niedziela, 31 lipca 2011

Lało wczoraj, leje dziś, jutro też???

Jaka śliczna sobota była wczoraj i jeszcze piękniejsza niedziela wciąż trwa.
Niebo idealnie osłonięte puszystą warstwą szarych chmur. Roślinność soczyście zielona w deszczowej kąpieli. I jakie śliczne, rozległe kałuże w kolorze intensywnej szaroburości. Coraz większe i większe. Krople deszczu wesolutko tańczą sobie na chodniku przed domem. Kwiaty przeglądają się w mokrym od deszczu tarasie, a trawa rośnie jak oszalała w tej wilgoci. Błoto mięsiste, gęste, z rozkoszą poddaje się samochodowym oponom i stopom obutym w kaloszki. Przyjemnie popatrzeć na taki piękny świat. Sama rozkosz, sama słodycz, sama poezja. Lipiec 2011 żegna nas uroczo...

PS. Nie, nie jestem pijana, nie, nie zarzuciłam prozacu ani żadnego innego zakazanego specyfiku narkotycznego. I nie majaczę w gorączkowej malignie. Po prostu postanowiłam się radować tym co jest i już. Na przekór, a co mi tam!
W domu rozbrzmiewa Wolna Grupa Bukowina, pies śpi pod stołem, bo na tarasie dostał drgawek ze strachu gdy tylko zaczęło grzmieć. Pachnie kawą. Przed chwilą dzwonili chłopcy. Zakończyli stacjonarny pobyt nad Morzem Śródziemnym i rozpoczęli podróż po południowych Włoszech. Dziś zwiedzają Materę, a przede wszystkim jego historyczną część – Sassi. Ponoć tam gdzie są, nieustannie jest słońce – może dlatego u nas go brak.
Pogoda wymarzona do spania, czytania lub działalności artystycznej, której zamierzam się oddać. Wczoraj zrobiłam Laniołka ;) (pisownia jak najbardziej prawidłowa, aniołek dla pewnego fana Linuksa więc w skrócie Laniołek):



Idę aniołkować dalej...

piątek, 29 lipca 2011

Aktualności różne

Ale sobie pomilczałam. Dlatego uprzejmie donoszę co aktualnie słychać:

Aktualności pogodowe:
Nuda panie, nuda – często pada, chłodno, słońce jak już wyjrzy zza chmur to jakieś takie rozkapryszone. Rzec by się chciało: normalka panie, lipiec w Polsce. Ale nie bądźmy złośliwi, zgryźliwi i dajmy szansę naturze na poprawę. Tym bardziej, że dziś słońce dominuje. Mimo opadów Wieprz trzyma się w ryzach, czyli brzegów swych zbytnio nie opuszcza, choć podniósł poziom.



Aktualności domowe 1:
Dziwny jest dom bez dzieci. Zbyt cichy, zbyt pusty, zbyt czysty nawet... Ale wesołe i bynajmniej nie stęsknione głosy chłopaków w telefonie rekompensują mi moją tęsknotę za nimi. Na rozpalonej słońcem plaży w samym czubku włoskiego buta jest im w tej chwili zdecydowanie milej. U nas rzeka chłodna, jeziorko też – nie wiem czy w tym roku zdążą się jeszcze ogrzać.
Poza tym z Panem Mężem osobistym uskuteczniamy całkiem przyjemne życie słomianych rodziców czyli we dwoje: wspólne śniadanka... wieczory z kumkającymi żabami, bąbelki szampana o zachodzie słońca, troszkę atrakcji towarzyskich czyli goście u nas i my w gościach – takie tam różniste przyjemności, ten tego ;)
A Jędrek, skubaniec ciekawski, przed wyjazdem dopytywał:
– Mamo, a co wy właściwie będziecie z Tatą robili jak nas nie będzie?
Tak to dzieci postrzegają rodziców – w kontekście rodzicielstwa właśnie. Ale rodzicielstwo to tylko część wspólnego bycia razem dwojga ludzi. Bardzo piękny i bardzo intensywny emocjonalnie, ale jednak część.
Więc panie Jędrulka – mówiąc krótko – rodzice nie nudzą się ;) Ale za dzieciorami tęęęsknią...

Aktualności z szufladki „ja i moja mama”:
Mama miała zabieg okulistyczny – usunięcie katarakty, o której zresztą dowiedziała się całkiem przypadkowo, bo sądziła, że ma po prostu „gorszy wzrok ze starości”. I że taka to już kolej rzeczy i jej niedoli polegającej na podupadającym nieuchronnie zdrowiu – oględnie ujmując.
Dzwonię do niej dowiedzieć się co i jak i czy wszystko OK.
– A daj spokój!!! – rzecze oburzona rodzicielka.
– Co się stało? – pytam zaniepokojona, oczami wyobraźni już widzę Mamę na wpół ociemniałą.
– Słuchaj, no nie wiem po co ja to robiłam! Ty wiesz jakie ja mam zmarszczki?! I ile kurzu na parapetach mam, a przecież wycierałam! Wszystko teraz widzę. Tylko po co? Chociaż nie powiem, kolory jakieś takie bardziej kolorowe, no i widzę jakby szerzej.
Odetchnęłam z ulgą – to tylko mamine marudzenie. Zabieg się udał, za pół roku do poprawy drugie oko. Może jakoś mama przegryzie to niespodziewane przejrzenie :)

Aktualności domowe 2:
Mąż Pan kończy urlop zdobywając niczym harcerz kolejne sprawności. Aktualnie pracuje nad „druh budowniczy autostrad wiejskich”. No nie dał chłop szansy wykazać się radnym, którzy w niedawnych wyborach samorządowych zabiegając o nasze głosy, obiecali nam drogę (zachowałam ulotki wyborcze, na wypadek, gdybym jednak zwątpiła i uwierzyła, że mi się tylko tak wydawało). Od wspólnoty osiedlowej odkupiliśmy coś koło 200 płytek z rozbieranego chodnika – cała złotówka za jedną płytę, która waży chyba ze 30 kilo. Dobrze, że sprzedawali nie na kilo tylko na sztuki. Plus kilkanaście taczek piachu, kilka worków cementu, pół kilo kawy i zgrzewka piwa, i normalnie (jakby rzekł Walduś Kiepski) już mamy drogę. No raczej taki dwuślad – ale Szanowni Państwo Czytacze :) jeśli tylko zechce mi się włożyć szpileczki, to schodząc z naszego około_domkowego chodniczka na drogę obok naszej posesji nie zatopię obcasików do połowy w błotku – o nie! Będę już tup_tup_tup jak pańcia po twardym trotuarze tuptała.

Pędzę zacierać piach na płytkach i przy okazji opalać się tu i tam, bo słońce jakoś takie intensywne się zrobiło.
A nadzór budowlany w postaci tego „pana” na fotce czuwa:

piątek, 22 lipca 2011

Scrabble i ogórki

Sama nie wiem czy grając w scrabble kisiłam ogórki i jednocześnie prasowałam ciuchy chłopakom na podbój Italii, czy może kisząc ogórki prasowałam a międzyczasie grałam w scrabble? W każdym razie bagaże gotowe, ogórki w słojach, a w scrabble raz wygrałam, a raz przegrałam z kretesem. Ale to tylko dlatego, że ustaliliśmy, że ten kto ułoży słowo kojarzące się z Włochami dostaje 30 punktów premii. I Jędrek ułożył „FORUM” dopowiadając, że chodzi mu o „ROMANUM”, a Michał słowo „ŻREĆ” dowodząc usilnie, że przecież we Włoszech zamierzają namiętnie „żreć” pizzę. „Forum” uznane jednogłośnie, „żreć” odrzucone ku obrazie michałowego majestatu .
Jutro start na Okęcie o godzinie wołającej o pomstę do nieba, bo wylot o 5 rano w sobotę!!! Zważywszy, że do stolicy to my mamy dooobre półtorej godziny drogi – raczej jutro mam zarwaną całą noc... Smutno i cicho będzie bez chłopaków, ale cieszę się bardzo na tą ich wakacyjną, męską wyprawę z Dziadkiem :)

środa, 20 lipca 2011

jakośminijakoś

Wpadłam w nastrój jakośminijakoś. Marek twierdzi, że cierpię na zespół odstawienia od pracy. Dowcipniś się znalazł.
Czas mija mi w ogródeczku, pracach „artystycznych”, wycieczkach nad rzekę, no i kijkowaniu z Anką. Już jeżyny dojrzewają – obżeramy z Anią krzaczki, które rozległym łanem rosną tuż przy naszej trasie kijkowej.

Moje poranne mini–zbiory, w sam raz na śniadanko i obiadek:


Fafik zapatrzony w rzeczną dal:


Uciekam pokontemplować poburzową naturę...

sobota, 16 lipca 2011

Urlop M.

Podsumowanie 2/3 urlopu Pana Małżonka Szanownego:
– strop w garażu jak ta lala,
– drewutnia również (plus zmazana obficie drewnochronem ku ochronie jak nazwa wskazuje),
– kominek–grill ogrodowy obsadzony, wymalowany czeka na pierwsze odpalenie,
– placyk przed bramą zrobiony + zwieziona kolejna porcja płyt chodnikowych porozbiórkowych na wykonanie dwóch śladów dojazdowych,
– pies wreszcie wyczesany i w związku z tym sierści na tarasie jakby mniej,
– trawa wykoszona,
– mój rower nie naprawiony (kto by się nim przejmował w kontekście powyższych rzeczy WAŻNIEJSZYCH),
– ale za to naprawiona wtyczka od odkurzacza.
Jakby nie patrzeć bilans na plus.
Co do roweru zaś, to póki co jeżdżę jednośladem porzuconym przez Mareckiego. Chociaż może i niedługo Michałowy będzie do wzięcia – bo od kiedy Szanowny Pan Dorosły Syn odebrał był prawo jazdy, nad wyraz chętnie kilka razy w ciągu dnia dopytowywuje:
– Mamo, jakieś zakupy trzeba zrobić?
– A dziadka kiedy trzeba odwieźć na dworzec?
– Jędrek zawieźć cię gdzieś może?
– A może podrzucić cię, mamo, do pracy...
No jaki się uczynny chłopak zrobił :) Dziwnie jeździ mi się obok niego... Zbyt świeże w pamięci mam obrazki Michałeczka w nosidełku, w wózeczku, maluszka z samochodzikiem z lego duplo w dłoni, wydającego odgłosy bruum brum bruuuuuuuuuuum!
Yh. Te dzieci to teraz jakoś szybciej rosną – za moich czasów jakby wolniej ;)

Lipiec w urlopowym toku, a ja jakoś nie mogę odciąć pępowiny od pracy. Co chwilę coś ważnego do napisania, przesłania, przemajlowania... a nawet wyjazd służbowy się wykroił. Mój szef i w wakacje jest twórczy, a ja muszę za nim podążać :) Pomijam, że na głowie mam biznes stulecia, bo to już na własne życzenie przecież.
A tu jeszcze w sklepie słyszę:
– Bo te nauczyciele to mają, pani, dobrze. Nic tylko wakacje i wolne, pani, i święta i jeszcze im źle.
Przemilczałam, bo co będę faceta z błędu wyprowadzała. I tak mi nie uwierzy, że tak najbardziej super to jednak nie mają, ale fakt, że i nie całkiem źle. Myślę, że każdy zawód świata ma swój urok i napsaurok. A człowiek, jakby nie patrzeć, ma wolną wolę i jednak w jakimś stopniu może tą swoją żyzń kształtować, na przykład w kwestii wyboru zawodu. A jeśli nawet zdarzy się, że to los wybierze za nas – to albo uparcie dążyć do zmiany, szukać, węszyć za czymś co jest „nasze”, albo... pokochać to co się robi i doskonalić się w tym. Bo inaczej – praca zamienia się w harówkę bez szans na samorealizację i spełnienie, za to z dużą szansą na narastającą frustrację.
Choć czasami jęczę na swoją pracę, szczególnie jak mi się spiętrzą różności, to bardzo ją lubię. I wbrew pozorom wcale nie za wakacje, których tak się belfrom zazdrości (choć , nie powiem, są słodkie, cudne, wspaniaaałe, mniam!), ale za kontakt z młodymi ludźmi, kreatywność i elastyczność w działaniu – w każdym razie moja zawodowa działka tego ode mnie wymaga. Nie prowadzę typowych zajęć dydaktycznych, może dlatego łatwiej mi nie popadać w rutynę.
No a jeśli już uskuteczniam taki zawodowy coming out, to zdradzę na czym polega biznes stulecia, któremu oddaję się od trzech tygodni :) Sprawuję opiekę nad grupą młodzieży odbywającą szkolenie spadochronowe w aeroklubie. Lotnictwo, szczególnie w początkowym etapie szkolenia, wymaga dobrej pogody, dlatego te ostatnie deszcze złowieszcze, burze grzmocące i błyskające były nie po mojej myśli. Ale już się troszkę poprzecierało, pierwsze skoki zaliczone, biznes stulecia w moim wykonaniu ma się ku końcowi. Pozostanie mi przesłodka przyjemność roztrwonienia pozyskanej gotówki extra, co niezwłocznie uczynić zamierzam.
Póki co – lecę...
Do pracy ;)

A na fotkowy deser – mieszkaniec nowej drewutni :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Czytam

„Czytajmy w Polsce” to niedawno zakończony cykl „Gazety Wyborczej”, który miał ambicje przekonywać, że życie z książkami jest o wiele ciekawsze i bogatsze niż bez nich. W licznych wywiadach przedstawiano osoby – ludzi kultury, sztuki, biznesu, mediów, którzy nie wyobrażają sobie życia bez książek. Akcja baaardzo mi się podobała – chociaż do czytania nie trzeba mnie przekonywać – należę bowiem do tej CZYTAJĄCEJ części naszego społeczeństwa. I wcale nie uznaję tego jako wyczyn, tylko rzecz całkiem oczywistą.
Hipotetycznie przyjmując, że jakiemuś dziennikarzowi zechciałoby się przepytać mnie – zwykłego człowieka – na okoliczność książek, które są dla mnie z różnych, czasami trudnych do sprecyzowania względów ważne, to zapewne, jak większość ludzi CZYTAJĄCYCH miałabym nie lada problem. Ale postanowiłam spróbować, może się uda... Sama jestem ciekawa co mi z tego wyjdzie... Kolejność pozycji na mojej liście jest przypadkowa – ułożona alfabetycznie wg autora.
Właściwie takich „list ważnych książek” mogłabym stworzyć kilkanaście. Książki mojego dzieciństwa, książki z satyrą w tle, poezje, książki na bezludną wyspę, książka do pociągu, książka na bezsenną noc. Powiedzmy więc, że ta stworzona, to takie pierwsze skojarzenie na hasło „Czytam, bo lubię!” Pierwsze i TERAZ. Bo być może gdybym zastanowiła się nad tym za kilka dni, czy tygodni, w innym momencie mojej codzienności, to skojarzenia byłyby całkiem inne. Wiem, że wyszedł koktajl przedziwny – ale prawdziwy, więc niech taki zostanie...

1. Biblia –
bo jest w niej WSZYSTKO co człowiek wiedzieć powinien.
2. „Inteligencja emocjonalna” Daniela Golemana – Goleman powiedział: „inteligencja wcale nie gwarantuje, że osiągniemy jakikolwiek sukces” i wywołał burzę. Książka, dzięki której rozumie się dlaczego ze słabych uczniów wyrastają rekiny sukcesu, a intelektualni szkolni prymusi giną gdzieś na drogach życia. Przeczytałam tą książkę tuż po studiach, gdy jeszcze w mej głowie pełno było encyklopedycznych formułek i okrągłych zdanek definiujących to czy tamto. Goleman otworzył mi oczy na wagę (nie)zwykłej „życiowej mądrości”.
3. „Świat według Garpa” Johna Irvinga – miałam problemy w szkole za ukradkowe czytanie tej książki podczas lekcji historii. Od Garpa skradłam marzenie o szczęściu czerpanym ze zwyczajnego bycia z najbliższymi. Kilka lat później poznałam smak tego trudnego do zamknięcia w słowa, niemalże intymnego uczucia, jakie towarzyszy rodzicom skradającym się do pokoju swoich śpiących dzieci by na nie tylko po prostu popatrzeć.
4. „Karolcia” Marii Krüger – w dzieciństwie pragnęłam mieć taki niebieski koralik, aby spełnić swoje dziecięce marzenie... które wiązało się z czymś smutnym, wolę go już nie pamiętać. Książka, która uświadomiła mi, że wyobraźnia potrafi być bezkresna. Przeczytałam ją ponownie jako dorosła kobieta, kiedy syn „przerabiał” w ramach szkolnych lektur. Wciąż odnajdywałam w niej magię i dobrą energię.
5. „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell – i wpisuję na listę nie za wyciskającą łzy love story z płonącą Atlantą w tle, ale za „Pomyślę o tym jutro”, które osobiście nie odbieram jako odsuwanie od siebie problemów, ale wstrzymanie się z ich rozwiązaniem do czasu kiedy będzie mniej bolało, kiedy wszystko poukładam, przeanalizuję, nabiorę zdroworozsądkowego dystansu... by podjąć przemyślaną decyzję. Dziękuję Ci za to Scarlet O´Hara :)
6. „Ania z Zielonego Wzgórza” (i cała kontynuacja) Lucy Maud Montgomery. O facjatce marzyłam zawsze, gdy było mi bardzo źle. Było tam tak ciepło, bezpiecznie, rodzinnie... Mam teraz własny dom, co prawda bez facjatki, ale wszystkie dobre emocje z nią kojarzone w nim odnajduję.
7. Cykl „Niedoskonałości” Krystyny Nepomuckiej („Małżeństwo niedoskonałe”, „Rozwód niedoskonały”, „Samotność niedoskonała”, „Miłość niedoskonała”, „Kochanek doskonały”, „Starość doskonała”) – moje ulubione literacko klimaty polskiej, czasami siermiężnej rzeczywistości – lat od okresu międzywojennego, poprzez wojenną zawieruchę po powojenne moszczenie się w nowym surrealizmie peerelowskim – bez względu na czas, bez względu na warunki, człowiek będzie szedł do przodu jeśli tylko ma cel. Powieści napisane nieprawdopodobnie zgrabnym stylem, z potężnymi dawkami różnorodnych emocji (od dramatu do satyry) i z niewymuszonym poczuciem humoru. Facet zwany Busiem rozbraja w każdym momencie swych pokracznych pomysłów.
8. „Szklany Klosz” Sylwii Plath – Sięgnęłam po tą książkę dość wcześnie, wstrząsnęła mną chyba właśnie dlatego, że czytałam ją bez jeszcze życiowej dojrzałości... Teraz nie lubię do niej wracać, ale mimo tego... wracam.
9. „Lalka” Bolesława Prusa – uwielbiam, choć wielu moich czytających znajomych nie potrafi tego pojąć. A ja wracam do „Lalki” bo zwyczajnie lubię tego zakochanego wariata Wokulskiego, a jako osoba z nutą romantyzmu z żyłach (no niestety) wyczuwam doskonale te tarcia epok – wypieranie chmurnego romantyzmu przez konkretny pozytywizm.
10. „Franky Furbo” Wiliama Whartona – Jest taki moment w tej książce, kiedy nagle człowiek ma wrażenie, że eksploduje mu w głowie jedno wielkie „EUREKA” i już nie można się od niej oderwać. Przeczytałam w ciągu jednej nocy. Niesamowita opowieść jakże odmienna od innych powieści wspaniałego Whartona, pełna fantastyki, takiej przyprawiającej o dreszcz emocji... I znowu: „w rodzinie siła...”

Czytam od kiedy pamiętam. Przy nocnej lampce, pod kołdrą z latarką – przechodzili przez to w czasach nastoletnich chyba wszyscy czytać kochający. Czytałam pod szkolną ławką, na nudnej lekcji. I na wakacjach u babci na drewnianym leżaczku pod krzaczkami czarnej porzeczki. W pociągu. W szpitalu. Na hamaku i w kolejce do lekarza. Zawsze musiałam i nadal muszę mieć pod ręką „COŚ” do czytania.
Uwielbiam biblioteki. Pachną niepowtarzalnie.
Jako wychowawczą klęską przyjmuję to, że własnych dzieci czytelniczą pasją nie zaraziłam :( Choć codzienne czytanie przez całe ich dzieciństwo było lubianym rytuałem, jeszcze zanim wystartowała piękna akcja „Cała Polska czyta dzieciom”. Chociaż... hm... Harego Pottera jednak przeczytali – więc może jest jeszcze nadzieja ;)

Na koniec rzucam okiem na moją książkową listę i już widzę w niej braki, ale nie da się w dziesiątce ścisnąć ich więcej. A przecież i „Hotel New Hampshire”, „Dziwny przypadek psa nocną porą”, „Kolor purpury”, „Rok 1984”, „Folwark zwierzęcy”, „Ono”, „Buszujący w zbożu”, „Poczwarka”, cała „Jeżycjada”, „Podróż za jeden uśmiech”, „Krystyna córka Lavransa”, „Mały Książę”, „Medicus”, „Blaszany bębenek”, „Kod Leonarda da Vinci”, „Milczenie owiec”, „Wichrowe Wzgórza”, „Zbrodnia i kara”, „Komu bije dzwon”, „Mistrz i Małgorzata”, „Sto lat samotności”, „Malowany ptak”, „Nieznośna lekkość bytu”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Traktat o łuskaniu fasoli”, „Love Story”, „Cesarz”, „Disneyland”, „Ciotka Julia i skryba”, „Pięć lat kacetu”, „Stachu, jego kobiety i jego dzieci”, „Cave pod Minogą”, „Smażone zielone pomidory”... a jak mam niby wybrać coś jednego jedynego Edwarda Stachury albo przeczytanego przeze mnie całego Hłaski??? ...

STOP! Lawina :) Zmykam...
Poczytać :)

sobota, 9 lipca 2011

To my ciągle budujemy?

Jędrek jak zwykle burzę przesiedział w garderobie z zatkanymi uszami, a Fafik w garażu – ze skulonym ogonem, położonymi uszami i miną „Ratunku! mnie tu nie ma”, wciśnięty w najdalszy kącik tuż za rowerami. Ja dosłownie w ostatniej chwili zdążyłam wrócić z kijków. Wypłoszyłyśmy z Anią bociana z krzaków – niemalże przed naszymi nosami wzbił się w powietrze. Zastygłyśmy w podziwie. Uwielbiam boćki. W gnieździe po sąsiedzku w tym roku są dwa małe bocianiątka, w ubiegłym roku było ich trzy.

W Marku odnowił się syndrom boba_budowniczego z niedawnego okresu powstawania naszego domu. Metodą skokową w minionych deszczowych dniach budował z Michałem drewutnię. Skokową, bo skakali pomiędzy kolejnymi ulewami od prawie_drewutni pod garażowy daszek. I tak cały dzień.
Nie pada – wkrętarka i piła w ruch.
Pada – cała wstecz i majstry wskakują pod garażowy daszek i czekają.
Aż deszcz zelżeje.
Nie pada – wyskakują i budują.
Pada – pod daszek i czekają.
Kiedy stanął już stabilny szkielet i zadaszenie z blachy, akcja drewutnia została zawieszona. I wcale nie z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych, tylko z powodu ... płyt chodnikowych. Okazyjnie pozyskaliśmy je z rozbiórki. Wszystkie siły zostały rzucone na drogę dojazdową do naszej posesji, czego nie było w urlopowym planie mareckiego. Marek do pomocy zwerbował miejscowego pana złotą rączkę czyli pana Janka (ten co w ubiegłym roku stawiał nam front ogrodzenia, wówczas to dałam się poznać w wiejskim sklepiku jako donosiciel piwa) no i się zaczęło. Kopanie, podsypywanie, równanie, układanie. Międzyczasie polaków rozmowy i PanaJankowe porady życiowe:
– Dzieci to jak mawiał mój ojciec – do 5 roku życia traktuj jak książątko, od 5 do 18 jak niewolnika, a potem to już masz g...o do powiedzenia.
– Dzieciaków jak szklanek, nigdy w domu za dużo – to sie je tłucze, tyle, że szklanek potem ni ma a dzieciak i tak zostaje. No.
Marecki jako zdeklarowany zwolennik bezstresowego wychowania, mądrości te przyjmuje jak folklor, a Jędrek tylko się pod nosem uśmiecha. Bo chłopcy także oczywiście do prac zatrudnieni.
W trakcie przerw panowie bob_budowniczowie siadają pod daszkiem garażu, pan Janek pali fajurki, zimne piwo siorbią obydwaj. Pan Janek sukcesywnie snuje opowieści o każdej kolejnej zagrodzie z naszej ulicy i dalszych, a że mieszka tu od urodzenia – czyli od prawie 60 lat to ma co opowiadać.
I tak oto podjazd w miłej atmosferze się zbudował, przy akompaniamencie PanaJankowego bajania.

Niezwłocznie po zakończeniu budowy podjazdu, Marecki powrócił na plac budowy drewutni. Gdy międzyczasie kurier przywiózł zamówiony kilka dni wcześniej grill murowany, Michał przewrócił oczami i wybył w teren, bo jak twierdzi w domu przy ojcu to nie ma szans na odpoczynek i relaks. Złożenie grilla odłożone na czas „podrewutniowy” jednakże.

No a potem nadeszła wspomniana burza – Jędrek wszedł do garderoby, Fafik wyglądał jak ofiara losu, bo takie błyskawice i grzmoty to chyba po raz pierwszy w swym psim żywocie widział i słyszał.
A ja posłuchałam sobie deszczu dudniącego o dach tarasu, popatrzyłam w grube krople tonące w coraz większych kałużach, wsadziłam kapelusz na głowę i pojechałam do tymczasowej pracy wakacyjnej, czyli na miejsce czynienia biznesu stulecia ;)


Rumianki tarasowe:


Pomidor koktajlowy wciąż w leci w zielone kulki i gdzie nie spojrzeć koper:



Za to fasolkę szparagową już jadamy z własnego ogródka, znika tak szybko, że nie dało się jej sfotografować.

środa, 6 lipca 2011

Fafon pogromca pliszek

Przez wspomniany już biznes stulecia, prace ogródkowe, około domkowe roboty (chociaż to raczej domena urlopującego mężona), kijkowanie z Anką, wyczytywanie zasobów bibliotek trzech i ze zwykłego lenistwa, tudzież braku weny, dawno nie udzielałam się artystycznie. Dlatego wytaszczyłam swoje skarby płócienno–koralikowo–sznurkowe i uplotłam Janiołeczka, bo wszystkie co miałam już wyfrunęły do dobrych ludzi pilnować ich szczęścia. „Nowy” też pewnie długo miejsca u nas nie zagrzeje...



I jeszcze siłą rozpędu powstała miniaturka na bazie moich ulubionych ramek ikeowskich z równie ulubionym ostatnimi czasy motywem:


W czasie deszczu nie tylko dzieci się nudzą – psy również.
Mokre połacie trawy, przyciągnęły na nasz teren liczne pliszki szare.
Tomcio mówi, że to pliszki szare, a ja mu wierzę bo on w asortymencie swoich rozlicznych zainteresowań bywszy i ornitologiem–pasjonatem.
Pliszki wyjadają robaczki z trawnika. Fafik myśląc chyba, że to ruchoma zabawka dla niego – łapie je i... No właśnie... Oszczędzę szczegółów. W każdym razie pliszki bliskiego kontaktu z Fafikiem nie przeżywają. Sprawa zaczyna być poważna, bo w ciągu ostatnich dwóch dni Fafik unicestwił 5 ptaszków (w każdym razie tyle przyuważyliśmy). Dlatego w ramach resocjalizacji ląduje czasami na łańcuchu, choć bardzo nie lubimy go tam uczepiać, ale malutkich, radosnych i ufnych pliszek bardzo nam żal... No ale Fafona na łańcuchu też. I weź tu człowieku bądź proekologiczny i przyjazny zwierzętom.



Dopisane dwie ulewy później:
Cholera, wyczytałam, że pliszka szara na terenie Polski to gatunek objęty ścisłą ochroną gatunkową. No pięknie – jeszcze w kajdany przez Fafcia pójdziemy...

wtorek, 5 lipca 2011

Biznes stulecia, cholera jasna

Z powodu różnorakich decyzji zawodowych i wymyślnych wydatków finansowych – nowy murowany grill do ogródka, nowe mebelki tarasowe w tym obowiązkowo moje marzenie z gatunku tych drobniusich czyli drewniane łóżko ogrodowe ;) – ostatnimi czasy nie nocuję w domu. Wiem, wiem brzmi podejrzanie i dwuznacznie. Ale zapewniam – pracuję w całkowitym poszanowaniu dla ogólnie przyjętych norm społecznych i bez przetrąconego kręgosłupa moralnego, ku chwale oświaty i wychowania oraz na rzecz przyszłych pokoleń lotniczych zastępów. Za zgodą męża i wiedzą dzieci, teściowej (co jak wiadomo jest nie bez znaczenia) oraz przyjaciół i znajomych. Chodzę permanentnie niedospana i mimo wszystko z nadzieją spoglądam w niebo. Bo im szybciej te chmurzyska znikną – a kysz! – tym szybciej ta moja nocna tułaczka się skończy.
Z powodu tego biznesu stulecia, któremu się od tygodnia oddaję, nie bardzo mam czas na inne przyjemności prócz czytania książek (które to mogę bez uszczerbku dla biznesu stulecia czytać w trakcie... robienia biznesu stulecia)... i zarabiania pieniędzy w ramach rzeczonego biznesu stulecia ;)
Od razu przyznam, że sformułowanie biznes stulecia w mojej rodzinie nie cieszy się zbytnią estymą. Wręcz przeciwnie – tym mianem określane jest coś... co jest mało współmierne do włożonego wysiłku. Taka jakby skórka za wyprawkę. Tyle, że biznes stulecia brzmi jakby bardziej top trendy. Ja jednak biznesu stulecia bym nie wyśmiewała i z góry na straty nie skazywała. Bo jednak świadomość, że konto lada moment zostanie zasilone extra sumką (ponad stały i regularny dopływ gotóweczki) jest budująca morale leciutko tylko nadwątlone podczas niedospanych nocy.

Ożżż... znowu pada. Co za lipiec.

piątek, 1 lipca 2011

Oooj taaam, że paaada i zimno, i wieje.
Czasami jest potrzebny taki czas kapciowo–szlafroczkowy. Książka, nieodłączna kawa z mlekiem (popadam w uzależnienie) – naprawdę można całkiem przyjemnie przeczekać ten oddech natury od upału i palącego słońca.
I co z tego, że niemalże pierwszego dnia lata umyłam wszystkie okna – włącznie z tymi tarasowymi najbardziej ofaflunionymi przez Fafona. Wolałam zrobić to na samym początku wakacji, aby mieć z głowy i z poczuciem spełnionego obowiązku oddawać się lenistwu. A, że teraz pada i okna osiągnęły stan, że tak powiem: przedmyciowy :) phii... Przecież każdy wie, że kromka chleba spada zawsze masłem do dołu, kot na cztery łapy, a deszcz pada tuż po umyciu okien. Ot prawa natury. Trzeba to przyjąć i wówczas człowiek bezstresowo patrzy na dewastację efektów swojej pracy, czynioną przez Naturę. Świadomość Jej prawidłowego działania skutecznie likwiduje poczucie winy, że kurde mole!!! znowu okna do mycia, nożżż...
Istnieje coś takiego jak paradoks kota z kromką posmarowaną masłem. Hm... czas chyba poddać naukowej analizie paradoks kota z kromką posmarowaną masłem stojącego tuż przy umytym oknie. Z Naturą nie ma co walczyć, a oknami zbytnio się przejmować.
Poniżej deszczowe widoki tarasowe...


Gosienia uświadomiła mnie dlaczego moje kruche babeczki z biszkoptową czapeczką wyszły jakieś takie kłapciaste. Ciasto biszkoptowe nakłada się na ciasto kruche od razu i piecze razem.

Uczyniłam jak Gosienia nakazała i babeczki wyrosły jak marzenie – w sam raz na przyjecie Ali, Tomcia i ich kochanej Zuzieńki. Gościli u nas tydzień temu, gdy jeszcze na świecie niepodzielnie i władczo królowało słońce. Mmm... Dziękuję Wam kochani za te wspólne, cieplutkie popołudnie. Cieplutkie nie tylko dzięki panującej wówczas aurze, ale dzięki ciepłu jakie ma w sobie Wasza rodzinka...