poniedziałek, 9 maja 2011

Ta cisza...

Ta cisza...
(całość w cudzysłów wzięte)

Kiedy jest się z kimś blisko... bardzo blisko i tak... dobrze blisko, to nagła cisza boli, uwiera w duszy niczym kamyczek w bucie.
Cisza. Spowodowana niedbałą chwilą, rzuconym nieprzemyślanym spostrzeżeniem, uwagą nieakceptowaną.... Krótkie spięcie, przeskok iskry o negatywnym ładunku i... bach! Chwieje się coś co jest przecież trwałe i stabilne. Przykro jest odkryć, że słabość potrafi zatriumfować, obudzić się całkiem niespodziewanie i zupełnie niepotrzebnie zrodzić niezrozumienie.
To nie jest dobra cisza.
Jest tak inna niż cisza, która potrafi pięknie brzmieć pomiędzy dwiema najbliższymi sobie osobami, wówczas gdy słychać w niej bezpieczeństwo, akceptację, miłość, przyjaźń, lekkość i zaufanie. A cisza spowodowana niedobrą chwilą nie brzmi ładnie. Jest ciężka, smutna, pełna niepokoju, oczekiwania. I wsłuchiwania się. Bo przecież ta cisza krzyczy, tylko trudno rozpoznać co.

...musiało minąć kilka dni. Z pozoru normalnych.
Kiedy ktoś patrzył na nich nawet nie pomyślałby, że między nimi wciąż brzmi cisza. Niewypowiedziane słowa. Choć rozmawiają ze sobą i uśmiechają się ponad głowami innych. A nawet idą na spacer. No by czy ktoś kto milczy OBOK siebie, może iść tak normalnie RAZEM na spacer? Rozmawia, choć tak naprawdę milczy.

Tak więc musiało minąć kilka dni. Z pozoru normalnych.
Kiedy przyszedł do niej... tak blisko, czytała książkę, popijając każdą przewracaną kartkę kawą z mlekiem. Kawę zrobił on, bo nauczył się robić naprawdę pyszną. Z mlekiem, w sam raz do kosztowania, choć czasami jeszcze za słodką. Słodziła płaską łyżeczkę. Niewielka górka cukru na łyżeczce już czyniła kawę zbyt słodką.

– Przecież... – spojrzała zdziwiona – nie przytulałeś się do mnie ponad tydzień...

...więc jednak to nie trudne – zabić złą ciszę, spleść w nieśmiałym uścisku i na nowo oswajać zapach, dotyk, słowa i... ciszę... już inną. Można oddychać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz