdzie wzeszła trawa – ale marne to połacie, oj marne. Zasiałam słoneczniki, które nawet dość licznie zakwitły. Wstaję rano, oczka przecieram, otwieram pachnące drewnem żaluzje i co widzę? Czarno–biała mućka sterczy tuż za moim płotem i w najlepsze wpiernicza co??? Tak! Żółte kwiaty słonecznika!!! Mojego słonecznika!
– A sio! Poszła! – wołam do niej i macham łapami, a ta się patrzy tymi krowimi, wielkimi oczami i dalej mieli i mieli w gębie słoneczniki. Totalnie ignoruje moje próby zastraszenia jej. Gdy zżarła co zaplanowała, odwróciła się powoli swym krowim zadkiem, pacnęła nawozem ekologicznym tuż przy wyjściu na pastwisko –naszej najkrótszej drodze nad rzekę i wreszcie zostawiła w spokoju do połowy obżarte kikuty. Wrr...

Wciąż powstaje ogrodzenie frontowe. Ale już jest w stanie jakby bardziej zaawansowanym. Panowie twierdzą, że jutro finiszują. No super. Bo kończy mi się kolejne kilo kawy, a w sklepie podejrzanie na mnie patrzą gdy tak dzień w dzień zakupuję pokaźne ilości piwa.

Międzyczasie przestaliśmy mieszkać na budowie, w dodatku nielegalnie, że tak po fakcie zdradzę. Nasz domek otrzymał status domku mieszkalnego i adresik. Marek z chłopakami przyczepili wczoraj numer i już normalnie w dżipiesa można nas wstukiwać. I tylko listonosz będzie miał przerypane – na samiuśki koniec wsi pomykać z pocztą dla nas.

niedziela, 25 lipca 2010

Ogrodzenia i ogórki

Pogoda nad morzem się załamała, szaleje sztorm, ludziska pomykają w kurtkach, więc mam na co zwalić decyzję o tym, że morze jednak za rok. Ale za to nie może tylko na pewno tak :D

Tymczasem oddaję się prozaicznie kobiecym zajęciom, typowym dla baby ze wsi:

Systematycznie donoszę piwo „fachowcom od płota” bo ten od frontu naszej posiadłości, że tak z rozmachem rzeknę, powstaje.

Wspieram męża w szykowaniu ekwipunku na suma, który niewiele różni się od tego na szczupaka No może tylko tym, że na suma generalnie chodzi się na noc, więc niezbędna zwiększona porcja jadła i napitków, procentów wiadomych.

Miast leżeć i pachnieć płatkami róż, uwijam się po podwórku, pachnę świeżym koprem, chrzanem i młodym czosnkiem, bo pakuję ogórki w słoje i kiszę, kiszę. Wszak nową piwniczkę musowo na zimę odpowiednio zapełnić. Ogórki kiszę na dworze. Konkretnie na szerokim podeście schodków wejściowych do domu. Obserwują mnie bociany sztuk trzy i niezliczona ilość jaskółek. Nikt nie kwapi się do pomocy, oczywiście. Ale jakoś fajnie się te przetwory pod gołym niebem robi – nie ma pierdzielnika w kuchni, nie ma żalu na los, który to kobietę w kuchni zamyka.




Poza tym goście, goście, goście... Jak to w wakacje.

środa, 21 lipca 2010

Iść na całość?

Już prawie planowałam przeprowadzkę do lodówki, gdy nieoczekiwanie przyszedł upragniony chłodniejszy front i zdmuchnął bezlitosny upał. Woda w rzece ciepła, nie czuć wcale różnicy temperatur gdy się do niej wchodzi.

Kotleciory powrócili z wywczasów z północnej Anglii, konkretnie z hrabstwa Yorkshire. Spędziliśmy wieczór na oglądaniu tysięcy fotek cykniętych przez Tomasza. Doprawdy trudno się oprzeć urokowi krajobrazów, w które wpisane są rozległe wrzosowiska, ruiny średniowiecznych zamków, klasztorów – klimaty wprost z powieści sióstr Bronte.

Tymczasem nas los kusi, oj kusi... Rano zadzwonił kolega, że od niedzieli może nam udostępnić przyczepę zakotwiczoną na okres wakacji na campingu nad samiuśkim Bałtykiem z całym dobrodziejstwem inwentarza. Propozyszyn kusząca jak skurczybyk, ale Mareckiemu kończy się akurat urlop. Hm... międzyczasie pijąc kawkę w zaciszu tarasu, dowiadujemy się, że mąż_pan był oto otrzymał 3 dni nagrodowego urlopu. Plus weekenddzior i można wypad nad morze robić.
Tylko właśnie – iść na całość, raz się żyje, pieprzyć różne zobowiązania i jechać posłuchać szumu fal, poczuć ten piasek pod stopami? Czy zdroworozsądkowo zostać i biegać nad rzekę?

Oj czuję, że będzie trudna narada rodzinna.

piątek, 16 lipca 2010

Spiekota lata

Kiedy lato wchodzi w fazę upałów tropikalnych, zawsze chodzi za mną piosenka BREAKOUT’ów:

„Spiekotą lata pachną dłonie jej,
spiekotą lata pachną piersi jej.
Kiedy jest zimno idę do niej
i ona daje mi lata żar.
Spiekotą lata pachną usta jej,
spiekotą lata pachną włosy jej...”

do posłuchania tutaj –––» Spiekota

Tak się czuję... pachnąca spiekotą lata, dojrzałą, rozgrzaną łąką, ukołysana cykaniem świerszczy...
Wieczorami, gdy słońce opadnie nad horyzontem chodzimy nad rzekę. Siadam na pomoście, macham nogami nad wodą i nawet komary nie są w stanie zepsuć mi dobrego nastroju.

sobota, 10 lipca 2010

Jestem tu gdzie jestem i dobrze mi tak



Niby fasolka, co nie. Ale to tylko pozory. To jest NAJWSPANIALSZA fasolka szparagowa pod słońcem. A dlaczego? A dlatego, że wyrosła na MOJEJ ziemi, własnoręcznie przeze mnie zasiana. W głowę zachodzę, jak mogłam mając 10 lat działkę nic na niej nie siać? Oprócz astrów i maciejki rzecz oczywista???
To teraz nadrabiam. Nie ma nic smaczniejszego i bardziej aromatycznego od sałatki z własnej grządki: pomidorków, szczypiorku, koperku i sałaty rukoli – dziękuję Eluś za nasionka :*

A wczoraj gdy tę fasolkę zerwałam z krzaczków, usiadłam na tarasowych schodkach, obrywałam końcówki i z każdą chwilką nabierałam pewności , że dobrze się stało, że jestem tu gdzie jestem i nigdzie indziej iść nie chcę.

Lipcowe dni... cudne słońce, zapach lata... upał może i dokuczliwy, ale po doświadczonej zimie i wiośnie nie narzekam. Cieszę się ciepłem.

czwartek, 8 lipca 2010

Bilans

Bilans ostatnich dni:
Na wadze: minus 2 kg – bo wte i wewte rowerem zapierdzielam z 5 razy dziennie – a wszystko przez nabrane dodatkowe prace. Chciałam biznesu stulecia to mam :| ku niezrozumiałej prześmiewczej uciesze męża wredoty. Kilogramów tych akurat mi nie żal – proszę bardzo i więcej – a co mi tam! Ale pozostałych strat żal, jakby ciut_ciut więcej:
Zapas kawy – minus 2 kg.
Zapas cukru – minus 1 kg.
Kasa na koncie – minus kilka dooobrych tysiaków. Te akurat straty pozostają w ścisłym związku z powstałymi alejkami i płytkami na schodkach – fachowiec_budowlaniec_maści_wszelakiej nie tylko piwkiem okazuje się żyje :P Kawkę i owszem, poproszę.
Tak więc, o tak – tyle mej radości co se wyszarpię z dnia kilkanaście minut aby na tarasie nogi myk na poduchę i paznokcie wypiłować, kawę dopić. A książkę, którą normalnie połykam w dzień – czytam już tydzień, buuu, bo czasu wiecznie brak, a nie, że książka do bani.

piątek, 2 lipca 2010

Poukładałam

Upalne lato i bardzo dobrze. Niech wreszcie będzie normalnie, a nie zima w środku jesieni, wiosna zimą, zima latem czy jakoś tak.
Wokół domu wciąż szaleją panowie_alejkowcy_płytkowcy, a wszystko robi się takie poukładane. Na tarasie zawiesiłam dzwoneczki, bo czuję się już tutaj bezpiecznie i wieczorny hałas nie wzbudza we mnie odruchów antyterrorystycznych.
Mogę bezczynnie siedzieć na foteliku, pić kawę z mleczną pianką i czerpać niewypowiedzianą radość z tego jak włosy łaskoczą mi nagie ramiona. Zamykam oczy i cieszę się tą chwilą, oddycham głęboko, bo chcę jak najwięcej tego uczucia wtłoczyć w swoje żyły. Zapamiętać na inny, gorszy czas...
Wiatr na tarasie w czasie upałów to taki bonus od natury.
Zaczęłam też wyciągać pudło z moimi artystycznymi skarbami do plecenia obrazków i takich tam :) Wraca wena! Hm... właściwie to była cały czas tylko spełniała się w innym zakamarku moich pomysłów na życie. We mnie też dużo poukładania :)
Optymizmu.
Energii.
Miłości.
Pewności.

dzyń... dzyń... dzyń...

Coś mi się przypomniało:

W ramach integrowania się z lokalnym środowiskiem wiejskim, poszliśmy na „wianki” organizowane corocznie przez naszą wieś_nie_wieś, bo tak naprawdę to osiedle (!!!), a nie żadna wieś.
No dobra. Ja tam swoje wiem – jak za miedzą mam konie, krowy, kury i koguta co napitala codziennie kukuryku o 4.22 to jest wieś, a nie osiedle!
Więc poszliśmy na rzeczone wianki, a tam TAAAAAAAAAAAKIE ognicho uszykowane. A z czego? A z moich_nie_moich wierzb :]
I wiem, że to wredne, ale dzika satysfakcja mnię była ogarnęła, gdy się ów stos olbrzymi za nic rozpalić nie chciał. Musiano podlać ze 3 kanistry benzyny, by wreszcie zapłonęło. Bo te wierzby powinny nadal rosnąć pod moim płotem i pysznić się w moim zachwycie, a nie spopielać ku uciesze zaprawionej piwem gawiedzi :) Nie powiem – ja tyż lekko zaprawiona byłam, a co!

A skoro o wierzbach mowa:
Po tej awanturze w czasie wycinki, pozostawiono trzy wierzby. Jedna padła pewnej nocy powalona przez wiatr podczas burzy, gdy na tarasie rozświetlonym świecami świętowaliśmy z Kotletami czterdziechę Marka. A dwie stoją i według wyliczeń naszego geodety – są w granicach naszej ziemi!!! Teraz ruch po stronie wspólnoty od pastwiska :) Mówiąc krótko – sprawa nadal otwarta.