piątek, 13 sierpnia 2010

Hala

Goście byli, pięknem otaczającej przyrody się pozachwycali (przynajmniej tak mówili, no chyba, że kłamali, hyhy) i pojechali pozostawiając po sobie cieplutkie wspomnienia, tęsknotę za wspólną kawą na tarasie, za wędrówkami w słońcu. No i niebieskie kąpielówki Pawcia. Ech.

A było tak:

Oczywiście jeśli ktoś może spóźnić się na przyjazd własnych gości to my jesteśmy w tym perfekcyjni. Byliśmy na zakupach żywnościowych gdy zadzwonili, że oni to właściwie już są. Paw rozważał nawet czy nie dobrać się do moich wciąż zielonych pomidorków koktajlowych, co rosną na tarasie i w nędznej namiastce warzywnika. I tak zamiast my ich witać w progu chlebem i solą to oni nas powitali – na schodkach naszego domku – siedziały takie trzy bidulki miastowe.
Gości wycałowałam, wyściskałam i w trymiga zakwaterowałam ;) nakarmiłam i przeszliśmy do ustalania zasad pobytu:
– muchy każdy zabija sam uważając na świeżo malowane ściany,
– stojący wieszak w łazience do dyspozycji gości, więc rodzina gospodarzy wara odeń,
– rano nikt nikogo nie budzi bo są wakacje, śniadanie raczej bliżej 11 niż np. 9, kto chce wcześniej kawę – robi sobie sam,
– no i Marecki chodzi do pracy więc wieczorami obowiązuje cisza nocna, hehe – akurat ;)

Oczywiście większość zasad była łamana nagminnie – no może z wyjątkiem tej dotyczącej stojaka na ręczniki ;) Po pierwszej nocy Halutek zarzuciła nam, że zostali potraktowani nie fair, bo nie dostali narzędzia obronnego w postaci łapki, no a gołą ręką much za nic nie dało rady łapać. Później to niedopatrzenie naprawiłam i sprezentowałam im śliczną, nową i skuteczną łapkę na muchy w kolorze pomarańczowym. Idealnie zgrywała się ze światłem, które do ich sypialni sączyło co rano słońce poprzez pomarańczową atrapę zasłonki. Wciąż niestety czekamy na rolety. Wrr.

Dni mijały wakacyjnie.
Kąpiel w rzece, wieczorne ognisko, spacerki wśród łąk, lenistwo na tarasie w zapachu lawendowego olejku, no bo przecież lawenda to mi nie wzeszła... Ech...
Karolcia jak na człowieka z fotograficzną pasją przystało wszystko dokumentowała, choć generalnie preferowała zwierzynę gospodarczą wypasaną na pastwisku: konie, krowy i takie tam, kwiatki i badylki wszelakie, pajączki i inne łąkowe robaczki [Sealed]

Troszkę zwiedzaliśmy:

Gołąb
z Prywatnym Muzeum Rowerów Nietypowych i Muzeum Pijaństwa z niezapomnianym kustoszem i przewodnikiem panem Józefem – erudytą uroczo wielbiącym wdzięki kobiece, że tak na marginesie wspomnę. U pana Józefa wszyscy mogliśmy przekonać się, że umiejętności jazdy na rowerze nie posiada się raz na zawsze i człowiek uczy się całe życie.
Kazimierz Dolny z nastawieniem na Wąwóz Korzeniowy, który Halutka postanowiła zdobyć w asyście półtoralitrowej butelki wody lekko gazowanej marki na literę „Ciii”; obowiązkowy spacer po Rynku i krótki postój w piekarni z kogutkami,
Nałęczów, gdzie ojcowie z dzieciorami poszli pomoczyć się w basenie SPA, a my z Halusią zakotwiczyłyśmy na kawce i sobie gadałyśmy...
Ostatniego dnia podążyliśmy w stronę Rezerwatu Królewskich Źródeł w Puszczy Kozienickiej. Deszczowa aura mijających miesięcy spowodowała, że ścieżka do źródełek miejscami zamieniła się w przeprawę wodną. Wszyscy obowiązkowo skosztowaliśmy wody z każdego źródełka i od razu poczuliśmy niesamowity przypływ miłości do bliźniego ;) Leśna ścieżka była tym razem jakaś taka magiczna – całkowicie opuszczona przez zwykle rozgaworzonych turystów. Woda w Zagożdżonce była pomarańczowa, jakby słońce wyprało w nim z koloru wszystkie swoje kiecki ... A potem bawiło się wśród drzew w chowanego...

Kiedy odjeżdżali było mi tak smutno, nostalgicznie...
– Znowu wcale się z Tobą nie nagadałam – powiedziałam do Halutki z wyrzutem.
– Matko, dzień w dzień pytlowały, na necie to samo i jeszcze im mało – mówi na to mój Marecki, Paw mu przytakuje, a my z Halcią tylko na siebie spojrzałyśmy i westchnęłyśmy – no bo czy jakikolwiek facet potrafi zrozumieć kobiety. Ech.



Zrobiłam Halusi na pożegnanie bukiet z kwiatów słonecznika tych, których nie zdążyła zjeść krowa, wetknęłam w niego kilka łodyg nagietków i zielonego młodego kopru. Choć przez kilka dni będzie miała wspomnienie wsi w tej swojej miejskiej dżungli.



Do zobaczenia Kochani wkrótce. Dziękuję za wszystko :* i myślę cały czas o... sama wiesz Haluś o czym :P

W obiektywie pani fotograf Karolci:

1 komentarz:

  1. Ech ryczeć mi się chce, dzień był zawsze za krótki, tyle do poczucia, obgadania, dotknięcia...Kocham Was moi Przyjaciele wypróbowani i w ”słońcu” i ”burzy”....Bukiet stoi w centralnym miejscu w saloniku:)

    OdpowiedzUsuń