poniedziałek, 11 października 2010

Winobranie

Nim winogron zamieni się w domowe wino, sporo pracy. Najpierw trzeba znaleźć czas na winobranie. Później ściśnięte grona trzeba oberwać z szypułek. A potem te małe dranie winogronowe upchać w szklanym balonie. I zalać słodką wodą, która zazwyczaj ma upodobanie do rozlewania się na boki i pokrywania wszystkiego w zasięgu chlapnięcia lepką skorupą. Balon taaaaaaaki wielki, a z przeproszeniem dziurka doń taaaaaaaaaaaka maleńka. Połowa przedpołudnia schodzi na tychże czynnościach.
Transportowanie winogron do baniaka jest szalenie brudną robotą. Sok tryska na boki, spływa po szklanych ściankach butli. I łapska się kleją i wszystko wokół też. Na szczęście od jakiegoś czasu wszelkie takie błee czynności mogę wykonywać na tarasie. Więc spędziłam któregoś tam dnia, którąś tam połowę przedpołudnia na tarasie, pod dachem, po którym tańczyły krople deszczu, a do tańca przygrywał im nieśmiało dzwonek z bambusowych rurek. Pięknie co nie? Ale tylko w opisie. W realu było ciut gorzej. Bo:
międzyczasie był się gotował sos do tortilli made in mamusia czyli mła we własnej skromnej osobie,
międzyczasie sadziłam roślinki, których zaszczepki ukradłam z naszej dawnej, a obecnie teściów działki,
międzyczasie też zżerało mnie poczucie winy, że sterta do prasowania znowu cholera jasna wylewa się z garderoby, a sterta do prania z brudownika.
Międzyczasie też dojechał Pan Kurier i przywiózł wyczekiwaną przez chłopaków premierową grę F1–2010 na Xbox´a.
A jeszcze zapomniałam, że międzyczasie włosy do mycia, mejkap w fazie startowej i oczywiście na 16–ą do roboty. No i w co się do tej roboty ubrać. No i kiedy ja mam się niby intelektualnie rozwijać?
Yh.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz