środa, 29 czerwca 2011

Pan pomidor wszedł na tyczkę
i przedrzeźniał ogrodniczkę.
Ogrodnicza o balustradkę się potknęła i poprzez pokrzywy w zarośla
okołoogródkowe runęła.

Tak zapewne brzmiałyby pierwsze strofy wiersza Brzechwy gdybym to ja była bohaterką drugoplanową.
Utknęłam na więcej niż połowę dnia w swoim mini–ogórdku by powalczyć z chwastami a nade wszystko aby podwiązać do tyczek pędy miniaturowych pomidorków wcale nie miniaturowych krzaczków ...które to tyczki musiałam sobie sama zdjełać tymy rencyma. Z olchy obficie porastającej obrzeża naszej posesji.
Pan mąż, jak wiadomo, do wyższych celów stworzon.
Otóż ma urlop.
A wiadomo – jak facet ma urlop to wymyśla. To znaczy nie wiem jak inni faceci, ale ten którego znam najlepiej, czyli mężon osobisty, należy do gatunków wymyślających właśnie, planujących, koncypujących, układających plany działania. I takich, którzy najlepiej wypoczywają jak się utyrają fizycznie.
Pierwszego dnia urlopu po pierwsze się wyspał – to akurat jest constans w każdych jego wakacyjnych planach. Następnie przystąpił do realizacji pierwszego poważnego punktu urlopowych planów – czyly (z akcentem na „y” jak to mawia mój kolega): Panie, panowie: BUDOWA STROPU NAD GARAŻEM trzy dwa jeden start!!! Perfidnie i bez litości został do tej roboty wykorzystany syn dorosły i tym sposobem nim minął uroczy letni dzień – jeden z najdłuższych w roku – strop z płyt oesbe (hyhy, nie mam pojęcia co to znaczy) niemalże gotowy. Robota pierwotnie rozpisana w mężowym grafiku na dni co najmniej trzy – sruuuu – i zrobione.
Więc następnego dnia mężon niestrudzenie przystępuje do punktu namber dwa pod kryptonimem DREWUTNIA. Zgromadziwszy wokół siebie liczny asortyment blaszek, wkrętów, śrubokrętów, kątowników, wyrzynarek, belek oraz syna dorosłego celem ponownego wykorzystania do prac ciężkich, przystąpił do kopania fundamentu. I tu następuje zawiązanie akcji i wszystko się zapętla, komplikuje i ogólnie rzecz ujmując napięcie sięga zenitu. Bo ponieważ gdyż wraz z pierwszym sztychem ostrej łopaty Bardzo Znanej Firmy, następuje wielkie BUM! (powiedzmy, że umowne) i oczom mężona ukazuje się co? Ano ukazuje się kabel od Internetu, a raczej jego dwa końce. Bardzo ładne – nawet nie wiedziałam, że niepozorny czarny kabel ma takie bogate wnętrze. Złożone ze sporej ilości kolorowych drobniutkich kabeleczków.
No cóż. Nie takie katastrofy budowlane się zdarzają. Jesteśmy odcięci od świata. Nie wiem kiedy uda mi się ów wpis opublikować, ale liczę, że panowie internetowcy–bombowcy ulitują się i dotrą do nas na ten koniec świata. Całe szczęście, że rano porobiłam jakieś ważne opłaty, w tym przelew za nowe łóżko dla Jędrzeja.
Uciekam na kije, bo pan mąż jakiś dziwnie nerwowy. No właśnie ciekawe dlaczego on taki chmurny chodzi? Wszak ma urlop, co nie ;)



Pan miniaturowy pomidor na wspomnianej tyczce w oczekiwaniu na słońce i ogrodniczkę ;)

PS. Z najnowszych wieści: mamy Internet! O dzięki Ci nasz dostawco :) Kabelek zabezpieczony i odpowiednio oznakowany ponownie wylądował w ziemi.
A Marecki w ramach przerwy technologicznej (fundament pod drewutnię musi swoje odstać) przystąpił do serii prac lżejszych – oprysk terenu na muchy w toku ;)

środa, 22 czerwca 2011

Maciuś radzi

Siedzi u nas Maciejka Kotletowa. W salonie grają z Jędrkiem w coś tam na XBOX´ie. Tymczasem ja nieopodal prowadzę niezobowiązującą konwersację ze starszym, dorosłym yh :| synem... nooo dooobra raczej przepytuję go na okoliczność zakończenia roku szkolnego, planów na dzisiejszy dzień i takie tam.
– Ciocia nie męcz chłopa! – rzecz nagle Maciuś (lat 9 i pół), nie odrywając wzroku od monitora TV i rąk od bezprzewodowego pada.
Niby dziecię, a jakiej życiowej rady potrafi udzielić :)

ps. A poza tym wiadomo – to za co kocham pracę
w oświacie – W A K A C J E :)

sobota, 18 czerwca 2011

Kurczęęę, nooo :(

A niech to diabli!!! Po stokroć!
Zmieniałam opis bloga i niespodziewanie wykasowały mi się wszystkie ustawienia :(
Najbardziej żal mi tworzonej listy przeczytanych książek – nie uda mi się jej odtworzyć :( Zapisywałam co prawda nie wszystkie bieżąco czytane, ale te ciekawsze, ważniejsze dla mnie z różnych powodów.
I cytaty poleciały :(
I wszystko :(
Jestem zła, jestem smutna, strzelam focha i sobie idę.

Buu...

piątek, 17 czerwca 2011

Powrót Taty

Nie słyszałam, że nocą spadł deszcz przy okazji doszczętnie mocząc moje płócienne spodnie, które już prawie suche wystawiłam z suszarką spod części tarasu zadaszonego na część niezadaszoną, ale za to od świtu oblaną wschodzącym słońcem. Byłam pewna, że w jego porannych, gorących promieniach spodnie doschną i poparaduję w nich do pracy. A tu rano taki tadaam. Mokra trawa, mokra połowa tarasu i nade wszystko mokrutkie moje spodnie. A niech to!
No, ale, ale! Pal licho spodnie! Wydarzeniem dnia był powrót mężona i taty w jednej osobie, z ziemi Włoskiej do Polski. Wycałowawszy dobytek (Fafonowi też się co nieco dostało, tym bardziej, że mocno się czułości domagał) i obdarowawszy go upominkami, mężon dokonał wizytacji obejścia. Niestety chyba absolutorium nie uzyskaliśmy, bo ledwo przekimał się ze dwie godziny i wytargał z garażu kosiarkę. Że niby zielsko zarosło – phiii ciekawe od czego miało zarosnąć jak ten deszcz co mi raczył spodnie zmoczyć był może drugim w ciągu minionych dwóch tygodni. W każdym razie Marecki w trymiga wpasował się w domowe tu i teraz.

wtorek, 14 czerwca 2011

Prostownica i wszystko proste

O dzięki Ci Panie, że w swej wyrozumiałości dla człowieczej małości (zaś kobiecej próżności w szczególności) dałeś stworzeniu ludzkiemu zdolność wymyślania różnych fajnych rzeczy. A konkretnie dziękuję Ci, że jakiś dobry, zdolny człowiek wymyślił... prostownicę :)
Donoszę uprzejmie, że problem skręconego, wściekłego barana na mej łepetynie – rozwiązany, pokonany hip hip hura i „hopsa_sa idziemy przez życie w podskoookach”! A wszystko dzięki Ance.
– Masz! – Ania, jak zwykle z uśmiechem, rzuciła w moją stronę niewielkie podłużne pudełeczko – Bo widzę, że te loki to cię zamordują. Ja tego nie używam, zobacz, może ty się z tym ustrojstwem zaprzyjaźnisz.
I poszłyśmy na kije. Wzdłuż ściany lasu z jednej strony i łanów bezkresnych łąk z drugiej, dokładnie do krzewów dzikich białych róż. Zazwyczaj są różowe, a tam rosną białe – pięęękne :) Potem z powrotem (że tak sobie bezwiednie rymnę). Wylądowałyśmy na tarasie by popatrzeć na zachodzące słonko i uzupełnić płyny w organizmie.
A prostownicę wypróbowałam dziś rano i cały dzień co chwilę biegałam do lustra podziwiać GŁADKIE włosy na mych skroniach i nie tylko. Żegnaj baranie, żegnaj!

Radośnie mi zaś w całokształcie, bo:
1) łobydwa synkowie zdają do następnych klas – jakby nie patrzeć, bez względu na wyniki – sukces ;) i kolejny etap odfajkowany – mam w domu dorosłego maturzystę i gościa, który kończy podstawówkę – oszszsz kurde, poważna sprawa, trzeba mocno ładować akumulatory w wakacje na cały kolejny, intensywny rok szkolny;
2) Mąż Pan już w drodze do dom... nad ranem spodziewam się, że w progach stanie... mmm...;
3) Fafcio już nie utyka na łapkę i ostatnio żadnej doniczki nie zjadł, li tylko małego glinianego aniołka ogrodowego,
4) ... rozbroiła mnie rozmowa z serii porządkowych z synem dorosłym:
– Michał zetrzyj ściereczką kurz z biurka.
– Ścierałem przecież.
– Kiedy?
– No w czwartek – A rozmowa toczyła się we wtorek w godzinach przedpołudniowych – tadaam!
5) Dokładnie za tydzień rozpoczynam błogosławieństwo oświaty – W A K A C J E – i tym optymistycznym słowem mówię dobranoc :)

niedziela, 12 czerwca 2011

Niedziela

Z Andzią potuptałyśmy tup_tup_tup z kijkami daleko hen na kraniec lotniska. I (dosłownie) pole kwitnących krzewów dzikich róż zawładnęło naszymi zmysłami. Szczególnie tymi obsługującymi nozdrza. Generalnie było romantycznie. Powzdychałyśmy jakiż to świat piękny, no i te łany łąk niczym morze spokojne falujące...
Tak mniej więcej minął dzień niedzielny.

PS. Mam czkawkę – jak nic Mężon tęsknotą obezwładnion ;) Dziś – w Neapolu :)

Kilka około_domkowych widoczków – czyli to, czego jeszcze nie zżarł...





... Fafon... w kończynie :)

sobota, 11 czerwca 2011

Fafik ty draniu!

Menda Fafonowa (bo to najbardziej adekwatny epitet określający tą psią bestię, którą utrzymuję) dorwała się do tarasowego stolika. I w związku z tym w wazonie na stole już nie stoi „bukiet polnych kwiatów – rumianków, chabrów, maków i traw wszelakich”. Fafik w przypływie nudy pociągnął za fruwający na wietrze róg obrusa i sruuu... no i wazon się rozbił. A misternie ułożony bukiet, kwieciem malowniczo rozłożył na kamiennym tarasie. Kwiatki – pies drapał (nomen omen), uzbieram nowe, ale czarnego wazonu ręcznie malowanego, od lat w rodzinie – żal.
To było tyle na początek dnia. Po południu poszłam nad Wieprz z zamiarem utopienia psa, ale oczywiście futrzak_podelec tymi swoimi oczyskami tak na mnie paaatrzył... , jęzorem wesoło majtał na lewo i prawo, i generalnie całym swoim jestestwem przekonał mnie, że ojejuuuuuu mój ty śliczny, kochany, malutki, Fafoniuniu jedyny na świecie ukochany. No. Tak więc pies wrócił ze spaceru żyw.

Kurcze... tęsknię za Mareckim. O, kto by się spodziewał.
Właściwe to nie wiem... Toż zmywarka działa, bakterie_oczyszczalnio_ściekowe do kibla, z przeproszeniem , wrzucone i śmieci do odbioru wystawić nie zapomnieliśmy i trawę Michał skosił, zapasy nie stopniały, więc na zakupy jechać nie potrzeba... A mimo wszystko Mężona brak. I w łóżku zbyt pusto nawet nie mam. Bowiem na miejscu przezeń opuszczonym rezyduje chłopię małoletnie wraz z ekipą: Misiem Miodowskim, Szympansem Bernim i Psem Dżejzim. Można rzec – tłok. W dodatku bywa, że ja zabieram do łóżka laptopa – czego normalnie nie czynię wcale. Więc nudno w łóżku nie mam :P
Ale jak się okazuje facet to jednak zawsze faaacet. Mężonieee wróć!
Obiecuję zapodawać ci osobiście zimne piwko przez trzy niedziele z rzędu wprost do łapki i razem z tobą oglądać „Caffe futbol” i nie będę po raz nieskończony pytać co to znaczy, że jest spalony i który to jest Borek, a który Kołtoń, bo i tak wiem, że Borek to ten jakby bardziej przystojny, a nawet się przemogę by własnoręcznie, tylko ewentualnie przez cieniutką rękawiczkę, rosówki na ryb połów uzbierać. Brrr... Tylko wróć już, co?

piątek, 10 czerwca 2011

Kręconemu mówię nie!

– Mamo a ty tęsknisz za tatą? – ha! I kto to zadaje takie pytanko – Jędrul, który nie da się ucałować, przytulić, nic a nic, bo jest już (jak twierdzi) duży.
Dom powinien być pełny, a pełny jest wtedy gdy jesteśmy wszyscy... Wszyscy będziemy w środę. A jutro Marko będzie w Watykanie, w dniu swoich urodzin – niespodziewany, piękny prezent... Tak się cieszę... I pewnie, że tęsknię... Niezwykle rzadko przecież rozstajemy się na tak długo.
Za oknami upragniony chłodek, i zgodnie z obietnicą nie będę marudziła, że zimno :) I wreszcie jestem wyspana, bo przyjechała Mama z Józiem i nocne niepokoje odpłynęły. Ale, że natura nie znosi próżni, a kobieca tym bardziej, to w miejsce nocnych strachów przyszła bezsilna złość na... włosy. W trakcie ubiegłorocznego, agresywnego leczenia wypadały na potęgę, a potem zaczęły odrastać na potęgę do sześcianu – jeśli coś takiego istnieje bo jako humanistka jestem na bakier z matmą. To, że odrastają – super, ale dlaczego, d l a c z e g o, D L A C Z E G O kręcone?!?!?! Nienawidzę kręconych włosów szczególnie na swojej głowie! Wyglądam w nich idiotycznie. Poszłam do fryzjera z nadzieją, że jak wycieniuję te poskręcane końcówki to to co odrosło będzie proste – tak jak przed leczeniem. A tu guzik! Jeszcze gorzej. Mam na głowie wściekłego barana. Irytują mnie zadziwione i czasami bezsensowne pytania:
– Zmieniłaś fryzurę? To trwała????? – nie będę przecież każdemu tłumaczyła co jak i dlaczego, choć do pewnego momentu to robiłam, ale ileż można.
Chyba czeka mnie nowy zakup. Prostownicy. Bo nie zdzierżę :(

czwartek, 9 czerwca 2011

Upał uff!

Pamiętam, gdy marzłam mroźną zimą, obiecałam sobie złego słóweczka nie rzec na upały w czasie lata. Ale teraz obiecuję nie marudzić na zimno zimą. Hawk!
Zima? Mróz? Chłodne powietrze... mmm... A co to takiego?
Strasznie gorąco, powiedzenie „żar się z nieba leje” właśnie się ziszcza. Słońce oplata żarzącymi mackami, gorące powietrze oblepia, zakleszcza, brr... Zapowiadane opady deszczu jakoś nas omijają. Chociaż może dzisiaj się zmieni, bo coś zaczęło się na niebie dziać – czyżby miały jednak i do nas dotrzeć burze? Jeśli mają spłukać choć odrobinę tego żaru to tak, tak – pioruny–błyskawice–wichry przybywajcie!
Zakupiłam foremki do babeczek i nie bacząc na tropiki, zadebiutowałam w roli pańci–babeczkowej. Zrobiłam kilkanaście tradycyjnych – z bitą śmietaną i truskaweczkami, bo jest czerwiec, a wiadomo, że w czerwcu to króluje Jaśnie Pani Truskawka. Zaryzykowałam też i porwałam się na hit gosieniowy czyli kruche babeczki z biszkoptowymi kapturkami. Z konfiturą truskawkową w środeczku oczywiście. Foremki wyłożone kruchym ciastem podpieka się około 5–7 minut, następnie wysuwa z piekarnika i napełnia ulubionymi konfiturami (najlepsze są powidła śliwkowe, ale z truskawkową też poezja) po czym zalewa trzema dużymi łyżkami ciasta biszkoptowego. Blacha z babeczkami z powrotem ląduje w piekarniku na około 10–15 minut. Chłopcy zauroczeni, a Marecki, który na służbowym wyjeździe moczy sobie tyłek w Adriatyku, dostał tylko babeczkowego ememska. Co prawda biszkoptowe kapturki na moich babeczkach nie wyrosły tak niebotycznie jak u Gosieni, ale przecież Gosienia to jest ciasteczkowa czarownica i jej wypieki zawsze wyglądają jak wycięte z pism lub książek kucharskich. Albo i lepiej, a o smaku nie wspomnę...
Fafon wykorzystał, że byłam zajęta i cichcem rozłożył się pod stołem, na wprost chodzącego na pełnych obrotach wentylatora. Leżał nieruchomo, z jak sądzę, ogromnym przekonaniem, że jak leży cicho to go nie widzą, to go nie ma, to go nie wywalą, to pies „ludzia” przechytrzył. Ale „ludź” futrzaka dostrzegł, ten jednakże tak uroczo leżakował pod tym stołem, chłonąc chłód z podłogi, że nie miał „ludź” sumienia wygnać pieska na ten rozpalony żar.

wtorek, 7 czerwca 2011

Halloo? Tu mama!

Moja Mama jest mistrzynią świata w wykonywaniu mało ważnych telefonów, w najmniej odpowiednim czasie, szczególnie o niemalże świcie. Specjalizuje się natomiast w takich sobotnio–niedzielno–urlopowych. Dzwoni np. o godzinie 7.00, rozbudzona, jakby nie spała od 4. rano, a zegar wybijał co najmniej południe:
– Agusiaaa? A ty do sałatki z tuńczykiem to dodajesz groszek?
– Mamooo!!! Jest niedziela, proszę cię!
– Aaa – reflektuje się mimo wszystko zdziwiona – a, no to dobrze, to śpij, już śpij. Zadzwonię później. Dobrze, śpij, śpij, pa.
No akurat, weź i sobie śpij.
Albo dzwoni i pyta głosem dźwięcznym jak dzwon Zygmunta i rześkim jak młody skowronek:
– Cześć! Śpicie? – przypominam: sobota lub niedziela, godzina 7.00 – A to śpijcie, zadzwonię później. No, pa!
Wrr!
Dziś też zadzwoniła mniej więcej w tym samym stylu – to jest 20 minut przed budzikiem – a przecież każdy człowiek wie, że rano każde 5 minut snu jest na wagę ZŁOTA!!!
– Agusia, wiesz co, nie kupuj nic wędliny na łykend, ja przywiozę mięsko to upieczemy. Takie wiesz swoje, po co kupować jak można swoje upiec.
Zdołałam tylko wyszeptać:
– Mamo błagam cię nie dzwoń do mnie tak rano. Wiesz, że nie mogę spać w nocy jak Marka nie ma, zasypiam późno.
– Ano..., no dobrze, dooobrze, to pośpij jeszcze sobie, śpij. Zadzwonię później.
Że też Jej nigdy nie przyjdzie do głowy to „zadzwonię później” w momencie gdy zaczyna wybierać numer do mnie.
Zaś telefony od mojej Teściowej to całkiem inna historia – po prostu Teściowa specjalizuje się w innego typu telefonach. Służby wywiadowcze wszystkich krajów i wszystkich możliwych ustrojów politycznych, wysiadają :)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Słomiana wdowa :(

Gorące słońce, które jeszcze w sobotę i niedzielę jest uosobieniem błogiego relaksu, zapowiedzią wyczekiwanego lata, w poniedziałek rano, w drodze do pracy drażni, że czego tak gorąco, że znowu upał, że cholera jasna, mogłoby się wreszcie schłodzić. A tu i gorąco, i sucho – burze gdzieś tam kołują za brzegami Wisły i Wieprza, a ziemia jak skwarek. Pachnie, pachnie obłędnie. Ledwo akacja zasuszyła swoje kwiatostany a już wystrzelił wonią jaśmin. A jeszcze i truskawki, i koperek – tyle wspaniałych zapachów drażni, kusi, rozpala...
W piątek w nocy Marek wyjechał na długich jedenaście dni i nocy, a ja pozostałam w domu z dobytkiem ożywionym i nieożywionym, czyli synami sztuk dwie, psem sztuk jedna (ale robi zamieszania jak za trzech) no i oczywiście domem z otoczeniem wokół, które to trzeba sprzątać, kosić, podlewać, pielić i takie tam, yh. Nocami czytam książki aż do świtu i wówczas dopiero zasypiam. Gdy nad łąkami zaczyna się rozjaśniać, a nocne zmory giną o brzasku. Chodzę permanentnie niewyspana... Nie znoszę kiedy Marka nie ma w domu. A już do granic wytrzymałości doprowadza mnie nasz pies, który po prostu jest jakimś dziwnym typem preferującym zdecydowanie nocny tryb życia. Energia i witalność na poziomie max – szczeka, wariuje ze swoimi zabawkami i oczywiście z częstotliwością co druga noc wykopuje mi kwiatki z donic. Kiedy widzę jak wybujałe pelargonie dogorywają na ziemi wytytłane przez tą bestię, to mam ochotę uczepić go na łańcuch do budy i mieć gdzieś prawa zwierząt i ich maniakalnych obrońców. Ale z kolei innym razem gdy idziemy nad rzekę, a on z taką autentyczną, dziką radością wskakuje do wody, pływa, a potem z impetem i mega szczęściem wymalowanym na psim pysku kursuje wokół krzaczorów, wysokie trawy pokonując susami niczym skoczny zając, tylko kłapciaste uszy mu podskakują, to uwielbiam go, uwielbiam. I aż się człowiekowi na tą psią radość samemu radośnie robi. Pełna afirmacja życia.
W czwartek przyjedzie do nas na kilka dni Mama z Józiem, więc jest szansa na odespanie tych zarwanych nocy powodowanych niepokojem zamieszkiwania na końcu świata.
Sezon truskawkowy zainaugurowałam z grubej rury – przerobiłam 3 łubianki na dżemiki i z marszu ulepiłam pierogi z rzeczonymi truskawkami.
A truskawki pyyyszności – aromatyczne, słodkie, pełne słońca. Szczególnie pysznie smakują jako zimny mus na tarasie o poranku, gdy słońce jeszcze z drugiej strony domu, a taras tonie w błogim zacienieniu. W wazonie na stole wciąż stoi bukiet polnych kwiatów – rumianków, chabrów, maków i traw wszelakich, dziwnym trafem jeszcze zignorowany przez Fafika.