niedziela, 5 września 2010

Nie ma grzybów

Pojechaliśmy na grzyby. Z Tomaszem oczywiście. Bilans – w sumie ok! Nas troje, grzybów – sztuk jeden, dwa kłócące się w locie kruki, cztery błotniaki stawowe na polowaniu plus trzy jaszczurki na łące – nie jest źle. Ale za to eksplozja radości naszego pierworodnego na widok mego koszyczka z tym grzybem – bezcenne. Mądrala tralala lala.
Wieczory chłodne niczym w listopadzie, więc odpalamy najcudniejszy wynalazek domowy pt. kominek... nie znajduję słów by opisać jaka to frajda... z tego ciepełka... z tego ognia... yyh... z tego wszystkiego i tych wieczorów... noszzz co za banał...!
Jutro start praca. O ile spokojniej niż zazwyczaj – jednak tyranie w czasie urlopu uodparnia na takie comebacki powakacyjne. Zero stresu, zero doła, zero planów ambitnych, że łomatko, totalna olewka. I już. Co ma być to będzie, tyrać trzeba i już :) Bo z tego są pieniążki. I ten tego... no... satysfakcja. Tiaa!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz