czwartek, 30 września 2010

Wszystkiego dobrego Chłopaki

Dzień Chłopa(ka). A mam ich w domu trzech. Więęęc pełna dobrych chęci i uśmiechu wewnętrznego i zewnętrznego też, zapytowywuję rano przy śniadaniu, co sobie życzą, bo dziś zamierzam spełnić każde ich życzenie.
– Nie chcę iść do szkoły – Jędrek.
– Nie chcę iść do szkoły – Michał.
– Nie chcę iść do pracy – mężon. Hahaha.
I czy to nie jest kolejny dowód na to, że kobieta ma gorzej? Bo nawet życzenia jej facetów są jakby trudniejsze do spełnienia. Kobieta w takiej sytuacji powiedziałaby „ach kochanie podaj mi filiżankę kawy do łóżka, podaruj mi bukiet czerwonych róż i zabierz mnie w podróż dookoła świata. Prościej? Jasne, że tak. A faceci to zawsze komplikują jakoś wszystko, a już szczególnie wówczas gdy kobieta się stara i chce im nieba przychylić. A ci wymyślają niestworzone rzeczy. Phi. A do szkoły i roboty! Paszli mi tyrać jeden i drugi na swoją przyszłość, a ten trzeci na ten bukiet róż i ową podróż dookoła świata. Grunt to mieć jakieś „normalne” życzenia ;)

wtorek, 28 września 2010

Nie lubię reklam

Nie lubię reklam.
Ale i reklamy nie lubią mnie – kobiety chorej na łuszczycę.
Zdrowie jest piękne – a więc ja nie jestem piękna, bo nie jestem przecież zdrowa.
Jesteś tego warta – no to ja nie jest tego warta, bo moja skóra rzadko bywa gładka... Nic nie jestem warta?
Dbaj o siebie – przecież dbam! Naprawdę dbam!!! Ale i tak ktoś kto spojrzy na moją skórę powie: ona wcale o siebie nie dba. Boli. Mocno pali w piersiach. I piecze w oczach. I jeszcze w gardle ściska.
Piękno wychodzi ze skóry – moja skóra rzadko bywa piękna. Z mojej skóry wychodzi tylko brzydota. Więc ja jestem brzydka?
Gdy śliczna dziewczyna mówi z ekranu: Czuję się świetnie w mojej skórze, to jej zazdroszczę, bo w całym swoim niemalże 40–letnim życiu miałam może tylko kilka chwil, gdy mogłam tak powiedzieć.
Pewna firma zaś jest mocno przekonana, że tylko ona rozpoznała Definicję piękna, cóż kiedy ja, chora na łuszczycę się w niej nie mieszczę.
Zdrowa i pięknie opalona skóra
– moja skóra nawet gdy jest opalona nie jest zdrowa, a i opalenizna jest niepiękna, bo w ciapko–plamki połuszczycowe.
Bywa, że moja skóra jest w takim stanie, że melodyjnie wyartykułowane słowa płynące wprost z TV: Jak pięknie dziś wyglądasz, wzbudzają we mnie rozpacz. Rozpacz, rozdzierającą, pełną bezsilności ROZPACZ.
A gdy, zapewne, 18–letnia modelka reklamuje krem na zmarszczki, przekonując mnie, że Naprawdę ma tyle lat, choć wcale tego nie widać (to co? w domyśle, że niby ma 45?) to cholernie jej zazdroszczę, bo też chciałabym mieć tylko taki problem ze swoją skórą – zmarszczki. Podobnie jak też i pani, która po wydepilowaniu nóg, jest spokojna, bo przecież czeka ją Gładka skóra przez wiele tygodni a nie dni. Szczęściara.
A kiedy głos z TV przekonuje mnie, że: Skóra Twoja najpiękniejsza jedwabna kreacja, to jakbym wyczuwała w nim sarkazm. A do cholery z taką kreacją. W czerwone plamy, oprószona białym pyłem, albo cała w łuski. Do bani stylista, do bani projektant. Do bani cała ja?
No niestety, surfując po kanałach TV w polowaniu na reklamy, jakoś nie dane mi było dotrzeć do Źródła zdrowej skóry. Ale za to znalazłam choć jeden slogan, który troszkę koi moje, czasami zajęte przez łuszczycę [Laughing], ucho : Natychmiastowa ulga, długotrwała ochrona.

***
Już dawno ten tekst za mną chodził. Piszę go teraz gdy choroba po zaleczeniu ostatnią agresywną terapią jeszcze nie zaczęła mi zbyt mocno dokuczać. Choć już ją czuję. Tuż pod powierzchnią naskórka. Przyczajona czeka aby eksplodować z całą swą perfidną mocą bólu, swędzenia i brzydoty. Napisałam teraz, aby uprzedzić emocje. Później byłoby mi trudniej, a teraz nawet się uśmiecham.
***

W poście wykorzystałam slogany reklamowe kosmetyków prezentowane w mediach. Celowo nie podają nazw marek. Bo przecież nie o to chodzi. To tylko takie moje skojarzenia, bardzo subiektywne. Taki mój dialog – ja i monitor TV.

wtorek, 21 września 2010

Takie tam

No to mi grzyby wyszły bokiem. A raczej nosem, bo mam katar, boli mnie głowa, huczy mi w uszach, drapie w gardle, piecze w oczach i generalnie jest mi źle. Rozsiewam na lewo i prawo zarazki. Jedyne miejsce, w którym się w tej chwili widzę to łóżko, wciąż tak pięknie pachnące drewnem dębowym. Do tego książka, kubas gorącej herbaty z malinami, cytryną i miodem. I cisza. Jejuśku no bardzo proszę o ciszę dla siebie.
Muszę być zdrowa, muszę mieć jasność umysłu, bo:
Ruszam z próbami – ajjj jak ja nie lubię początków, tego „ustawiania” programu, wrrrrr!
Chcę jeszcze pojeździć do lasu, bo kocham zbierać grzybki przecież.
Muszę przed jesiennymi chłodami zlikwidować swój rachityczny warzywnik – zamierzam te malusie warzywka co mi powyrastały, przerobić w mieszanki mrożone. Będzie jak znalazł na szybką zupę.
Na piątek wreszcie udało mi się zebrać wszystkie dziewczyny i organizuję obsiedliny koleżeńskie. Przyjeżdża Tereska, a być może nawet Heni uda się wpaść na chwilę! W takim składzie to nie byłyśmy razem od co najmniej roku, albo i lepiej... To będzie długa noc. Tyle spraw do obgadania... Nie mogę się doczekać. Marecki obiecał jakoś to znieść, ten cały babiniec.

czwartek, 16 września 2010

Twórcze rozterki

Proces twórczy to potrafi człowiekowi w racjonalnym funkcjonowaniu namieszać.
Oto stoję trzydziestą którąś minutę pomiędzy półkami z tomami sygnowanymi hasłem POEZJA, DRAMAT, SATYRA. Szukam natchnienia do napisania scenariusza na temat.
Przewertowałam Twardowskiego, Tuwima, Świrszczyńską, Pocka, Gałczyńskiego, Staffa i antologie wszelkiego rodzaju: począwszy od antologii kraju rad, skończywszy na satyrze greckiej. Zatrzymałam się przy dawno nie przeglądanych, a uwielbianych przeze mnie satyrykach: Wittlinie, Kernie, Załuckim, Grońskim, Przyborze (to na kanwie „Piosenek Starszych Panów” tegorocznego świetnego koncertu beznadziejnego festiwalu opolskiego – przynajmniej wg mnie). W końcu sięgnęłam po Szymborską bo coś mi Ona znowu zaczęła grać w duszy. Wynurzam się zakurzona spośród zakurzonych półek z zakurzonymi książkami zapomnianymi od lat. Bo nawet uczniowie tu nie zaglądają. Czytają wszystko w necie, najczęściej streszczenia, nawet wierszy. Streszczenia. Wierszy. Tak. Naprawdę!
Więc zmierzam w stronę bibliotekarki, pani Bogusi, i mam zamiar poprosić, aby sprawdziła w mojej karcie czy już miałam tomik Szymborskiej „Koniec i początek”. Trzymając wzrok wciąż pomiędzy kartami pytam:
– Pani Bogusiu, a jaką ja miałam poprzednio kołdrę?
I nastała cisza.
Pani Bogusia jest gadatliwa, więc ta nagła cisza mocno mnie zaniepokoiła. Podnoszę wzrok znad wiersza „Może to wszystko”. Trafiam na okrągłe talerzyki deserowe, w jakie to zamieniły się oczy pani Bogusi. I już rozumiem wszystko. Następne 10 minut spędziłam wijąc się ze śmiechu, razem z panią Bogusią oczywiście. Skąd mi ta kołdra się wzięła? Skąd skojarzenie z numerem katalogowym książki, alboli też z moim numerem czytelnika???
Dlatego powtarzam – praca twórcza odmóżdża.

A tomik już ów miałam.
Ale wzięłam jeszcze raz, wszak:

„Może to wszystko dzieje się w laboratorium?
Pod jedną lampą w dzień
i miliardami w nocy?
Może jesteśmy pokolenie próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?”

[...]

A, tam!
Idę obrabiać grzyby, bo znowu dziś taaaki zbiór z lasu przytargany :)

środa, 15 września 2010

Grzybobranie

Okazuje się, że marudzenie czasami ma moc sprawczą. Bo oto nazajutrz po poprzednim wpisie marudnym samochód został odebrany od mechanika po liftingu za jedyne tysioncpińcet, a w lesie pojawiły się... grzyby!
I to jak się pojawiły!
W łykendzior w moim skromnym mieście normalnie zabrakło octu! Bo się społeczeństwo rzuciło do marynowania grzybka. A ja razem z nim, a co!

A to marynatka:




I grzybki w różnym stadium zasuszania:




Kanie olbrzymki tylko sobie powąchałam na łące... pięknie pachną... pięknie...

piątek, 10 września 2010

Marudzę i już

Że niby cały czas lato? Yhy. Akurat! Zimno. I wcale nie marudzę hm hm... Palimy w kominku i w domku jest ok. Bardziej martwią nas opady. Woda z Wieprza wyszła pod wał – któryż to już raz w tym roku? Droga natomiast znowu błotnisto–strumyczkowa yh. Zmobilizowało nas to i napisaliśmy wreszcie taaaaaaaaaki elaborat do władz lokalnych o budowę drogi – optymiści, a co! :)
A argumentacja w niej bajeczna, hoho – Orzeszkowa z Sienkiewiczem pozazdrościliby wyobraźni. Żartuję, ale sytuacja absolutnie wesoła nie jest. Gdy pada po prostu toniemy w błocie, choć Marek troszkę sytuację poratował usypując w co bardziej strategicznych miejscach rozdrobniony gruz i takie tam różności. Kto by pomyślał, że będą marzyły mi się białe kaloszki HUNTER´a. Na Allegro sprawdziłam ich cenę i miłość mi przeszła. Zdecydowanie gumofilce tańsze i swój klimat mają. Szkoda, że do pracy pojechać w nich raczej nie mogę, hyhy. Chociaż... Mogę??? [Sealed]

No a z tą petycją o budowę drogi, Marek przegalopował po wsi pozbierać podpisy – wraz z bardziej znaną sąsiadom sąsiadką (bo my tu jednak wciąż obce, miastowe ludzie). Ciekawe jak się władza ustosunkuje. Bo ponoć ma chęci dobre.

No to jak marudny wpis, to już polecę po całości, aby wyczerpać limit i mieć z głowy na jakiś czas:
– nadal nie ma grzybów, przynajmniej w naszych lasach,
– nadal, po pozlotowej stłuczce nie zrobiony samochód – wszyscy przesiedliśmy się na rowery, choć akurat w tym temacie największe zmiany zaszły u męża pana bo on jakby bardziej od autka uzależnion, ja i tak rowerowa jestem, chłopaki też,
– w pracy wszystko na raz: muszę wysilać się twórczo (scenariusze i inne papierzaste wrrr), przeprowadzka do nowego budynku, i totalna zimnica w starym i jak na złość niestety w pracy kominka nie posiadam, no co za przeoczenie architektoniczne,
– z tego zimna coś mi wlazło w bok i AUUUĆ!!!
– reszty maruderstw nie pamiętam, jak sobie przypomnę to dopisać nie omieszkam.

niedziela, 5 września 2010

Nie ma grzybów

Pojechaliśmy na grzyby. Z Tomaszem oczywiście. Bilans – w sumie ok! Nas troje, grzybów – sztuk jeden, dwa kłócące się w locie kruki, cztery błotniaki stawowe na polowaniu plus trzy jaszczurki na łące – nie jest źle. Ale za to eksplozja radości naszego pierworodnego na widok mego koszyczka z tym grzybem – bezcenne. Mądrala tralala lala.
Wieczory chłodne niczym w listopadzie, więc odpalamy najcudniejszy wynalazek domowy pt. kominek... nie znajduję słów by opisać jaka to frajda... z tego ciepełka... z tego ognia... yyh... z tego wszystkiego i tych wieczorów... noszzz co za banał...!
Jutro start praca. O ile spokojniej niż zazwyczaj – jednak tyranie w czasie urlopu uodparnia na takie comebacki powakacyjne. Zero stresu, zero doła, zero planów ambitnych, że łomatko, totalna olewka. I już. Co ma być to będzie, tyrać trzeba i już :) Bo z tego są pieniążki. I ten tego... no... satysfakcja. Tiaa!

piątek, 3 września 2010

Jest słońce!

Promyk słońca przekradł się przez szczelinę w grubych roletach zaciemniających i połaskotał mnie po policzku. Tak na dobry początek dnia. Trzy totalnie deszczowe doby odebrały mi wiarę w jego istnienie.
Dobre słoneczko, dobre :)