wtorek, 3 sierpnia 2010

Ryby to ja nie wypatroszę!

Leniwie się zrobiło.
Nie żeby nie było co robić. Ale właśnie, że tak dużo, to się nie chce. Bo nie wiadomo od czego zacząć. Prace na zewnątrz zostały praktycznie ukończone. Garaż pobudowlany sprzedany (jak zwykle biznes stulecia w naszym wykonaniu) i nagle odsłoniły się taaaakie połacie ziemi do zagospodarowania. Bo jeśli my się nie pospieszymy to już_już w gotowości są chwaściory. Ogrodzenie skończone, choć moim zdaniem dupnie, że tak sobie pozwolę, jest brama osadzona, ale ja tylko kobieta, to się nie znam, co nie. O co zakład, że po pierwszej zimie pójdzie do reklamacji? Ale nie ma co się dziwić. Podczas budowy nauczyłam się jednego – jakość wykonanych prac pozostaje w ścisłej relacji do ilości wypitych na budowie piw tudzież trunków innej maści procentowej.
Wrr!!!

Znowu upalnie.
Chociaż ten upał taki inny niż lipcowy. W sierpniu czuć już zmęczoną pełnię lata. Nawet wiatr pachnie inaczej. No i z kuchennego okna podglądam akcję pod tytułem „żniwa”.

Po zeszłotygodniowych gwałtownych ulewach Wisła zazdrośnie chroniła swego nurtu i za nic dopływów nie wpuszczała. Więc ponownie mieszkam nad rozlewiskiem. Tym razem mniejszym, ale wystarczyło ciut_ciut wody, by zadomowiły się w niej żaby.

Co chwilę mam ręce pełne roboty przy różnistych darach :)
Dziś czekało na mnie wiadro jabłek – takich w sam raz do zesmażenia na jesienną szarlotkę. Wczoraj natomiast, późnym wieczorem była akcja ryby! Kilka kilo jazi i weź to człowieku skrob!!! Błeee.
Ja tylko raz w życiu patroszyłam rybę z bebechów uh... Za czasów głębokiego narzeczeństwa, gdym swemu mężczyźnie chciała mocno zaimponować, że niby dla niego to ja wszystko. Szybko mi przeszło i przyjęłam zasadę – coś kochanie upolował, patrosz sam.
Ryby pyyyszne choć mocno ościste. Solę je, obkładam cebulą, cytryną, gałązkami świeżego kopru i tak na kilka godzin w chłodne miejsce. Potem obtaczam w mące żytniej i smażę. Kilka dorodnych tuszek zamroziłam. Będzie dla Halusi i jej rodzinki – niech zaznają miastowe biedaczki wiejskiego życia :) Chociaż na wszelki wypadek gdyby im te ości jednak w gardle stawały, zakupiłam pstrągi. Bo potem mnie Halcia oskarży żem ją niby chciałam ością rybią ukatrupić.

Ojeju, burza, trzeba zebrać pranie.

1 komentarz:

  1. Mój brat była zapalonym wędkarzem.jakimś dziwnym trafem zawsze przywoził taka ościstą drobnice. Ileż ja się tego naskubałam brrrr. Nikt nie zmusi mnie więcej do zjedzenia tych ościstych potworów! Przyjadę z własnym prowiantem :PP

    OdpowiedzUsuń