piątek, 8 października 2010

Urodzinowe

Kilka dni temu, 5 października, skończyłam ostanie lata w dekadzie trzydziestki...
Mama powiedziała mi, że urodziłam się o 5 nad ranem. Podobno październik był wówczas piękny, słoneczny. Może dlatego jako nastolatka i troszkę później tak bardzo lubiłam jesienne kolory? Mój dziewczęcy pokój pełen był kompozycji z kolorowych, suszonych liści i ziół... Kolory malowane jesienną paletą długo inspirowały mój ubiór, otoczenie.
Tata wspominał, że gdy wiózł mnie ze szpitala taksówką do domu, to wygrzebał moją buzię z zawiniątka i uznał, że mam jedno oko mniejsze, a drugie większe. Zawsze mówił o tym z uśmiechem. Kiedyś w tych wspomnieniach słyszałam tylko ten uśmiech, dziś gdy sama jestem matką i gdy Taty już nie ma, wiem, że była w nich też czułość i miłość. Michał też prycha gdy opowiadam o jego podwiniętym uszku tuż po narodzinach. Dla mnie to cudne, pełne ciepła wspomnienie. Może kiedyś będzie takim dla niego. Jak i wiele innych, którymi raczę moich synów przy okazji ich kolejnych rocznic urodzinowych. Mama przekazała mi tak mało swoich o mnie... Mam też mało zdjęć z czasów swojego dzieciństwa. Pierwsze dopiero gdy miałam 2 latka. Nie wiem dlaczego wcześniejszych nie ma. Trudno rozmawia mi się z Mamą o tym czasie, bo w tych wspomnieniach musi pojawić się mój Brat, a to zawsze zbyt trudne i bolesne dla Mamy. Dlatego wolę nie pytać.

Dlatego wiem tylko tyle:

Kiedy się urodziłam była słoneczna jesień, była piąta rano piątego dnia października... Moi rodzice wymarzyli sobie dla mnie imię Agnieszka, ale ulegli Babci Lodzi, Mamie Mamy, która ubłagała ją, aby dała swoim dzieciom imiona pierwszych rodziców – córce Ewa, a synowi Adam.
Miało to dać nam szczęście.
Mój Brat zginął gdy miał 7 lat.
... a ja... czy jestem szczęśliwa?

Lubię dzień swoich urodzin. Nie przeraża mnie upływ czasu. Lubię myśleć tego dnia o tym jaki był mijający kolejny rok mojego życia. Tym razem za mną rok dużych zmian. I spotkanie samej siebie w tych zmianach. Nauczyłam się, że nie trzeba bać się swoich marzeń i swoich decyzji. Uświadomiłam sobie też, że nie powinno marnować się energii na zajmowanie się sprawami, które najczęściej wcale się nie zdarzą. Niepotrzebne lęki o codzienność. Niepotrzebne gonienie aby być lepszą. Prześcignąć... samą siebie. Niepotrzebne... Staram się pomniejszać te niepokoje bez podstaw i szans na zaistnienie. Staram się nie biec dalej niż mam siły. Wyciszam się w najcudowniejszym miejscu na ziemi – naszym DOMU.

Tak.
Jestem szczęśliwa.
Ale imienia Ewa nie lubię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz