czwartek, 24 lutego 2011

Co oni by beze mnie zrobili?

Mroźny ranek. Biało i zimno jak jasssna cholera. Na monitorze komórki 7.30. Towarzystwo wybyło do szkół i pracy. Uwijam się szybko, bo zaraz i ja startuję.
Dzwoni fonik.
Akurat gdy tuszuję lewe oko i popijam herbatę z malinami na dobry początek dnia. Jejuuuuuuś i pomyśleć, że były czasy, gdy tęskniłam za osobistą komórką, taką tylko dla mnie, przy mnie i ze mną. Dziś czasami mam jej dość.
– Mamooo zapomniałem worka z butami na zmianę.
W trybie przyspieszonym wskakuję na rower, opędzając się od rozbudzonego Fafika. Uliczkami oprószonymi śniegiem, w 14stopniowym mrozie – co robię? Zawożę worek z butami na zmianę wprost pod drzwi główne szkoły podstawowej nr ten i ten w mieście takim a takim.
Pomykam dalej na tym rowerze (czasowo pełniącym funkcję skutera śnieżnego) do pracy. Znowu fon. Odbieram, a co tam! Jestem po lekturze szalenie inspirującego poradnika „Jazda rowerem zimą”, z którego zapamiętałam jedno – „Starajcie się upadać na prawą stronę. Mniejsza szansa, że jadący za wami samochód... „ No właśnie. Więc dzwoni fon, ja go odbieram, pamiętając, by w razie czego lecieć na prawo.
– Niuśka! No zapomniałam kawy z domu zabrać.
Oczywiście zauważyłam, zabrałam słoiczek z kawą. Bezpieczny w mej torbie razem ze mną podąża do pracy, by tam poczekać na gapowatego właściciela.

I że niby ONI by sobie bez nas dali radę?
Akurat.
Śmiem wątpić.
Faceeeci – bez względu na wiek – phiii.

niedziela, 20 lutego 2011

Biało

Znowu idą mrozy cholera jasna. Wiem, wiem, niby luty to trzeba podkuć buty i tym podobne mądrości ludowe. Ale ileż można. Kończ się zimo, a kysz! Tęsknię już za kawą tarasową, czytaniem książek w czytelni na świeżym powietrzu. I za zielenią, bo od tej bieli oczy bolą. Niecierpliwie też zastanawiam się jak Fafik zareaguje na zadomowione każdej wiosny w naszej okolicy bociany. Bo w Fafinie odezwała się natura. To znaczy odkrył, że umie szczekać i nawet wie kiedy. Gdy kot sąsiadów wtargnie na nasz, a raczej już Fafika teren – jest awantura. Bo kotu bezkarnie udało się przedefilować Fafinowi przed nosem jeden raz. Po raz drugi nie dał sobie zagrać na nosie. I mając chyba w swej psiej pamięci tą zniewagę i własne gapiostwo, ściga czarnego, napuszonego kocura z zajadłością. Kot jest szybszy. Szczególnie we wdrapywaniu się na wierzbę.
No nie wiem, nie wiem jak też fafikowa psia duma zniesie gdy mu się te boćki będą dostojnie pod nosem przechadzały.
Niedziela przecieka nieśpiesznie przez kolejne minuty. Lubię taki sączący się czas.



Po zimowym spacerze tylko kawa z mlekiem, książka, kominek i... mam cię w nosie zimo.

piątek, 18 lutego 2011

365 dni za nami

365 dni i tyleż nocy. Wschodów i zachodów słońca – tych widocznych pomiędzy wierzbami i tych skrytych za chmurami.
Setki dni i nocy przyprawionych emocjami...
Setki obiadów, kolacji i śniadań. Takich celebrowanych przy świecach, świątecznych i tych w pośpiechu, szybko, szybko bo szkoła, bo praca, bo trzeba jechać po zakupy i biec na korki.
Kilkadziesiąt litrów kawy wypitej z przyjaciółmi na tarasie. Troszkę zimnego piwa, schłodzonego wina i drinków z lodem na upalne wieczory.
Kilkanaście ognisk, w tym jedno o północy.
Tysiące chwil radości i ciut_ciut pełnych smutku, niepokoju, zwątpienia, obaw i troski...
Około 50 przeczytanych książek – tych w łóżku, na tarasie i w fotelu obok kominka.
Kilkadziesiąt płóciennych aniołków i serduszek wypuszczonych w świat.
20 kilo ukiszonych ogórków, kilkanaście słoiczków dżemu truskawkowego i jeszcze jabłek zesmażonych na szarlotkę i dwa kilo zamrożonej marchewki tymy rencamy zasianej, odchwaszczanej i z ziemi wyrwanej.
Jeden 30–litrowy balon wina winogronowego.
Pewnie ze dwa metry spalonego drzewa w kominku.
Stado ubitych much.
Niezliczone koncerty żab i kilka łańcuchów dzikich kaczek z wrzaskiem przelatujących nad domem.
Jedna gitara.
Jedna piła spalinowa.
Jedna zerwana rynna.
Jeden stłuczony talerz, jeden kieliszek do wina na wysokiej nóżce i aż 5 szklanek.
Jeden pies – ale za to dwie budy.
Było też 5 bocianów w sąsiedztwie.
I jedna petycja w sprawie budowy drogi plus ponad 70 głosów poparcia okolicznych mieszkańców.
Nawet nie chcę myśleć ileż godzin spędzonych na prasowaniu, ale też takich na leniuchowaniu – a co tam!
Dziesiątki opłaconych rachunków. Terminowo :)
Kilka tuzinów listów i przesyłek wyciągniętych ze skrzynki i tych odebranych z rąk kuriera, który zawsze miał problemy jak do nas trafić.

Bilans zysków i strat ostatniego roku.
W DOMU.
Naszym domu na zawsze do końca...
Dokładnie rok temu – 17 lutego – wprowadziliśmy się TUTAJ...
Czas biegnie tak niezauważalnie...
To był dobry czas.

niedziela, 13 lutego 2011

I tak to mniej więcej się zaczęło...

Na plecach czuć walentynowy oddech czerwonych serduszek, więc będą wspomnienia takie jakby ciut tematyczne...

Jako nastolatka byłam samotna. Albo nieszczęśliwa z miłości platonicznej niespełnionej, albo też przyjaźni. Rzucałam się w każdy związek, także przyjacielski całym swoim jestestwem. Niczym w otchłań szybowałam z ufnością do drugiego człowieka, dając wszystko z siebie. Czas i... ludzie stępili troszkę tendencję do totalnego angażowania się emocjonalnego. Nauczyłam się zostawiać margines. Nie za wielki, ale jednak. No ale nie o tym miałam pisać.

Tak więc jako nastolatka byłam samotna. I nieszczęśliwa. Za moich szkolnych czasów generalnie nastolatki były poetycko nieszczęśliwe. Ja byłam dodatkowo nieszczęśliwa z powodu choroby, nieszczęśliwa z powodu nieszczęścia w rodzinie i nieszczęśliwa z powodów romantycznych właśnie... Tonęłam po uszy w poezji, literaturze naznaczonej cierpieniem czy też wzniosłymi uczuciami, ideami i ideałami oraz tajemniczych mgłach snujących się nad łąkami, kroplach deszczu, zasuszonych polnych kwiatach, szeleszczących liściach jesiennych i takich tam pomarańczowych zachodach słońca i srebrnych wschodach księżyca. Pisałam wiersze ociekające samotnością, tęsknotą za miłością i przyjaźnią.

Na jednej z pierwszych imprez na jakie poszłam, poznałam w przelocie chłopaka. To znaczy on był w przelocie. Wraz z taką jedną w objęciach. Koleżanki moje, i jego jak się okazało, uknuły spisek, że nieeee... ta co była w objęciach tego chłopaka to ona się dla niego nie nadaje. Według nich natomiast zdecydowanie ja się nadawałam. Nawiasem mówiąc do tej pory nie mam pewności, czy ów chłopak tamtą pannę z objęć wypuścił z własnej inicjatywy czy moich koleżaneczek.
W każdym razie tydzień później chłopak zaczął wykazywać zainteresowanie moją skromną osobą. Omatkoświęta! To dopiero miałam zagwozdkę. Eeee... to nie możliwe aby jakiś chłopak się mną zainteresował. Przecież w swoim mniemaniu byłam brzydka, gruba, głupia, bez wyrazu, czyli, że beznadziejna oględnie mówiąc. No i nieszczęśliwa. A wiadomo – nieszczęśliwa dziewoja rzadko bywa pociągająca. Takimi torami mniej więcej biegły sobie moje myśli. Pod burzą brązowych włosów i skorupką łuszczycy rzecz oczywista. Bo ta cholerna łuszczyca była wtedy wygrawerowana w moim mózgu. Łuski na oczach zasłaniały mi cały świat. Nie miałam w sobie siły, nie miałam wiary w siebie. Zmysłowość i uwodzicielstwo zdecydowanie nie istniało w mojej świadomości, a co dopiero działaniu...
No ale chłopak się uparł. Najpierw mnie przetestował na okoliczność wzrostu – czy przypadkiem nie jestem wyższa od niego, po czym zapowiedział, że sobie mnie odwiedzi w domu. O po raz wtóry omatkoboska! Jak to odwiedzi?! Mnie??? A czego właściwie on chce mnie odwiedzić?
– Podobasz się mu – mówi mi na przerwie pomiędzy biologią a polskim Izka. Siedziałyśmy na najbardziej pożądanym miejscu w szkole – parapecie ogromnego okna na półpiętrze, z którego można było obserwować cały plac przed wejściem do naszego ogólniaka i kawałek boiska z bieżnią.
– No – potwierdza Aśka – oglądał sobie ciebie na klasowym zdjęciu.
Omatkoboska! Znowu burza w głowie i żołądku. Lecę patrzeć na to zdjęcie jak na nim wyszłam. Może być. Eeeee chociaż... trochę mam głowę źle przekrzywioną. I w ogóle jakoś tak... eee nieładnie wyszłam. Cholera jasna, że też musiał oglądać, no.

Chłopak przyszedł. Raz. Potem drugi i tak dalej. Tato obrzucił go groźnym wzrokiem. Tak na wszelki wypadek. Bo Tato córkę miał jedną. I, zupełnie dla mnie wówczas niezrozumiale, uważał ją za cud świata. Chłopak z długimi włosami, w poprzecieranych, tu i ówdzie podartych dżinsach (samodzielnie – kiedyś nie robili tego styliści za górę forsy) z szalonymi marzeniami, pomysłami i wielkim uśmiechem w sercu, komponował się z romantycznie nieszczęśliwą nastolatką. Rozmawiało się... naturalnie, bez wysiłku, bez sztuczności i pozerstwa. Od początku ciepło... A ponieważ bałam się odrzucenia z powodu choroby, wolałam gościa uprzedzić. Co mam potem cierpieć. Więc mu powiedziałam. Ale na nim większego wrażenia ta informacja nie zrobiła. Ani później widok mojego ciała okraszonego cud–miód–malyna zmianami łuszczycowymi. To znaczy widok ciała wrażenie zrobił, nie powiem :) ale łuszczyca na nim już wcale.
Uf.
No ale to było poootem.

Na razie jedziemy w góry. Pierwszy mój samodzielny wyjazd, na jaki zezwolili mi rodzice. Tato oczywiście uprzednio przeprowadził z chłopakiem tzw. męską rozmowę. Jej treść do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. W pociągu zaś, który wiezie nas w Góry Świętokrzyskie, chłopak otula swoją dłonią moją i jest mi najpiękniej na świecie...
Podczas wędrówek opiekuje się mną. Jest nieformalnym szefem naszej grupy, więc patrząc na mnie zarządza postoje albo wszystkich pogania na szlak. Przekłada konserwy z mojego plecaka do swojego abym nie miała zbyt ciężko. Bo kiedyś konserwy stanowiły znaczącą zawartość plecaków podczas wakacyjnych wyjazdów. W sklepie kupowało się tylko chleb i mleko w butelce, a czasami zdarzało się woreczku – szczególnie przez nas pożądane. Nie było chińskich zupek, gorących kubków i innych tego typu wynalazków. A na knajpy nie było nas stać. Zresztą to było passe. Trendy były konserwy. Kultowy już paprykarz szczeciński i mielonka. Człowiek głody nie chodził. Do dziś kiedy chcę poczuć smak tamtych czasów kupuję puszeczkę paprykarza szczecińskiego.

Otaczające nas tak zwane okoliczności przyrody Gór Świętokrzyskich nastrajały romantycznie. Wieczorami odłączaliśmy się od grupy przyjaciół i chadzaliśmy na spacery. Sie miało kondycję i chęci niespożyte jak się okazuje. Cały dzień na górskich szlakach, a wieczorem jeszcze spacerki. Przy srebrnej poświacie księżyca. Uroczy mostek nad szumiącym potokiem... Chłopak robi podchody jak tu mnie pocałować, a ja robię wszystko aby go spłoszyć, choć sama spłoszona jeszcze bardziej.... Ale jakoś tak kolejnego wieczoru było chyba bardziej romantycznie. Była ławeczka nad niewielkim jeziorkiem i księżyc się w nim przeglądał bo powoli stawał się coraz grubszym rogalikiem. Całkiem miły entourage na pierwszy pocałunek...

I tak to mniej więcej się zaczęło...
Magiczne słowa pojawiły się z czasem i choć miały źródło w głębokiej namiętności, padały rozważnie i przemyślanie. Prawdziwie, bez rzucania na wiatr. Wszystko na bieżąco spisywałam w grubaśnym zeszyciku, który skrupulatnie kiedyś prowadziłam. Ale te moje ówczesne rozterki i rozdarcia serce absolutnie nie nadają się do publikacji. Czasami sobie czytam i uśmiecham się do siebie samej sprzed wielu lat.
Dość szybko zakochanie przeszło w głębokie i silne uczucie, które z czasem stało się autorem scenariusza teraźniejszości.

A na fotce chłopak i ja kilka lat później... kiedy już była w nas pewność, że wszystkie kolejne walentynki będą nasze...

piątek, 11 lutego 2011

To się naczekałam

To się naczekałam.
Rano obudziłam się długo przed budzikiem i czekałam, aż skubaniec w końcu zacznie dryndolić, by dać mi sygnał, że wreszcie mogę wyskoczyć z łóżeczka i pędzić pod prysznic. Potem czekałam aż toster wypluje grzanki, czajnik zabulgocze, a wrzątek z suchych torebeczek wydobędzie aromatyczną herbatę.
Czekałam na męża aby mnie podwiózł na dworzec PKP. A potem, już siedząc w przedziale, czekałam aż lokomotywa ruszy i przez łąki i pola pociągnie cały skład do Lublina. A pociąg akurat w moim mieście dostojnie wypracowywał dwudziestopięciominutowe spóźnienie.
Najdłużej naczekałam się przed gabinetem lekarskim. Jednym i drugim. Ale chociaż z efektem przeze mnie oczekiwanym, więc to czekanie, że tak powiem nie poszło w las. Jak najbardziej miało sens.
Niestety powrotny pociąg nie poczekał na mnie i musiałam godzinę czekać na następny, który wlókł się od stacyjki do stacyjki, bo to był znielubiony przeze mnie pociąg tzw. osobowy. Osobliwa nazwa dla rzeczy jaką niewątpliwie jest pociąg.
Na dworcu czekał na mnie Marek, więc tym razem czekanie mnie ominęło.
W domu czym prędzej czmychnęłam pod prysznic, by spłukać z siebie ten podróżny pył, którego nie zanoszę. Po czym, niewiele już czekając, wybyłam na babski wieczór do Asicy, bo Terencia zjechała i koniecznie trzeba było pogaworzyć. O tym i owym.
Że ja ten cały dzień zniosłam w miarę cierpliwie...

niedziela, 6 lutego 2011

Sienicniechciejstwo

Sienicniechciejstwo opanowało mnie i co robić. Marek zaś co chwila układa jakieś plany dnia i takie bardziej długoterminowe. Udaje mi się jednak wymigać i podążać swoimi ulubionymi ścieżkami czasu wolnego. Nawet Michał, zazwyczaj siła spokoju, nie zdzierżył tego markowego planowania i pewnego ranka ledwo oczy przetarł wyjęczał:
– Jessssssssu..., ojciec wstanie, zarządzi krótką rozgrzewkę i do garażu budę budować, poszliiii!
Bo buda dla Fafinka w ciągłej fazie tworzenia. Ma być duża, ocieplona i takie tam rarytasy. Fafin co jakiś czas zerknie, ale generalnie boi się piły i wkrętarki więc raczej garaż omija szerokim łukiem.

W domku ciut pusto bo na strych powędrowały świąteczne ozdoby, a choinka na taras. Fafin jej nie obżera bo go w mordę kłuje. I całe szczęście, bo żywot tych kilku iglaków, które zasadziliśmy jesienią dobiega końca nim na poważnie się rozpoczął. Fafik je obgryzł do wysokości jakiej się mu tylko udało. Jest szansa, że choinka ocaleje.
No ale jak się na niego gniewać...



A niedziela minęła pod znakiem dramatycznego wypadku Kubicy... Mam w domu trzech fanów F1, przy czym dwóch jakby bardziej emocjonalnie zaangażowanych. Cierpią mocno i nawet lekcji nie mogli na jutro odrobić, bidule jedne...
A za Roberta kciuki trzymamy – to już tak na serio.

czwartek, 3 lutego 2011

1 procent

FUNDACJA „GWIAZDA NADZIEI” WSPIERA OSOBY Z CHOROBAMI WĄTROBY

Mój przyjaciel Paweł jest podopiecznym tej fundacji.

Gorąco proszę o pomoc dla mojego przyjaciela Pawła.

Proszę tylko o 1% dla Pawła.

Pytasz jak pomóc Pawłowi?

– Na ostatniej stronie zeznania rocznego PIT 37 w polu 124. podaj numer Fundacji „Gwiazda Nadziei” KRS 0000298237
– W polu 125. wpisz kwotę wyliczoną, nie większą niż 1 procent Twojego podatku.
– W pozycji 126 „cel szczegółowy” – proszę dopisz „Dla Pawła

...ten dopisek jest bardzo ważny, Dziękuję Ci za niego.

Jeśli chcesz wiedzieć więcej:
www.gwiazdanadziei.pl
e–mail: fundacja@gwiazdanadziei.pl

Dziękuję :)