czwartek, 25 listopada 2010

A może piesek...

Narosło niepokojów.
Skumulowało się.
Trzymanie równowagi i pionu kosztuje troszkę wysiłku...
Ale ufam.
Ale wierzę.
Ale inaczej nie miałoby sensu nic co działo się wcześniej.

*******************

Nad pieskiem sąsiadki, chowanym jak nic „do łańcucha” :( ulitował się drugi łańcuchowy burek i przyjął go do swojej nędznej budy. Pewnie tylko dlatego, że razem im cieplej. Bo już do miski małego ten większy nie dopuszcza. Gotuję temu malutkiemu rosołki z jakichś tam co bardziej tłustych okrawków mięsa z dodatkiem kaszy. Polubiliśmy go. Tego małego. Marek planuje „poważną” rozmowę z panią sąsiadką – coś w klimacie, że może docelowo my się nim zaopiekujemy? Bo to przecież poważna sprawa. Pieska trzeba odrobaczyć, zaszczepić, no i stworzyć mu domek w postaci ciepłej budki, a nie tak się miota pomiędzy budą innego psiaka a naszym tarasem gdzie upatrzył sobie koszyk wiklinowy osierocony przez miniaturowe róże. Gdy tylko przyuważyłam, że maluch w tym koszyku śpi, wyścieliłam go polarkiem, z którego wyrósł Jędrzej. Ale przecież to nie jest dobre miejsce dla psiaka o tej porze roku...
Marka chyba mocno wzięło. Na pieska :) Bo zadzwonił dziś do pana, który tego malucha naszej sąsiadce przywiózł, z pytaniem czy nie ma jeszcze jednego podobnego na zbyciu. No proszę! Kto by pomyślał, że mój mąż, wielbiciel rasowych bokserków, labradorów tudzież berneńczyków, nagle zapała uczuciem do rasowego kundelka :)
A swoją drogą nie mogę pojąć tego bestialskiego „zwyczaju” trzymania psa na łańcuchu...

środa, 17 listopada 2010

Nasz gość

Wykupiłam miejscówkę pod kominkiem. Siedzę tam z książką i herbatą z dzikiej róży i czarną porzeczką.
Kilka razy dziennie mamy gościa z sąsiedztwa. Małego szczeniaczka sąsiadki. Zerka do nas przez okienko tarasowe i całym swoim maleńkim jestestwem mówi: „pokochajcie mnie, weźcie mnie”. A na poparcie swych pragnień majta ogonkiem, że mało mu się nie ukręci. I jak ja mam tej maleńkiej mordce spragnionej czułości wytłumaczyć, że ja nie jego pancia jestem? Cichcem dokarmiam go szyneczką i resztkami kotlecików. Bo to jest piesek wiejski. On pedigripali to nawet w reklamie nie widział. Yh, jest słoooooooooodki...



Od czasu do czasu znowu do domu zlatują Aniołki:
... ale już je swędzą skrzydełka, aby znowu wyfrunąć w świat...

wtorek, 9 listopada 2010

Chorujemy

Reklama napisała scenariusz życiu: było jak w grze podaj dalej, najpierw zachorował Jędrek, od niego zaraził się tata, od taty Michał, a na końcu dopadło mnie. Na szczęście szef w takich sytuacjach docenia, że generalnie to ja jestem na każde zawołanie, więc odwdzięczył się i miałam wolne od pracy. I nawet TYLKO trzy razy dzwonił w sprawach służbowych.
Dwa dni na dochodzenie do siebie. No cóż takie czasy, szybko się żyje i szybko choruje, a jeszcze szybciej dochodzi do zdrowia.
Ochoczo zaległam w łóżeczku, bo bardzo kocham jego wciąż wyczuwalną nutę dębowego drewna. To spałam, to czytałam książki i każdą karteczkę popijałam gorącą herbatką, kawką i terafluuu na zmianę. Apsik!

A tymczasem Aniołki już z nami nie mieszkają. Wyfrunęły... Mają skrzydełka to wyfrunęły. Mam nadzieję, że będzie im dobrze tam gdzie teraz zamieszkają.

piątek, 5 listopada 2010

Tereska

Czasami, choć przyznam rzadko, bywa tak, że odległość nie ma znaczenia. Czasami trzeba wsiąść w pociąg, aby z kimś pobyć i pogadać. Aby nie zwariować. Chyba jakoś tak jest, bo zgodnie z tą zasadą spędziłam wieczór, noc i poranek z Tereską. W tym Krakowie jak się okazuje brak jej ludziów do pogadania czy co ;) Marecki pełen zrozumienia pojechał na stację pekape i odebrał z pociągowej paszczy Tereskę. A kiedy łezki zostały wylane, niepokoje przegnane, tłumione nocą śmiechy przebrzmiałe, odbył się najcudniejszy babski poranek świata, czyli to co lubię – tereskowe marudzenie:
– Aga, a czego ty masz taką dziwną suszarkę?
– Gdzie masz piankę do włosów?
– A żel???
– Co??? Nie używasz lakieru do włosów??? To jak ja mam sobie wystylizować swoje pazurki?
– No doooobrzeeee... Możesz OSTATECZNIE użyć moich cieni Estee Lauder. Ale tych z tej strony to nie bo to moje ukochane.
– Ja kawę bez mleczka poproszę. To znaczy z ubitym.
– A scrub do twarzy to gdzie masz???????
Więc odcierpiałam i zdiełałam tymy rencyma mega ekskluziw scrub do twarzy na bazie oryginalnej włoskiej lavazzy (osobiście przez Graż przytarganej z Włoch), kilku kropel oliwy z oliwek extra virgin pierwsze tłoczenie i oczywiście kap_kap świeżo wyciśnięty sok z cytryny. A to wszystko świadczy o tym, że my kobiety nawet gdy świat wali się na łeb, to cholernie chcemy by ten łeb wyglądał atrakcyjnie, seksownie i pociągająco.
O dziwo zupa pomidorowa Teresce smakowała i nie marudziła. A sałatka z suszonymi pomidorami do reszty pozwoliła zatrzeć złe wrażenie wywołane niedoborami mojej toaletki. Krakowianka jedna się z niej zrobiła, phi.

wtorek, 2 listopada 2010

Wypalona

Nawet nie przypuszczałam, że ostatnie zawodowe działania artystyczne (że tak rzeknę) tak wyssą ze mnie zapał twórczy.
Zamilkłam. Ale się działo.

Zamieszkały z nami Aniołki.



Bardzo radosne Aniołki.



A do kieliszeczka o niezbyt wyszukanym dizajnie, wprowadziła się mała stokrotka. Mieszka w nim już kilka dni i ani myśli o wyprowadzce.



Zahaczyłam o fajne warsztaty teatralne dla opiekunów kółek teatralnych – coś jakby domorosłych reżyserów. Podbudować chciałam swą skromną maestrię w temacie rzeczonym, bo pomyślałam, że może tu tkwi bat na tą moją nieszczęsną, paraliżującą tremę przedpremierową. Zajęcia prowadził młody aktor Teatru Lalek, człowiek z pasją, a ja bardzo lubię mieć kontakt z ludźmi pasją. Bo są jak atomowy generator energii i można bez szkód dla źródła podładować swoje własne akumulatory. I właśnie to mi się na tych warsztatach udało. Wyżyłam się w etiudach parateatralnych, dramach i zabawach na żywą wyobraźnię, świadomy ruch, koncentrację, otwarty głos i zachowanie w przestrzeni. Łał! Uf! Ale to i tak wciąż mało, mało, mało!!!

Listopad póki co rozpieszcza słońcem, ciepłem. Podoba mi się to i poproszę Panie Listopadu kochany o więcej i więcej :)