środa, 24 sierpnia 2011

Kontuzja!!

Miałam dziś przemożną chęć na żywe kwiatki w domu.
W wazoniku.
Na stole.
Pachnące i kolorem strzelające.
Banał.
A groszek pachnący rozgościł się na całego w namiastkach rabatek okołodomkowych. Zbezcześciłam cichcem te rozrosłe krzaczorki i kilka gałązeczek wylądowało w malusiej buteleczce po włoskiej oranżadzie, pretendującej do dumnego miana flakoniku. Obok kilku niewyrośniętych astrów i pastelowych onętków – a paaachnie! Niech się chowa taki wtyczek_elaktryczek produkujący zapach z gniazdka elektrycznego.

Po wczorajszym zastrzyku adrenaliny zaserwowanym przez „pracę” (ległam spać chyba po 2 w nocy, bo trza było pilnie, pilniej albo jeszcze szybciej tekst i materiały foto na dziś rano skoro świt przygotować na mega ważną imprezę), wstałam dziś dużo wcześniej niż zwykle. Niż zwykle w wakacje. Synki dwa słodko spały w wyrkach, piesa też, z tymże na wycieraczce, tylko Mąż Pan dudki zarabiał od rana. Kontemplując otaczające mnie zewsząd okoliczności przyrody, zauważyłam niejakie zakłócenia w odbiorze, szczególnie zaś gdy podziwianie uskuteczniałam przez okno kuchenne. Bo okno kuchenne nad zlewozmywakiem ma jednego dużego plusa i jednego dużego minusa. Plus to jest taki, że jak się np. obiera ziemniaki to sobie można popatrzeć jak to np.: bocian łazi po polu, albo jak kombajn żniwuje, albo też jak wykopki idą, tudzież śniegiem zawierucha po polu zamiata – w zależności od pory roku. Minus zlewu kuchennego pod oknem zaś jest taki, że jak się te ziemniaki obiera i potem płucze, to okno się robi upstrzone. Dodam, że jak cholera! Ale co tam! Okno nad_zlewozmywakowe można sobie szybko umyć, a widoków zaokiennych bez okna nad_zlewozmywakowego nijak się nie wyprodukuje.
Ale, ten tego, co to ja chciałam napisać?
A!
Że z samego rana umyłam okno w kuchni i z rozpędu tarasowe – bo też usyfione, a to już za sprawę Fafika, który co wieczór rozpłaszcza nos na szybie i sobie patrzy co też te ludzie w tej wieeelkiej budzie za tą duuużą szybą porabiają.
Czyli, że ranne wstawanie jest twórcze. Jakby nie patrzeć.

A reszta dnia minęła pod znakiem kontuzji, która to nastąpiła w czasie meczu piłki koszykowej Pitery dwa kontra Peły dwa – przy czym kontuzji uległ zawodnik drużyny Pełów – czyli nasz, kurden blaszka. A mówiłam chłopakom aby zamiast wypaśnego koszta do kosza ;) kupili trampolinę, ale czy kto mnie w tym domu słucha? W każdym razie dokumentacja fotograficzna żywota naszego syna dorosłego powiększyła się o fotkę szkieleciku stopy prawej (lewa na podobną okoliczność była fotografowana ze 3. lata temu). Szkielecik całkiem przystojny, nie powiem. A poza tym to ja nic o nim więcej rzec nie mogę, a Szanowny Pan Jaśnie Wielmożny Specjalista Ortopeda przyjmuje we czwartek. Tak więc o! Trza czekać, zęby zaciskać. Okładać octem, bo nawet w aptece pani znajoma emgieer farmacji i znajomy kolega lekarz ogólny rzekli:
– A daj spokój z żelami, maściami i innymi reklamami – octu przyłóż i już.
Więc melduję, że octem w całej chałupie jedzie, a miało pachnieć groszkiem pachnącym, eh.
Kurden blaszka.

darmowy hosting

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz