piątek, 27 sierpnia 2010

Słońca znowu nie ma

Rozpadało się. Wiatrem ostrym zawiało. I dzwonki się roztańczyły na tarasie i zabrzmiały na przemian to dźwięcznie–rurowo, to głucho–bambusowo...
Słońce tylko w postaci słoneczników. Stoją na stole w szklanej butelce udekorowane bezużyteczną kulinarnie natką marchewki. Z własnego ogródka, żeby nie było to tamto, że niby pryskane :)
Mam niemoc twórczą, bo gdyż ponieważ piszę relację ze zlotu i za gardziel chwyta mnie tęsknota. Za latem, przestrzenią, zapachem górskiej łąki, szumem strumienia, ludźmi... Nawet nie jakimiś konkretnymi, ale właśnie tym wspólnym czasem. Zawsze tak jest, że muszę emocje poukładać, uklepać, uporządkować, oswoić zanim przekuję je w kojące wspomnienia... Dopiero potem piszę.
Nie lubię gdy coś się kończy. Coś na co oczekiwałam. Do czego na maleńki sposób dążyłam. Bo jakaś taka pustka później i przepaść. I jeszcze po powrocie garść niespodziewanych informacji tego co będzie w pracy po 1 września. Idzie nowe. I byka trzeba brać za rogi, a jak go brać gdy ja się nawet zwykłej mlekodajnej krowy boję. Serio. Bo one mają jednak te rogi i zżerają mi słoneczniki olewając moje „A kysz, paszła Mućka”.
I grzybów na nizinach nie ma...
A do czorta z tym latem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz