poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Skrótem na przemówienie

Skrótem na przemówienie
czyli relacja z XIII Zlotu Użytkowników Forum Psoriasis
Międzygórze 20–22 sierpnia 2010


Relację dedykuję wszystkim, którzy biedronkowali na XIII–ym zlocie w Międzygórzu:
Adusiowi, Anji, Agii i jej Słwkowi i Michasiowi, Czapli, Dianie, Dosi, Gojaxx i Piotrowi, Hali z Pawłem i Karoliną, Jackowi, Janince, WebMa(j)sterowi, Krysi49 i Januszowi, Krystynie i Patrykowi, Mago i Arkowi, Mamuśce i Karolince oraz Piotrowi z Maćkiem, Teracotcie i Markensowi, Ramzesowi, Sasquatch´owi i Renatce oraz Władzi, Jankowi i Ewuni, Sebikom czyli czarnejwdówce, Sebastianowi i Oliwce, Shoni i Grzesiowi, Suzi, Rosomakowi, Wkowalowi oraz moim trzem chłopakom :)


To był zlot! Bogaty w atrakcje, wydarzenia, powiedzonka, pełen niespodzianek. Nie wiadomo jak i od czego zacząć. Na pewno problemu nie ma z tytułem. Dlaczego? A to już zasługa organizatorki zlotu Gojaxx, która co chwilę z zacięciem i wielką wprawą wygłaszała przemówienia, podczas których przekazywała ważne informacje. Czasami potrzebowała decyzji grupy w jakiejś sprawie, ale jak przystało na wielbicielkę demokracji (sic!) i tak jej zdanie było ostatnie i chwała jej za to J A skąd skróty? Bo Gosia w czasie wędrówek co chwilę wyszukiwała ciekawych, jej ukochanych tajnych szlaków „na skróty”, zaś jej skrót samochodowy w drodze powrotnej ze Szczelińca przejdzie do historii zlotów jako zakręt śmierci – 180 stopni i w dodatku prawie że nad przepaścią. I zapewniam, że „prawie” tym razem wcale nie czyniło różnicy. Kotlina Kłodzka obfituje w liczne drogi, objazdy, skróty właśnie, ale niestety wątpliwej jakości, chociaż o ogromnej malowniczości.
Śmialiśmy się, że ten zlot jak żaden inny dzielił się niespodziewanie na: przedzlot, zlot i pozlot. A wszystko dlatego, że bardzo dużo osób zdecydowało się na dłuższy pobyt w naprawdę przepięknej Kotlinie Kłodzkiej położonej w Sudetach Środkowych, na południowo–zachodnim krańcu Polski. Co i raz do naszych komórek pukała czeska telefonia.
Zanim zlot rozpoczął się na dobre i tuż po jego zakończeniu część ze zlotowiczów zwiedziła Kopalnię Złota w Złotym Stoku, Polanicę Zdrój (gdzie niestety rozmyła się atrakcja w postaci tańczącej kolorowej fontanny), dzieło średniowiecznej urbanistyki Bystrzycę Kłodzką z zachowanymi murami obronnymi wraz z basztami oraz absolutnie niesamowite Skalne Miasto w czeskich Teplicach ze skupiskami skał, które natura ukształtowała w sugestywne formy. A są wśród nich i wielkie skalne gacie Ducha Gór Karkonosza, i toporek, i wykałaczka, i łeb koński, i co tam jeszcze każdy sobie wypatrzy. Tu kamienne schodki, tam jakiś tunel do przejścia... Wrażenie robią rosnące dosłownie na gołych skałach sosny i świerki. Trudno słowem ogarnąć to co zachwyca oczy!

19 sierpnia 2010
Czwartek przedzlotowy
Szczeliniec, czyli skrótem bliżej


Rano słońce – nic dziwnego, w końcu tyle osób je zamówiło, że usługa musiała zostać zrealizowana. Spotykamy się przed imponującym „Gigantem”.
O miejscu naszego kwaterunku muszę rzec słów kilka, bo budowla to imponująca. Z wyglądu przypomina siedlisko niejakiego pana Gargamela ze Smerfów tudzież Hogwart – Szkołę Magii i Czarodziejstwa wyjętą żywcem z powieści o Harrym Potterze. Powstały w 1882 roku drewniany olbrzym zaskakuje bogatą formą architektoniczną – pełno koronkowych, drewnianych zdobień, podcieni, przejść, labiryntów korytarzy, wieżyczek, balkoników i tarasów. Pod koniec XIX wieku „Gigant” był najchętniej odwiedzanym... luksusowym ośrodkiem sanatoryjnym w popularnej niemieckiej miejscowości letniskowej jaką wówczas było Międzygórze (Wölfelsgrund). Teraz sprawia wrażenie opustoszałego, zapomnianego, ale to tylko dodaje temu miejscu uroku. Pokoje połączone zewnętrznymi tarasami sprzyjają kontaktom... Wewnątrz skrzypi, pachnie starym drewnem i przeszłością... Do naszej dyspozycji była świetlica, w której chętnie zbieraliśmy się wieczorami na „biedronkowaniu”. Za oknami szumiał potok, a właściwie rzeka Wilczki z malowniczo wciśniętym pomiędzy skały wodospadem Wilczki, ale o tym będzie później...
Póki co stoimy wszyscy pod „Gigantem”, gdzie właśnie trwa poranna zbiórka zlotowiczów, a dyscyplina w tej kwestii była jak na zlot niespotykana. Coś takiego, po 13–u zlotach wreszcie nauczyliśmy się punktualności! Wysłuchaliśmy przemówienia Gosi – co tam dziś w planie i takie tam. Gosia mówi, my jej dogadujemy – no ciężkie jest życie łorganizatora. Wreszcie wyruszamy w piękny dzień! Zaczynamy od rajdu samochodowego. Prowadzi Gojaxx, kawalkadę zamyka Ramzes. Wszyscy karnie jadą za Gosią, a gdyby coś – Ramzes ratuje. Podział obowiązków, że hoho.
Kudowa Zdrój. Zanurzamy się w uzdrowiskowym klimacie przepięknego, kwiecistego Parku Zdrojowego, w Muzeum Zabawek przenosimy się w czasy dzieciństwa, puszczamy bańki mydlane i każdemu micha śmieje się od ucha lewego do ucha prawego i na odwrót. Zresztą to przypadłość całozlotowa – ten dziwny uśmiech w te i wewte.
Wcześniej mamy sporo wrażeń w Kaplicy Trupich Czaszek. Pozostaliśmy w szacunku dla tego niepowtarzalnego miejsca spoczynku wielu istnień ludzkich, ale już obsługa mocno uczulona na fotografujących (nawet z zewnątrz) przypomina nam niedorzeczne czasem szkolne zakazy i nakazy, no i chcąc nie chcąc wywołuje w nas uśmieszki i dowcipne komentarze, ale takie po cichutku; grzeczni byliśmy. Naprawdę! W drodze powrotnej Piotruś gojaxxowy z charakterystycznym dla siebie urokiem obdarza swą żonę, a naszą organizatorkę, kwieciem ujmującym w swej skromnej urodzie. Że niby wielki kwiat dla wielkiej kobiety. Kobieta lubi być generalnie kwiatami obsypywana więc nie ma co dziwić się radości Gosi. Imponującej stokrotki zazdrościły wszystkie zlotowiczki.
Wzmocnieni wodą zdrojową i posileni innymi specjałami wracamy na szlak, czyli Panie Panowie przed nami hit dnia!!! Karłowo i wejście na Szczeliniec Wielki, który jest najwyższym (919 m n.p.m.) szczytem Gór Stołowych.
Zdobycie Szczelińca to po prostu wspaniała zabawa! Odnosi się wrażenie powrotu w świat dziecięcych wędrówek po tajnych przejściach, „bazach” niedostępnych dorosłym. Na szczyt prowadzi wędrowców kręty szlak składający się z 665 schodów – nie liczyliśmy, wierzymy przewodnikom [Wink] Po drodze mijamy niezliczone skały o fantazyjnych kształtach. Niektóre posiadają nazwy nawiązujące do posiadanego kształtu, np. Wielbłąd, Słoń, Wiewiórka, Zamurowana Świnka, Tron Liczyrzepy, ale najfajniejszy jest Małpolud – naburmuszona skalna Małpa patrzy sobie hen ponad płaskie szczyty! Przechodzimy wykutymi w skałach schodkami, przez głębokie szczeliny, labirynty, tunele, zagłębienia, których nazwy działają mocno na wyobraźnię: Piekło (najgłębsze), Ucho igielne, Diabelska Kuchnia, Czyściec. Wreszcie docieramy na wypłaszczony szczyt, do tarasów widokowych, gdzie wiatr targa włosy, a pejzaże przywodzą na myśl tylko jedno: „o rany, jak tu pięknie!”. Przed nami wspaniała panorama obejmująca większość pasm górskich polskich i czeskich Sudetów. Podziwiamy. Jest naprawdę pięknie! Zachłannie wdychamy czyste, rześkie powietrze.
Podczas wędrówki zakamarkami Szczelińca połączyła nas konspira – co sprezentować Gosi w podziękowaniu za czas i serducho włożone w przygotowanie zlotu? Właściwie „CO” to wiadomo: czymże można obdarować szaloną kolekcjonerkę dzwonów, dzwonków i dzwoneczków? Tylko jak się wstrzelić by nie ustrzelić takiego jaki już ma? Wraz z Piotrusiem–Sasquatchem i Czaplą–Justynką w spisek wciągamy Piotrusia gojaxxowego (Piotruś gojaxxowy to zaś totalnie inna histoooria!!!) i tym sposobem niczego nie świadoma, zagadywana przez wszystkich Gosia, spowalniana w marszu, staje się przyszłą posiadaczką potrójnego, pamiątkowego dzwonka ze Szczelińca. Bo Szczeliniec był ach i ech! I jeszcze och!
U podnóża Szczelińca na straganie, których pełno, jak to zwykle w turystyczny dzień targowy kilkoro zlotowych ludków zaopatrzyło się w chińskie kapelutki i tym sposobem wydało się, że tę część zlotu sponsorował Fundusz Wczasów Pracowniczych Pól Ryżowych (prawa autorskie – teracotta). Radości z tych kapelutków było co niemiara!
Powrót do Międzygórza obfitował w liczne drogowe atrakcje przebiegające generalnie pod hasłem: skrótem bliżej! Wyścig Formuły 1 po ulicach Monte Carlo niech się chowa – dziękujemy za te siurpryzy mrożące krew w naszych starganych stresem żyłach.
Wieczorem grill. Piotr–Sasquatch świeci światełkiem, a wszyscy mają chrapkę na grillowaną cukinię, z domowego ogródka Władzi i Janka. Kiełbasa jest przecież taka powszednia... Kochane dobre duszki grillują cienkie płatki cukinii i kiełbaskę dla wszystkich leniwców – dziękujemy Wam kochani [Smile]
Po grillu komu by się chciało spać – e tam – śmigamy więc do świetlicy „Giganta”. A tam harce, śpiewy, hulanki i swawole – ale grzeczne ogólnie rzecz ujmując [Laughing] Zresztą Piotruś gojaxxowy skrupulatnie wszystko obfotografował. Tuż po północy dzwonimy do Rumi i śpiewamy jej głośnie i donośnie „Stooo laaat!” bo właśnie rozpoczął się dzień jej kolejnej 18–tki. Zaraz potem idziemy spać. No naprawdę – niesamowita dyscyplina na tym zlocie była, hyhy

20 sierpnia 2010 piątek
Wreszcie mamy zlot :) Igliczna i niespodzianki


Oficjalne rozpoczęcie zlotu i zaczynają się przemówienia Gosi. Z braku trybun, ambony tudzież innej mównicy, Gosia wskakuje na jakieś murki, albo pieńki, skałki i co tam sobie upatrzy. A my słuchamy, czasami się zgadzamy, czasami udajemy, że nie – tak pro forma, aby przypadkiem organizatorka nie miała zbyt łatwego życia.
Słońce i doskonałe samopoczucie towarzyszą nam gdy wyruszamy na Igliczną (845 m n.p.m.). Szlak prowadzi przez zaporę wodną, wcześniej przechodzimy mostkiem przerzuconym nad rzeką Wilczki i po raz pierwszy robimy wielkie WOW! Jak pięknie! A na kolana rzuca nas wodospad Wilczki nad rzeczką Wilczki – tą samą, która tak radośnie szumi u stóp naszego „Giganta”. Na szlaku jest cudnie. Co chwilę napotykamy cieniutkie stróżki, szerzej rozlane strumyczki, skaczemy przez nie jak te koziczki albo też dziarsko maszerujemy mocząc stopy... Marudzimy oczywiście, że co tak stromo (jakby w górach miało być płasko), Gosia nas oszukuje, że to ostatni albo też jedyny taki ostry kawałek podejścia:
– Gosia mówiłaś, że już ostrych podejść nie będzie!
– Kłamałam – odpowiada roześmiana Gosia. Więc się śmiejemy i idziemy dalej.
Odkrywamy też, że o kurcze tu są grzyby! I zaczęło się grzybobranie, które swą kulminację osiągnęło podczas drogi powrotnej ze Śnieżnika, ale to było nazajutrz. Na szczycie Iglicznej postój w schronisku na dłuuugaśne pogaduchy, kawę, piwo i takie tam różności, które każdy lubi. Oczywiście z widokiem na kojące oko krajobrazy ciągnących się pasm górskich. W Sanktuarium „Marii Śnieżnej” na górze Iglicznej... Ciii... to czas prawdziwie dyskretny... odchodzimy... Z tej części zlotu relacji nie ma...
Wracamy przez Ogród Bajek, gdzie odwiedzamy Bolka i Lolka, Koziołka Matołka i Shreka też. Wciskamy się do Domków Miłości, Szczęścia, czerpiemy ze źródełka rozkoszy i czytamy niezliczoną ilość sentencji Ogrodu Bajek wypalonych na drewnianych deseczkach, ot choćby takie: „Róbta co chce ta, ale nie tutaj”, „Wychodząc z siebie zbytnio się nie oddalaj”, „Wykształcenie nie piwo, nie musi być pełne” [Laughing]
Trasę kończymy nad wodospadem Wilczki. Wsłuchani w huk wody spadającej kaskadą w dół pomiędzy zalesionymi stromymi skalanymi zboczami, odpoczywamy po długim wędrowaniu.
Wieczorem znowu grill, tym razem bez cukinii, ale za to z niespodziankami i częścią artystyczną czyli premierą piosenki „Kto na zlocie musi być!”. Tajnos–agentos próba odbyła się w jednym z „gigantowych” pokojów.
Wcześniej pierwsza z licznych niespodzianek tego wieczoru. Jacek obdarowuje dwie kobiety góralskimi, ślicznie haftowanymi papuciami: jedną kobietkę o najmniejszym i drugą o największym rozmiarze buta. Padło na sebikową Oliwkę i Janinkę. Gratulujemy dziewczyny! Dziękujemy Jacku za naprawdę sympatyczny gest!
Wieczorem przenosimy się do świetlicy „gigantowej” i biedronkujemy w najlepsze. W tym czasie następuje szereg kolejnych niespodzianek:
– Teracotta z Markensem „metkują” wszystkich zieloną plakietką swojego projektu i wykonania: uśmiechnięta biedronka tuż pod górskimi szczytami z napisem Międzygórze 2010,
– Gojaxx otwiera przesyłkę kurierską od Dosi, z której rozlewa się... miód na nasze serca: czekoladowe piernikowe serca z pyyysznym nadzieniem i miód pitny, który ochoczo po kropelce wlaliśmy w swe serca... to znaczy gardła. Wszystkich paczka mocno zaintrygowała. Raz adres: „biedronek zlot” – brawo firma kurierska, już zapomniałam jaka. Dwa: pudełko – po pampersach.
– Kolejna niespodzianka – Gojaxx stawia! Wieeelką butlę po wodzie mineralnej z kiszonymi ogórkami. Chyba nie muszę mówić, że po chwili pozostało po nich koperkowo–czosnkowe wspomnienie. Chociaż Ramzesik marudził: a smalczyk gdzie?
Po niespodziankach znowu zabawa na całego, ale opisywać nie będę bo mi gojaxx ocenzuruje J Wystarczy, że w jej posiadaniu jest fotograficzny materiał dowodowy autorstwa Piotrusia. Idziemy spać!

21 sierpnia 2010 sobota
Śnieżnik i ognisko
Tradycyjnie spotykamy się pod „Gigantem” na porannej odprawie [Laughing] Pojawia się kolejna niespodzianka – Dosia we własnej osobie, autorka kurierskiej paczki, której zawartość tak ochoczo konsumowaliśmy poprzedniego wieczoru.
Terenowymi samochodami przesympatycznych panów GOPRowców, na raty zajeżdżamy w okolice najstarszego polskiego schroniska „Na Śnieżniku”. Podczas oczekiwania na przyjazd całej grupy trwają rozmowy, leniwe leżakowanie w słońcu i sesje fotograficzne. Miłe chwile bycia RAZEM...
Wreszcie rozpoczynamy wędrówkę: mieszankę wspinaczki i spaceru wśród zachwycających lasów wzgórza. Świeże, górskie powietrze, słońce, rozmowy – wszystko to działa niczym najlepszy lek na wszelkiego rodzaju stres. Tego nam trzeba! Po drodze wprost z krzaczków zajadamy jagody i zbieramy kamienie ze złotym i srebrnym nalotem.
Śnieżnik (1425 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem polskich Sudetów Wschodnich. Roztacza się z niego rozległa panorama prawie całych Sudetów. Na szczycie znajduje się słupek graniczny o numerze 69/10, a po obu stronach granicy trwa sympatyczna rywalizacja Polscy turyści kontra Czescy: przenoszenie kamieni z polskiej strony na czeską i odwrotnie. My również przerzuciliśmy po kamieniu, a później na takim kamiennym wzniesieniu zrobiliśmy grupowe zdjęcie. Jest w galerii – machamy na nim wesoło do każdego z Was!
Po wejściu na Śnieżnik oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Wygrzewaniu na słońcu nie było końca. A jak wspaniale leżało się w niskich wrzosach... Wianek z nich zapleciony trafił na rękę Diany, która dzielnie dotarła na Śnieżnik. Niestety szpagatu na nim nie zrobiła, ale na świetlicowym biedronkowaniu i owszem.
Oj, jak nam się nie chciało schodzić z tego Śnieżnika. A gdy już wreszcie na szlak wróciliśmy to ogarnął nas szał grzybobrania. I tak kicając po stromych zboczach dotarliśmy nieśpiesznie do Międzygórza. Szybkie odświeżenie pod prysznicem i... pożegnalne ognisko. Już? Przecież nie tak dawno przyjechaliśmy...
Podczas ogniska podziękowaliśmy Małgosi najpiękniej jak umieliśmy za zorganizowanie zlotu. Pośpiewaliśmy... pośmialiśmy się; ostatnie rozmowy... wspomnienia... planowanie kolejnego zlotu.

22 sierpnia 2010 niedziela
Do zobaczenia na kolejnym zlocie!

W niedzielę od rana trwały pożegnania. Rozjeżdżaliśmy się do swoich spraw, obowiązków, ale z ciepłą pamięcią ostatnich wspólnie spędzonych dni.
Są ludzie i miejsca, których się nie zapomina. Takim miejscem pozostanie dla nas Międzygórze, takimi ludźmi – wszyscy Ci, których tam spotkaliśmy podczas XIII Zlotu Użytkowników Forum Psoriasis...
„Nie rób mi tego Aga, błagam cię nie rób” – zaklinała mnie szeptem Gosia gdy na ognisku wywołałam ją do wysłuchania „PRZEMÓWIENIA” wygłoszonego dla niej w imieniu zlotowiczów. Chociaż na koniec, ten jeden raz to Gosia musiała grzecznie słuchać i to bez skrótów!

tekst: agpela
foto: agpela & spółka rodzinna zielona plakietka: teracotta & Markens
W relacji wykorzystano informacje zawarte w przewodniku Marka Perzyńskiego „Ziemia Kłodzka – kod sztuki, wody życia, sanktuaria, zamki, skalne osobliwości”, Wrocław 2009

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––
Zdjęcia ze zlotu oraz relacja w formacie pdf znajduje się w Forumowej galerii
Plik w formacie pdf do ściągnięcia znajduje się tutaj: Skrótem na przemówienie – relacja ze zlotu w Międzygórzu

piątek, 27 sierpnia 2010

Słońca znowu nie ma

Rozpadało się. Wiatrem ostrym zawiało. I dzwonki się roztańczyły na tarasie i zabrzmiały na przemian to dźwięcznie–rurowo, to głucho–bambusowo...
Słońce tylko w postaci słoneczników. Stoją na stole w szklanej butelce udekorowane bezużyteczną kulinarnie natką marchewki. Z własnego ogródka, żeby nie było to tamto, że niby pryskane :)
Mam niemoc twórczą, bo gdyż ponieważ piszę relację ze zlotu i za gardziel chwyta mnie tęsknota. Za latem, przestrzenią, zapachem górskiej łąki, szumem strumienia, ludźmi... Nawet nie jakimiś konkretnymi, ale właśnie tym wspólnym czasem. Zawsze tak jest, że muszę emocje poukładać, uklepać, uporządkować, oswoić zanim przekuję je w kojące wspomnienia... Dopiero potem piszę.
Nie lubię gdy coś się kończy. Coś na co oczekiwałam. Do czego na maleńki sposób dążyłam. Bo jakaś taka pustka później i przepaść. I jeszcze po powrocie garść niespodziewanych informacji tego co będzie w pracy po 1 września. Idzie nowe. I byka trzeba brać za rogi, a jak go brać gdy ja się nawet zwykłej mlekodajnej krowy boję. Serio. Bo one mają jednak te rogi i zżerają mi słoneczniki olewając moje „A kysz, paszła Mućka”.
I grzybów na nizinach nie ma...
A do czorta z tym latem...

środa, 25 sierpnia 2010

Rozsypane

Strasznie mam wszystko rozsypane.
W głowie.
W sercu.
W sobie całej.
Muszę poukładać w odpowiednich segregatorach serca.
Uporządkować w szufladkach i na półkach szarych komórek.
Zamieść tu i tam.
Bo bardzo mnie gniecie bałagan w sobie.

piątek, 13 sierpnia 2010

Hala

Goście byli, pięknem otaczającej przyrody się pozachwycali (przynajmniej tak mówili, no chyba, że kłamali, hyhy) i pojechali pozostawiając po sobie cieplutkie wspomnienia, tęsknotę za wspólną kawą na tarasie, za wędrówkami w słońcu. No i niebieskie kąpielówki Pawcia. Ech.

A było tak:

Oczywiście jeśli ktoś może spóźnić się na przyjazd własnych gości to my jesteśmy w tym perfekcyjni. Byliśmy na zakupach żywnościowych gdy zadzwonili, że oni to właściwie już są. Paw rozważał nawet czy nie dobrać się do moich wciąż zielonych pomidorków koktajlowych, co rosną na tarasie i w nędznej namiastce warzywnika. I tak zamiast my ich witać w progu chlebem i solą to oni nas powitali – na schodkach naszego domku – siedziały takie trzy bidulki miastowe.
Gości wycałowałam, wyściskałam i w trymiga zakwaterowałam ;) nakarmiłam i przeszliśmy do ustalania zasad pobytu:
– muchy każdy zabija sam uważając na świeżo malowane ściany,
– stojący wieszak w łazience do dyspozycji gości, więc rodzina gospodarzy wara odeń,
– rano nikt nikogo nie budzi bo są wakacje, śniadanie raczej bliżej 11 niż np. 9, kto chce wcześniej kawę – robi sobie sam,
– no i Marecki chodzi do pracy więc wieczorami obowiązuje cisza nocna, hehe – akurat ;)

Oczywiście większość zasad była łamana nagminnie – no może z wyjątkiem tej dotyczącej stojaka na ręczniki ;) Po pierwszej nocy Halutek zarzuciła nam, że zostali potraktowani nie fair, bo nie dostali narzędzia obronnego w postaci łapki, no a gołą ręką much za nic nie dało rady łapać. Później to niedopatrzenie naprawiłam i sprezentowałam im śliczną, nową i skuteczną łapkę na muchy w kolorze pomarańczowym. Idealnie zgrywała się ze światłem, które do ich sypialni sączyło co rano słońce poprzez pomarańczową atrapę zasłonki. Wciąż niestety czekamy na rolety. Wrr.

Dni mijały wakacyjnie.
Kąpiel w rzece, wieczorne ognisko, spacerki wśród łąk, lenistwo na tarasie w zapachu lawendowego olejku, no bo przecież lawenda to mi nie wzeszła... Ech...
Karolcia jak na człowieka z fotograficzną pasją przystało wszystko dokumentowała, choć generalnie preferowała zwierzynę gospodarczą wypasaną na pastwisku: konie, krowy i takie tam, kwiatki i badylki wszelakie, pajączki i inne łąkowe robaczki [Sealed]

Troszkę zwiedzaliśmy:

Gołąb
z Prywatnym Muzeum Rowerów Nietypowych i Muzeum Pijaństwa z niezapomnianym kustoszem i przewodnikiem panem Józefem – erudytą uroczo wielbiącym wdzięki kobiece, że tak na marginesie wspomnę. U pana Józefa wszyscy mogliśmy przekonać się, że umiejętności jazdy na rowerze nie posiada się raz na zawsze i człowiek uczy się całe życie.
Kazimierz Dolny z nastawieniem na Wąwóz Korzeniowy, który Halutka postanowiła zdobyć w asyście półtoralitrowej butelki wody lekko gazowanej marki na literę „Ciii”; obowiązkowy spacer po Rynku i krótki postój w piekarni z kogutkami,
Nałęczów, gdzie ojcowie z dzieciorami poszli pomoczyć się w basenie SPA, a my z Halusią zakotwiczyłyśmy na kawce i sobie gadałyśmy...
Ostatniego dnia podążyliśmy w stronę Rezerwatu Królewskich Źródeł w Puszczy Kozienickiej. Deszczowa aura mijających miesięcy spowodowała, że ścieżka do źródełek miejscami zamieniła się w przeprawę wodną. Wszyscy obowiązkowo skosztowaliśmy wody z każdego źródełka i od razu poczuliśmy niesamowity przypływ miłości do bliźniego ;) Leśna ścieżka była tym razem jakaś taka magiczna – całkowicie opuszczona przez zwykle rozgaworzonych turystów. Woda w Zagożdżonce była pomarańczowa, jakby słońce wyprało w nim z koloru wszystkie swoje kiecki ... A potem bawiło się wśród drzew w chowanego...

Kiedy odjeżdżali było mi tak smutno, nostalgicznie...
– Znowu wcale się z Tobą nie nagadałam – powiedziałam do Halutki z wyrzutem.
– Matko, dzień w dzień pytlowały, na necie to samo i jeszcze im mało – mówi na to mój Marecki, Paw mu przytakuje, a my z Halcią tylko na siebie spojrzałyśmy i westchnęłyśmy – no bo czy jakikolwiek facet potrafi zrozumieć kobiety. Ech.



Zrobiłam Halusi na pożegnanie bukiet z kwiatów słonecznika tych, których nie zdążyła zjeść krowa, wetknęłam w niego kilka łodyg nagietków i zielonego młodego kopru. Choć przez kilka dni będzie miała wspomnienie wsi w tej swojej miejskiej dżungli.



Do zobaczenia Kochani wkrótce. Dziękuję za wszystko :* i myślę cały czas o... sama wiesz Haluś o czym :P

W obiektywie pani fotograf Karolci:

wtorek, 3 sierpnia 2010

Ryby to ja nie wypatroszę!

Leniwie się zrobiło.
Nie żeby nie było co robić. Ale właśnie, że tak dużo, to się nie chce. Bo nie wiadomo od czego zacząć. Prace na zewnątrz zostały praktycznie ukończone. Garaż pobudowlany sprzedany (jak zwykle biznes stulecia w naszym wykonaniu) i nagle odsłoniły się taaaakie połacie ziemi do zagospodarowania. Bo jeśli my się nie pospieszymy to już_już w gotowości są chwaściory. Ogrodzenie skończone, choć moim zdaniem dupnie, że tak sobie pozwolę, jest brama osadzona, ale ja tylko kobieta, to się nie znam, co nie. O co zakład, że po pierwszej zimie pójdzie do reklamacji? Ale nie ma co się dziwić. Podczas budowy nauczyłam się jednego – jakość wykonanych prac pozostaje w ścisłej relacji do ilości wypitych na budowie piw tudzież trunków innej maści procentowej.
Wrr!!!

Znowu upalnie.
Chociaż ten upał taki inny niż lipcowy. W sierpniu czuć już zmęczoną pełnię lata. Nawet wiatr pachnie inaczej. No i z kuchennego okna podglądam akcję pod tytułem „żniwa”.

Po zeszłotygodniowych gwałtownych ulewach Wisła zazdrośnie chroniła swego nurtu i za nic dopływów nie wpuszczała. Więc ponownie mieszkam nad rozlewiskiem. Tym razem mniejszym, ale wystarczyło ciut_ciut wody, by zadomowiły się w niej żaby.

Co chwilę mam ręce pełne roboty przy różnistych darach :)
Dziś czekało na mnie wiadro jabłek – takich w sam raz do zesmażenia na jesienną szarlotkę. Wczoraj natomiast, późnym wieczorem była akcja ryby! Kilka kilo jazi i weź to człowieku skrob!!! Błeee.
Ja tylko raz w życiu patroszyłam rybę z bebechów uh... Za czasów głębokiego narzeczeństwa, gdym swemu mężczyźnie chciała mocno zaimponować, że niby dla niego to ja wszystko. Szybko mi przeszło i przyjęłam zasadę – coś kochanie upolował, patrosz sam.
Ryby pyyyszne choć mocno ościste. Solę je, obkładam cebulą, cytryną, gałązkami świeżego kopru i tak na kilka godzin w chłodne miejsce. Potem obtaczam w mące żytniej i smażę. Kilka dorodnych tuszek zamroziłam. Będzie dla Halusi i jej rodzinki – niech zaznają miastowe biedaczki wiejskiego życia :) Chociaż na wszelki wypadek gdyby im te ości jednak w gardle stawały, zakupiłam pstrągi. Bo potem mnie Halcia oskarży żem ją niby chciałam ością rybią ukatrupić.

Ojeju, burza, trzeba zebrać pranie.