środa, 15 września 2010

Grzybobranie

Okazuje się, że marudzenie czasami ma moc sprawczą. Bo oto nazajutrz po poprzednim wpisie marudnym samochód został odebrany od mechanika po liftingu za jedyne tysioncpińcet, a w lesie pojawiły się... grzyby!
I to jak się pojawiły!
W łykendzior w moim skromnym mieście normalnie zabrakło octu! Bo się społeczeństwo rzuciło do marynowania grzybka. A ja razem z nim, a co!

A to marynatka:




I grzybki w różnym stadium zasuszania:




Kanie olbrzymki tylko sobie powąchałam na łące... pięknie pachną... pięknie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz