środa, 17 sierpnia 2011

N całych jeziorach my

Właściwie to za sprawą Marka i Grzesia, a raczej ich niedawnej whisky´owej ;) posiadówki, sierpniowy łykend spędziliśmy z rodziną Shoni i „naszymi” Kotleciorkami na Polesiu w krainie bagien, łąk, lasów, jezior czystych do kąpieli i takich dzikich, zarastających, ginących w połaciach ekspansywnej roślinności wodnej i podmokłej. Od 2004 roku sierpniowy łykend spędzaliśmy dotychczas w którymś z regionów Polski na spotkaniach z użytkownikami forum osób chorych na łuszczycę – w tym roku z różnych względów musieliśmy zrezygnować. Zamiast nas, na zlot pofrunęła paczuszka:









Do Polesia i Pojezierza Łęczyńsko–Włodawskiego mamy z Markiem sentyment. W 2003 spędziliśmy tam część wakacji z naszymi dziećmi. Michaś miał wówczas 10 lat, a Jędrek był niespełna czteroletnim szkrabem. Poznaliśmy wówczas większość jezior (niezbyt od siebie oddalonych), ścieżek dydaktycznych, wszystko to czym ten region może się pochwalić: torfowiska, lasy bagienne, siedliska żółwi błotnych i innej gadziny, jak mawiają miejscowi. Wiele tu uroczych miejsc, choć nie ma takiej infrastruktury jak w większych i bardziej atrakcyjnych turystycznie rejonach Polski. Na pewno Polesie jest godne polecenia na wypoczynek dla mieszkańców Lubelszczyzny, bo bliziutko :)
Tym razem zakotwiczyliśmy nad jeziorem Krasne. Ze względu na dość krótki pobyt, na pieszą wyprawę wybraliśmy tylko jedną ścieżkę – Spławy, prowadzącą ze Wsi Załucze Stare do zarastającego, przepięknie położonego jeziora Łukie.
Tylko kilka dni... ale odpoczęłam od codziennej krzątaniny, obowiązków. Wspólne śniadania pod gołym niebem, spacery, a nawet kijkowanie z Anią wśród wykoszonych pól, wieczory z grzesiową gitarą, zachody słońca nad jeziorem, gromady bocianów zbierających się na sejmiki – tak, tak – wiem – wszystko to ocieka kiczem, ale jak świetnie się w tym kiczu człowiek relaksuje...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz