środa, 30 marca 2011

Wróciłam

Wróciłam.
Ale milczę.
Dłonią gładzę z zachwytem swoją GŁADKĄ skórę. Nie pytam na jak długo.
Czytam. Wreszcie jest na to czas nieograniczony.
Popijam kawę z mlekiem, bo inaczej nie potrafię. I herbatę z malinami i dużym krążkiem cytryny – bo chyba ona mnie chroniła przed jesienno–zimowymi zakatarzeniami, to może i przed wiosennymi się uda.
Wieszam pachnące pranie na tarasie i opędzam od niego Fafika.
Łazikuję z Markiem i psiakiem nad Wieprz śledzić wiosnę.
Zamierzam wreszcie poprzesadzać wszystkie kwiaty – należy im się łyk świeżej ziemi.
Jestem bliżej siebie. W każdym razie tak się czuję.
I tyle.
Wrócę...

sobota, 12 marca 2011

Powoli się zwijam

Zima wreszcie się poddała, a i wiosna poszła po rozum do głowy i rozpuściła pierwsze zwiastuny. Niemrawe co prawda i nikłe ale wiara, że jednak nadejdzie, została rozbudzona.

Dni są dłuższe, jaśniejsze, bo słonko wyżej. Ptaki coraz bardziej krzykliwe. W powietrzu nieznacznie wyczuwalna woń zmian – lada moment budzonej do życia natury. Staram się nie dopuścić do siebie żalu, że jednak te pierwsze chwile wiosenne spędzę w szpitalu. Bo z drugiej strony – jeśli nie szpital – to i tak marna radość z tej wiosny. Choroba zbyt silne piętno odcisnęła tej zimy na mojej skórze. Krótki rękaw czy gołe nogi zdecydowanie nie dla mnie. Więc żale i smutki won na strych – jest jak jest i nie ma co roztrząsać.
Będzie mi brakowało widoku z okna tarasowego, fikającego na trawniku Fafika, wygodnego, szerokiego łóżka wraz z jego kochaną zawartością ;) Oczekiwania na powrót chłopców ze szkoły... Ale przecież robiąc coś dla siebie robię pośrednio i dla moich bliskich. Czasami trudno mi utrzymać równowagę emocjonalną. Wiem, że poprawa stanu skóry korzystnie wpłynie statystykę beztroskiego uśmiechu w moim sercu i oczach. A chyba o to chodzi. Co mam się taki smutas po chałupie pałętać...

W pracy prawie wszystko sfinalizowane, powysyłane, popisane, powieszone, przydzielone, wyznaczone, zgłoszone, zamknięte. Może mnie nie być. Praca beze mnie wytrzyma – a czy ja bez niej też?

Jeszcze tylko wybiorę się na spacer nad Wieprz. Zaciągnę się głęboko powietrzem i zapatrzę w przestrzeń. Jest w tym i spokój, i siła. Pozytywna energia.

Zrobię coś dobrego do jedzenia. Może tortillę? Chłopaki tak lubią.
I zakupy. Pranie.
Okna umyję już gdy wrócę...
Wprost na pierwszą kawę na tarasie. Z mleczną pianką, której wierzch posypię odrobinką wiórków tartej gorzkiej czekolady...

czwartek, 10 marca 2011

Już po

Działanie twórcze ostatniego czasu jak zwykle zmaltretowały mój system nerwowy. Krótko „przed” czułam się jakby całe moje ciało zostało zakleszczone w wielkim korpusie imadła, które zaciska się ciaśniej i ciaśniej z dnia na dzień. Zaś tuż „po” jak zmięta, brudna, ponadrywana, nadpalona i wytargana na wszystkie strony świata karteluszka papieru. Musiało minąć kilka spokojnych dni bym jakoś to w sobie poprostowała, poskładała. Czas, w którym usiłowałam znaleźć kluczyk do drzwi z napisem „z sukcesu czerp radość i siły”.

Nie ucieknę od tego, już wiem. Trema przed prezentowaniem przed szerszą publicznością efektów mojej pracy, zawsze będzie wywoływała we mnie takie fiksacje. Przecież gdyby było inaczej, to dawno bym się tego wyzbyła. Mam za sobą prawie 15 lat pracy podczas, której przygotowałam w sumie jakieś 60 przedstawień – inscenizacji – kabaretów – montaży. 90 procent według własnych scenariuszy!!! Wszystko premiery. Za każdym razem coś nowego, rotacja ludzi, z którymi pracuję, spora. W tym czasie nie zaliczyłam większych wpadek. Były oklaski, uznanie i nawet nagrody. A mimo tego nie potrafię, nie potrafię, no nie potrafię chłodno i spokojnie i bez takich destrukcyjnych emocji... Kumuluje się we mnie trema tych kilkunastu ludzi, którzy stoją tam na scenie? Odbieram im ich stres aby oni dobrze wypadli, gdy tymczasem ja konam...

Teraz jest we mnie lekkość. Błogi stan. Znowu mogę czytać, pisać, słuchać muzyki, wypatrywać z większą nadzieję wiosny, uśmiechać się do siebie w lustrze. Absurdalnie czerpię przyjemność nawet z jazdy odkurzaczem po domu i nie wściekam się, że znowu ja muszę czyścić kominek. Czy to normalne?


Ps. A kabaret Ani Mru Mru na żywo? Totalna rewelacja i profesjonalizm. Zero taryfy ulgowej. Fantastyczni artyści! Czuć, że kochają swoją pracę i szanują widza.

sobota, 5 marca 2011

Mam tak zwany czas jenczuncy dlatego siedzę pod miotłą, czyli cicho.
Jenczę bo wkrótce premiera kabareciku na okoliczność dnia kobiet – no kto to myślał aby nadal świętować to dziwne „święto”, yh. Chyba że po to abym miała okazję do tradycyjnego przeżywania twórczych katuszy. Tak na wszelki wypadek, by nie wypaść z wprawy. W jenczeniu.
Wiosna, co to się niby zbliża, też mnie nie cieszy i dokłada jenczoncą cegiełkę. Zresztą nawet jeśli się zbliża, to na pewno nie przechodziła jeszcze obok naszego domu. U nas wciąż mroźna zima. Poza tym prawdopodobnie jej pierwszych siedemnaście mgnień przeoczę, bo będę rezydowała w szpitalu. To właśnie kolejny powód mego jenczenia – choroba. Ale o tym jenczeć publicznie już nie chcę.
Wybieramy się na program kabaretu Ani Mru Mru – popatrzę na profesjonalistów i będę zachodziła w głowę skąd oni mają pomysły i dlaczego trema jest im obca.

To byłam ja – jenczunca Aga.
Nie wiem kiedy powrócę. Może zdążę na osiemnaste mgnienie wiosny.
Yh.