piątek, 26 sierpnia 2011

Taka tam codzienna gonitwa

Rano kurs do ortopedy, potem kurs po kule, bo gdyż syn chodzić o dwóch nogach zdaniem specjalisty od kończyn wszelakich, nie może co najmniej tydzień. A o dwóch kulach może. Jakoś nie chciało mi się ciężko zarabianych pieniędzy inwestować w kule, więc je wypożyczyłam od znajomej służby zdrowia. Skakania na jednej nodze nikomu nie polecam, na dłuższą metę. Syn dorosły tym bardziej. Acha – specjalista zawyrokował: skręcenie kończyny prawej, tadaaam! Ponoć klasyka. Niniejszym sezon koszykarski na naszym podwórku uważam za zakończony, przynajmniej dla syna dorosłego.
A reszta dnia minęła generalnie przy garach i na inauguracji pracy (tak, tak, te lenie belfry wreszcie kończą urlopy :P), czyli tak:
– mieszam makaron, bo synom dwóm przeszło zniechęcenie do makaronu i zachciało im się makaronu z białym serem i owocami, i bitą śmietanę dla rozpusty w biały dzień;
– mieszam żurek dla Mężona, bo ponoć za nim ostatnio chodził, wespół w zespół z czosnkiem i kiełbasą i ponoć nawet z jajkiem, szubrawiec jeden, ten żurek,
– zaparzam sobie kawę i dolewam mleka, bo jakoś trzeba w żyły wtłoczyć życiodajną kofeinę,
– obmyślam jak wyjątkowo, niepowtarzalnie i jedynie w swoim rodzaju uczcić swoje okrągłe urodziny, które to się zbliżają krokami milowymi,
– mieszam zażarcie żarcie dla psa,
– obmyślam menu na jutrzejsze pożegnanie wakacji z Kotleciorami i Shoniami,
– wstukuję w klawiaturę ostatnie poprawki na dzisiejsze spotkanie z pracą.
Wreszcie idę do pracy, ciśnienie mi skacze lepiej niż po kawie – chyba czas rzucić kawę, bo praca ciśnienie podnosi równie skutecznie, a wyjdzie taniej. A przecież nawet jeszcze oficjalnie praca się nie zaczęła...
Ale spoko – przeżyjemy :)
Jak nie, jak TAK!

PS. Boćki, te nasze po sąsiedzku, jeszcze nie odleciały – całe dnie spędzają na pobliskich polach i łąkach i żrą, żrą i żrą. Może zima przyjdzie później, co? A może wcale?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz