czwartek, 21 października 2010

Z dziećmi trzeba rozmawiać

Z dialogów rodzinnych, czyli z dzieckiem trzeba rozmawiać:
– Synu, co tam w twoim życiu słychać?
– Dobrze.
– A możesz rozwinąć?
– Bardzo dobrze.

No tak.
Nie ma to jak porozumienie międzypokoleniowe ;)

środa, 20 października 2010

Popremierowe rozterki

Oszalała ta jesień z tymi mgłami, które rankiem opadają i rozwieszają grube krople wody na metalowych prętach naszego ogrodzenia. Jakby suszyło się pranie na sznurze. Potem te krople schną w słońcu, a wieczorem powtórka z rozrywki.

Ostatnie dni pod znakiem spalającego stresu. Wiadomo – kolejna premiera występu „moich” artystów, kolejne dni mojego przerażenia, niewiary, że będzie dobrze, a raczej przekonania, że wszystko pójdzie beznadziejnie.
Boję się o wszystko dosłownie:
czy scenariusz się spodoba?
czy teksty dobrze dobrane?
czy artyści nie pozapominają kwestii?
czy nie padnie nagłośnienie?
czy nie zaczną piszczeć mikrofony?
czy scenografia ma sens?
Zazwyczaj właśnie taki zestaw śni mi się na dwa – trzy dni przed występem:
scenariusz jest do d..y, artyści na scenie zapominają języka w gębie i w dodatku milczą do i tak niemych mikrofonów, którym wtórują głuche głośniki, a na to wszystko przewracają się parawany z dekoracją i całe to nieszczęście okrywa opadająca z rampy kotara, efektownie opada, nie powiem. Po czym gaśnie z hukiem oświetlenie, ale za to pozostaje tylko jeden punktowy reflektor by rzęsiście oświetlić wychodzącego zza kulis niewydarzonego reżysera czyli mnie. A publiczność patrzy z politowaniem. Albo szyderczym uśmieszkiem. Albo wprost rechocze. Tu bywa różnie. W tym moim śnie. Brr!
No proszę – czy to jest normalne?
Czy ja jakiś Wajda jestem?
Ot, zwykły instruktor grupy kabaretowej, yh. Żaden pretendent do Oskara, czy choćby polskich Złotych Lwów.
Prawie nigdy nie oglądam „swojego” programu z widowni. Zazwyczaj siedzę za kulisami i pilnuję scenariusza. Zawsze bez butów – to już rytuał, że ja na boso. Potem w biegu wskakuję w te buty na obcasie, których nie znoszę. Wywołują mnie na scenę. Już, już, zaraz! I spływa deszcz oklasków. Kilka sekund kojącego opatrunku na moje podarte w strzępki emocje. Nie czuję satysfakcji, czy radości. Czuje ulgę. Cholernie błogą ulgę, że to już koniec i mam święty spokój. Do kolejnego razu.

A na koniec – tradycyjne „rodzinne” zdjęcie z artystami Kliku kliku KLIK

wtorek, 12 października 2010

[']

Z ciepłego snu obudziłam się tuż po 6 nad ranem.
W ciszy wciąż uśpionego domu, słyszałam zegar, który rozpoczynał odmierzać mi godziny nowego dnia.
Odsłoniłam żaluzje i okna zalała mleczna biel gęstej mgły.
Tuż za kuchennym oknem malutki iglaczek oplotły oszronione nitki babiego lata.
W tym samym czasie gdzieś w tą gęstą mgłę uleciało życie 18 osób...

Wieczny odpoczynek Im i ukojenie Ich Rodzinom racz dać Panie...



A teraz po mgle ani śladu, na okolicznych łąkach i polach rozlało się słońce...

poniedziałek, 11 października 2010

Winobranie

Nim winogron zamieni się w domowe wino, sporo pracy. Najpierw trzeba znaleźć czas na winobranie. Później ściśnięte grona trzeba oberwać z szypułek. A potem te małe dranie winogronowe upchać w szklanym balonie. I zalać słodką wodą, która zazwyczaj ma upodobanie do rozlewania się na boki i pokrywania wszystkiego w zasięgu chlapnięcia lepką skorupą. Balon taaaaaaaki wielki, a z przeproszeniem dziurka doń taaaaaaaaaaaka maleńka. Połowa przedpołudnia schodzi na tychże czynnościach.
Transportowanie winogron do baniaka jest szalenie brudną robotą. Sok tryska na boki, spływa po szklanych ściankach butli. I łapska się kleją i wszystko wokół też. Na szczęście od jakiegoś czasu wszelkie takie błee czynności mogę wykonywać na tarasie. Więc spędziłam któregoś tam dnia, którąś tam połowę przedpołudnia na tarasie, pod dachem, po którym tańczyły krople deszczu, a do tańca przygrywał im nieśmiało dzwonek z bambusowych rurek. Pięknie co nie? Ale tylko w opisie. W realu było ciut gorzej. Bo:
międzyczasie był się gotował sos do tortilli made in mamusia czyli mła we własnej skromnej osobie,
międzyczasie sadziłam roślinki, których zaszczepki ukradłam z naszej dawnej, a obecnie teściów działki,
międzyczasie też zżerało mnie poczucie winy, że sterta do prasowania znowu cholera jasna wylewa się z garderoby, a sterta do prania z brudownika.
Międzyczasie też dojechał Pan Kurier i przywiózł wyczekiwaną przez chłopaków premierową grę F1–2010 na Xbox´a.
A jeszcze zapomniałam, że międzyczasie włosy do mycia, mejkap w fazie startowej i oczywiście na 16–ą do roboty. No i w co się do tej roboty ubrać. No i kiedy ja mam się niby intelektualnie rozwijać?
Yh.

piątek, 8 października 2010

Urodzinowe

Kilka dni temu, 5 października, skończyłam ostanie lata w dekadzie trzydziestki...
Mama powiedziała mi, że urodziłam się o 5 nad ranem. Podobno październik był wówczas piękny, słoneczny. Może dlatego jako nastolatka i troszkę później tak bardzo lubiłam jesienne kolory? Mój dziewczęcy pokój pełen był kompozycji z kolorowych, suszonych liści i ziół... Kolory malowane jesienną paletą długo inspirowały mój ubiór, otoczenie.
Tata wspominał, że gdy wiózł mnie ze szpitala taksówką do domu, to wygrzebał moją buzię z zawiniątka i uznał, że mam jedno oko mniejsze, a drugie większe. Zawsze mówił o tym z uśmiechem. Kiedyś w tych wspomnieniach słyszałam tylko ten uśmiech, dziś gdy sama jestem matką i gdy Taty już nie ma, wiem, że była w nich też czułość i miłość. Michał też prycha gdy opowiadam o jego podwiniętym uszku tuż po narodzinach. Dla mnie to cudne, pełne ciepła wspomnienie. Może kiedyś będzie takim dla niego. Jak i wiele innych, którymi raczę moich synów przy okazji ich kolejnych rocznic urodzinowych. Mama przekazała mi tak mało swoich o mnie... Mam też mało zdjęć z czasów swojego dzieciństwa. Pierwsze dopiero gdy miałam 2 latka. Nie wiem dlaczego wcześniejszych nie ma. Trudno rozmawia mi się z Mamą o tym czasie, bo w tych wspomnieniach musi pojawić się mój Brat, a to zawsze zbyt trudne i bolesne dla Mamy. Dlatego wolę nie pytać.

Dlatego wiem tylko tyle:

Kiedy się urodziłam była słoneczna jesień, była piąta rano piątego dnia października... Moi rodzice wymarzyli sobie dla mnie imię Agnieszka, ale ulegli Babci Lodzi, Mamie Mamy, która ubłagała ją, aby dała swoim dzieciom imiona pierwszych rodziców – córce Ewa, a synowi Adam.
Miało to dać nam szczęście.
Mój Brat zginął gdy miał 7 lat.
... a ja... czy jestem szczęśliwa?

Lubię dzień swoich urodzin. Nie przeraża mnie upływ czasu. Lubię myśleć tego dnia o tym jaki był mijający kolejny rok mojego życia. Tym razem za mną rok dużych zmian. I spotkanie samej siebie w tych zmianach. Nauczyłam się, że nie trzeba bać się swoich marzeń i swoich decyzji. Uświadomiłam sobie też, że nie powinno marnować się energii na zajmowanie się sprawami, które najczęściej wcale się nie zdarzą. Niepotrzebne lęki o codzienność. Niepotrzebne gonienie aby być lepszą. Prześcignąć... samą siebie. Niepotrzebne... Staram się pomniejszać te niepokoje bez podstaw i szans na zaistnienie. Staram się nie biec dalej niż mam siły. Wyciszam się w najcudowniejszym miejscu na ziemi – naszym DOMU.

Tak.
Jestem szczęśliwa.
Ale imienia Ewa nie lubię.