wtorek, 27 września 2011

Winogronowy dzień

Aby nie było, że z winogrona to my tylko wino i nic więcej, no i by uniknąć zarzutu łamania ustawy antyalkoholowej, uwarzyłam sok winogronowy. Zaskakująco słodki, aromatyczny, pyszny i abstynentom łaskawy :)
Pachnącemu groszkowi też smakuje...












Nim zabrałam się do przecierania soku (czynność tyleż żmudna co nudna), sprawdziliśmy jak zachodzi słońce.
– Winogrona nie uciekną, a takich wieczorów w tym roku... ile jeszcze zostało? – przekonywał Marecki, po czym uczepił piesę na smycz i poszliśmy nad rzekę...

sobota, 24 września 2011

Winogronowy Fafik

Słoneczna sobota, na którą nie bardzo mieliśmy pomysłu – no bo ja po nocnym zarabianiu pieniędzy (ha! ale brzmi, co!), Michaś chory, liście z drzew jakoś nie spadają, to i nie ma co grabić i palić, grzybów w lesie nie ma... Z nudów więc zrodziło się winobranie. Fafik okazał się być niepoprawnym winogronożercą. Ponoć winogrona są dla psów trujące... Fafcio chyba o tym nie wiedział, my też nie – więc pozostaje nam mieć nadzieję, że nasz pies, który pokonał już kleszcza i lalusiowatego sznaucera z osiedla, da radę i winogronom...












A na koniec dnia upiekłam szarlotkę z kwaśnych jabłek z aromatyczną wanilią. Aleeee pachnie...

piątek, 23 września 2011

Gdy ci wiewiórka przebiegnie drogę

Kiedy w drogę wejdzie nam czarny kot – wiadomo pech.
A co jest, kiedy drogę przebiegnie wiewiórka? Ruda złodziejka dorodnych orzeszków laskowych? Mam nadzieję, że coś dobrego.
Wymknęła się z ogródków działkowych z wielkim orzeszkiem w pyszczku, zerknęła na mnie spod oka i pomknęła na drzewo po drugiej stronie ścieżki rowerowej.
Śliczna była... soczyście ruda... gęsto puchata... z bystrym spojrzeniem...
Pan wszystkowiedzący google´el powiedział, że wiewiórka jest symbolem przedsiębiorczości, zaradności, skrupulatności i wytrwałości w dążeniu do celu. No to teraz muszę pomyśleć co też mi ta wiewiórka chciała rzec, wchodząc mi w drogę pewnego wrześniowego poranka, gdy rowerem zmierzałam gdzieś tam...

środa, 21 września 2011

Spadek formy. Znowu wrócił czas, którego nie lubię – czas kiedy moimi myślami rządzi choroba. Teoretycznie to ja niby wszystko wiem: na łuszczycę się nie umiera i nikogo się nią nie zaraża, mam szczęśliwą, wspierającą rodziną, znajomych, którzy rozumieją mój problem. Czyli zero powodów do smutku. A mimo wszystko, kiedy choroba łapie w szpony moją skórę, to zawłaszcza sobie także moje myśli, rządzi moimi emocjami. Naprawdę trudno wyrwać się z tych kleszczy, kiedy wciąż czuje się dyskomfort – skóra piecze, swędzi, jej suchość jest po prostu paląca, bolesna. Już nawet pomijam względy estetyczne, bo one na takim etapie nawrotu choroby są mniej ważne. Chociaż przychodzą chwilę kiedy cierpię, nienawidząc choroby za to, że odbiera mi moją kobiecość.
...łza nieproszona, natrętna spływa po policzku...
...więc czas przestać o tym pisać, bo łzy mogą zmyć makijaż, pod którym skryte są zmiany łuszczycowe.

Okej – zmiana tematu :)
Wciąż cieplutko i bardzo dobrze. Dla mnie może tak być chociażby do połowy grudnia. W mych myślach zresztą już wiosna – zbieram nasionka kwiatów na wysiew. Czekam na wolną chwilę aby móc wysadzić cebulki tulipanów, hiacyntów, żonkili i szafirków.

Cieszą z własnego ogródka zebrane nasionka... i pachną słońcem...



poniedziałek, 19 września 2011

Co tam panie na Księżycu słychać?

Wrześniowe wieczory urzekająco ciepłe, żal nie skorzystać z tak sprzyjających okoliczności przyrody. Tomasz przytargał teleskop i podglądaliśmy co tam słychać na Księżycu. No więc wygląda na to, że srebrna cisza i święty spokój. Niestety odcisku stopy Edwina Aldrina nie namierzyliśmy, i Pana Twardowskiego ni widu, ni słychu, ale już kratery jak malowane – powierzchnia Księżyca jest piękna, urzekająca!!! Kolejną atrakcją wieczoru kopernikowskiego (na część naszego nowego bujaka ogrodowego w kształcie przywodzącym na myśl astrolabium mistrza astronoma) był Jowisz. W obiektywie tomkowego teleskopu bardzo jasny i – uwaga! – z widocznymi czterema księżycami. Tego gołym okiem nie widać. Tomcio na złość Kopernikowi chciał wstrzymać Ziemię, bo co chwilę trzeba było korygować ustawienia teleskopu – gwiazdy i planety dryfowały z obiektywu, skubane! Zerknęliśmy jeszcze co tam w Wielkim Wozie tudzież w odległej galaktyce eM_ileś_tam słychać – ale żadne ufoludki nie zerkały na nas przez ufoludkowy teleskop. Zapłonęło więc ognisko – nasze światełko dla gwiazd, dla Kopernika, dla tych odległych ludków z kosmosu i dla nas – a co tam!
A maciejka wciąż naparza jak szalona :)

piątek, 16 września 2011

Fafciowe urodziny

Fafcio skończył wczoraj rok. Ugotowałam dla niego taaaką wielką kość wołową zakupioną specjalnie na tą okoliczność. Odśpiewaliśmy mu sto lat i oczywiście został obficie poczochrany za uchem :) Teraz można mówić do niego per „Szanowny Pan Fafonek” z naciskiem na „Pan”.
Data urodzin (oszczenięcia?) jest jednak umowna. Wybrana przez nas orientacyjnie – po pierwszej wizycie w psiej przychodni zdrowia. W grudniu minionego roku jego przypuszczalny wiek został oceniony przez panią weterynarz na 3 miesiące.
Nie znamy prawdziwej daty przyjścia na świat naszego pieska. To podwórkowy kundel, którego narodzin nikt nie oczekiwał, reszta szczeniaków z jego miotu – same suczki – została utopiona... Fafon miał szczęście, bo był psim facetem (moje feministyczne JA mówi groźne: Wrrrr!!!) i nadawał się na łańcuch, dlatego losu swoich sióstr uniknął.
Fafik ma ocieploną grubym styropianem budę – takim samym jakim mamy ocieplony swój dom. Przed zimą zamierzamy zaopatrzyć ją w specjalne ochronne drzwiczki transparentne. Od szczeniaczka mieszka na dworze, choć zeszłej zimy, gdy był jeszcze malutki spał w garażu zawinięty w polarową bluzę Jędrka i przykryty kocykiem. Marek co jakiś czas chodził sprawdzać czy się nie odkrył ;)
Na łańcuchu nasz pies ląduje tylko w ramach resocjalizacji – gdy poluje na ptaszki, albo zbytnio angażuje się w prace ogródkowe. Zawsze jest wówczas bardzo obrażony i wyniośle spogląda na nas – niedobrych ludziów. Nie wie jakie ma szczęście, że trafił do nas – jest kochany, głaskany, przytulany i dostaje witaminki. Uniknął prawdziwego losu psa łańcuchowego. Niedawna nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt jeszcze nic nie zmieniła – ale czy jakąkolwiek ustawą można zmienić mentalność ludzi? Kiedy Fafik coś zbroi na naszym podwórku, po którym biega swobodnie, słyszę pouczające kwestie: „pies na łańcuchu powinien być uczepiony”. A ja mówię NIE metrowym łańcuchom przy dziurawych budach, po których hula wiatr, wdziera się mróz, mówię NIE sytuacji gdy pies pije wodę tylko gdy spadnie deszcz lub śnieg, mówię NIE biednemu psiakowi, który zanim załatwi potrzebę fizjologiczną, najpierw bezradnie biega na tym metrowym łańcuchu w te i wewte, aby stworzyć sobie wrażenie, że odbiegł od miejsca gdzie śpi – bo żaden pies nie robi pod siebie. Ale to trudne gdy się wisi na metrowym łańcuchu.

Faciu żyj psie sto lat i jeden dzień dłużej :)

wtorek, 13 września 2011

Kolejne żelazko poooszło!

Ja to mam fajnie – zepsuło mi się żelazko i nie muszę prasować :]
W żelazku super_hiper_renomowanej firmy spaliła się grzałka, której koszt jest równy mniej więcej 2/3 kosztu nowego żelazka. No to wniosek z tego, że będę miała nowe żelazko. To już kolejne w mojej długoletniej karierze męłnżatki. Chyba gdzieś tak między piątym a siódmym. Do żelazek szczęścia nie mam. Ale to, które teraz raczyło się efektownie spalić, służyło mi i tak z 5 lat – to chyba najdłużej z tych, które miałam dotychczas. Minęły czasy gdy żelazko państwo młodzi dostawali w prezencie ślubnym, by potem towarzyszyło kolejnym etapom małżeńskiej drogi: prasowało najpierw spodnie w kancik młodego pana męża i sukienki z klosza cięte młodej pani żony, potem pieluszki tetrowe dziecka jednego, kaftaniki drugiego, a może nawet i trzeciego, wreszcie pierwszy fartuszek do szkoły córki i pierwszą dorosłą koszulę syna itd. itd. Mąż od czasu do czasu spiralę naprawił i było ok. Jak się przyfajczyło to sól, papier ścierny w ruch i było okej. Nikt się z żelazkiem nie cackał, bo teflonowych i ceramicznych stopek nie było. Teraz drobny sprzęcior domowy nawet nie ma dostępnych śrubek aby odkręcić i wejrzeć w bebechy w razie najdrobniejszej awarii. Wiem, bo tym sposobem uśmierciłam kilka suszarek do włosów – też super_hiper firm.
Prasować nie lubię, więc żelazka mi nie żal. Tym bardziej, że sama się spalam – twórczo – pisząc scenariusz kabaretowy na okoliczność 14 października, yh.

niedziela, 11 września 2011

Jak dobrze, że są takie dni jak dziś

–  – Powiedział Marecki siadając na ławeczce. Oparł nogi o żółty filar tarasu i nalał do szklanki zimne piwo. Słońce zaczęło malowniczo – jak to zwykle słońce – zachodzić. Oblało taras pomarańczowym światłem... A z drugiej strony domu wschodził księżyc. Jeszcze blady, jakiś taki niewyraźny, no i okrągły, bo pełnia. Groszek pachnący robił to co umie najlepiej – pachniał i ładnie wyglądał.
Piękny dzień... Po prostu.

A ja rozprawiłam się z przetworami...



...i sobie zrobiłam taki o lampion, ze słoika, do którego zabrakło już powideł A.D.2011 :)

sobota, 10 września 2011

Przetwarzam

Nie wiem co mnie podkusiło, aby wyciągnąć syna dużego na targ i przytargać: 10 kilo papryki, 5 kilo pomidorów i 5 kilo węgierek, i jeszcze troszkę cebuli, i papryczek peperoni, i jabłek na dokładkę. I jeszcze aromatyczny czosnek pod polskim niebem wyhodowany. Generalnie łapy do ziemi i było co robić. Ale sama tego chciałam, serio – nikt mnie w to nie wrobił. Chyba zaćmiła mnie wizja spiżarenko–piwniczki obstawionej od ziemi do sufitu kolorowymi przetworami. Jak na razie domowe ketchupy – pomidorowy i paprykowy dochodzą w słoikach do stanu konsumpcji. Papryka w zalewie z miodem też już się wyleguje w słoiczkach i nasiąka smakiem. Natomiast powidła z węgierek dopiero jeden raz mi się przypaliły, a przecież każda gospodynia domowa wie, że powidła są gotowe dopiero wówczas gdy wysmażą się trzy dni i dwa razy przypalą – w każdym razie wszystkie znane mi kobitki z mojej rodziny tak robiły, więc nie zamierzam łamać tradycji rodzinnych.

Noc cudowna – ciepła i przesiąknięta zapachem maciejki...



A fotka pomidorowo–paprykowa :)


––– po edycji –––

Dodaję przepisy na ketchupy, na prośbę Szanownych Czytaczy :)

Ketchup pomidorowy[fotka po lewej]

2 kg pomidorów
1/2 kg jabłek
2 cebule
1 szklanka cukru
1/2 szklanki octu
1 łyżeczka gorczycy białej
Po 1/2 łyżeczki słodkiej i ostrej papryki (ja zamiast tego dałam świeże dwie papryki czerwone przepuszczone przez maszynkę oraz jedną papryczkę peperoni)
1/2 łyżeczki soli

Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę. Pokroić w plastry – pomidory, jabłka, cebulę (świeżą paprykę i papryczkę w paski – jeśli wybierze się wersję bez papryki w proszku) – do rondla i gotować aż wszystko stanie się miękkie. Zmiksować blenderem, wg przepisu powinno się później przetrzeć przez sito, ale ja tego nie zrobiłam :D Dodać przyprawy wg przepisu i gotować na małym ogniu aż masa zgęstnieje. Mieszać co jakiś czas. Gorący ketchup wkładać do słoiczków, pasteryzować 15 minut.

Ketchup paprykowy[fotka po prawej]
3 kg papryki czerwonej i pół kilo cebuli – zmielić w maszynce

Dodać:
1 szklankę oliwy
2 szklanki cukru
1 łyżeczkę chili w proszku (ja zamiast tego dałam dwie papryczki peperoni)
3 łyżki (duże) soli
Gotować 30 minut na wolnym ogniu od czasu do czasu mieszając.

Następnie dodać
9 ząbków czosnku – roztartego
3 słoiczki koncentratu pomidorowego (ja tam dałam 1 kilo pomidorów potraktowanych blenderem i 1 słoiczek koncentratu)
1 szklankę octu
3 – 5 liści laurowych
1 łyżeczka suszonej bazylii
1 łyżeczka natki pietruszki
Gotować kolejne 30 minut.
Gorącą masę przekładać do wyparzonych słoików, zakręcić. Pasteryzować 15 minut.

Ketchup – sos wychodzi troszkę rzadki, ale jest doskonały do mięs na gorąco i zimno, grillowanych, ja uwielbiam także do serów żółtych.

PS. Moim skromnym zdaniem ten pomidorowy jest leeepszy :)

czwartek, 8 września 2011

Na etatach

Spokojny dzień matki_żony_polki na etacie do kwadratu.
Etat numer 1 – dom:
Do pracy idę na popołudnie, ale rodzina wstaje rano, więc wstaję i ja. Z zamiarem, że gdy tylko zamkną się za nią drzwi, dam susa z powrotem w ciepłe łóżko. Celowo nie podnoszę rolet, w sypialni panuje czekoladowy półmrok...
Śniadanie synom, herbatka ziołowa dla mnie, mężon obsługuje się sam. Mamo, to mamo tamto. Jędrek szybciej, bo nie będę czekał. Marek dziś zebranie u Michała w szkole – pójdziesz? Pójdę. No, Jędrek, szybciej! No przecież idę!
Bo jakoś się tak u nas porobiło, że samochodem dysponują syny dwa, a my z Mareckim przesiedliśmy się na rowery. To znaczy przesiadł się Marek, bo ja jak zawsze przedkładam jednoślad nad dwu.
Poszli. Plan przeprowadzenia desantu na łóżko jakoś mi się rozmył, podnoszę rolety i do czekoladowego pokoju wciska się blade światło, bo słońce cuś dziś nie ten teges.
Ogarniam łóżka – bo kto by się tam rano przejmował schowaniem pościeli do szuflad, co nie?
Chwila na tarasie celem rekonesansu meteorologicznego. No i psa trzeba poczochrać za uchem, bo się domaga.
Rower–zakupy–dom.
Psa oczywiście trzeba znowu poczochrać za uchem, bo zapomniał, że był już czochrany.
Kurczak bach do gara niech się pyrtoli. Sterta warzyw do towarzystwa, by nie było mu za smutno w tych rosołowych okach – no i będzie sałatka, a co!
Teraz na szmatę i idę mordować wszelkie zarazki!
Tworząc naleśniki z serem i bananami – popijam kawę.
Wreszcie coś tylko dla mnie – prysznic...
Druga kawa i chwila na sprawy komputerowo–internetowe.
Telefony, telefony.
Faceci z energetyki.
Faceci od śmieci.
Pan listonosz – Fafik piłuje japę na pół wsi i ciut dalej. Oj, listonosza to on nie lubi. Czy psy mają to w genach?
Pranie, cholera jasna zapomniałam o praniu!
Zaraz do pracy.
Poszukiwania płaszcza przeciwdeszczowego. Pada – może będą grzyby?
Przed wyjściem rzut oka na dom – wymuskany, pachnący obiadem – ach miło będzie doń wrócić... rodzinie ;)
Zanim wskoczę na rower obowiązkowo znowu muszę wyczochrać Fafika.
Wreszcie azymut na pracę.
Mniej więcej w połowie trasy mijam samochód ze słodką zawartością w postaci osobistych synów dwóch, starszy kieruje, młodszy macha łapą.
Kurde... dużych synków mam, sami sobie obiad zrobią ;)

Etat numer 2 – praca w pracy:
– Dzień do...
– Do szefa!
No to lecę.
– Za 10 minut, ok? – niby pytająco informuje szef, no to wracam.
Zanim dojdę do swojego gabinetu: tysioncpińcet spraw i dwadziwińcet pytań od stu tysięcy ludzi.
Idę do szefa. Kolejne tysioncpińcet..., no, ale co tam – kocham swoją pracę w pracy.
Późnym wieczorem docieram do domu. Czochram Fafika, bo... tak, tak – się domaga :) Wchodzę do domu. Powiedzmy, że ogólny rozgardiasz.
– Kochanie, a wrzuciłaś bakterie do oczyszczalni?
Noż kurde nie wrzuciłam. Bo ja zła gospodynia jezdem, aaaaaaaa!!!

Zakończenie
To był dzień spokojny. Niespokojny jest fajnieeejszy :)

wtorek, 6 września 2011

Wrześniowo

Korzystając z tego, że cała Polska „wszyscy jesteśmy powołani”, w tym i mój dom, prawie że siedzi w Gdańsku na PGE Arena śledząc mecz Polska – Niemcy, zasiadam popisać troszkę. Choć w sumie nie mam natchnienia, to i notka pewnie wyjdzie byle jaka. Taka troszkę leniwa. Jak babie lato, którego coraz więcej...
Rok temu we wrześniu już paliliśmy w kominku, a w tym proszę – cieplutko – i niech tak trwa. Dla mnie to może tak być chociażby i do połowy grudnia ;)
W warzywniku pomidorki już szlag trafił, ale za to mam gąszcz włoszczyzny i dorodne kabaczki. Wysiałam rukolę na jesienne zbiory – z nasionek wyhodowanych przez Elę... Już nie mogę doczekać się kolejnych plonów, bo poprzedni wyszedł mi z ogródka w tempie galopującym i zupełnie przeze mnie nie zauważonym. Kocham rukolę!
Niepostrzeżenie bociany po sąsiedzku odleciały – widziałam je jeszcze jak się obżerały na łąkach w ostatni weekend sierpnia. Pewnie pakowały bocianie spiżarenki na długą podróż. Odleciały na rozpoczęcie szkoły gdzieś w ciepłym kraju. Te boćki to się potrafią ustawić.
Grafik domowy powrócił na tory przedurlopowe. Czyli przed południami jestem sama w domu, to znaczy z Fafikiem – i robię za paniusię_gosposię domową, a gdy wszyscy wracają do domu, ja startuję do pracy i absorbuję swoje szare komórki. Normalnie wszechstronny rozwój. Cóż – za to mam wakacje. Coś za coś, nie ma co jęczeć. To nie jęczę, tylko dosiadam rower niebieski i pędzę. Mniej więcej w połowie drogi spotykam takiego jednego fajnego faceta, dajemy sobie buziaka i rozjeżdżamy się w przeciwne strony: on do domu, a ja do tej pracy. A, fajny facet to notabene osobisty mężon, żeby nie było to tamto. Aktualnie samochodem dysponuje syn dorosły, bo gdyż:
– ma kontuzję nogi, przecież,
– ma najdalej ze wszystkich domowników do miejsca pobierania wiedzy,
– musi cały czas szlifować nawyki kierowcy.
Więc Marecki wznawia nawyki rowerzysty, z tegoż powodu. Korzyści obopólne. Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy Michała.
Na polach przed oknem kuchennym trwa akcja „wykopki”, to sobie czasami obserwuję i wdycham wspaniały zapach palonych łętów, traw, suchych resztek z pól...
Czas rozpalić i u nas jakieś ognicho na pożegnanie lata albo powitanie jesieni – alboli też jedno z tej, a drugie z tamtej okazji – a co tam!



ps. A tylko sekundy dzieliły naszych od wyniku 2:1 ;)

niedziela, 4 września 2011

Fafik we wianku

Lato ma się ku wdzięcznemu końcowi, a ja dopiero pierwszy wianuszek kwietny dziś uplotłam.
Fafciowi średnio przypadł do gustu...



...więc zawisł na tarasie .

sobota, 3 września 2011

Koniec laby

Wrzesień niemal od pierwszego dnia pachnie inaczej. Poranną rosą, zielenią zmęczoną latem, ciepłem wilgotnej ziemi, rześkim powietrzem. Chłodnym porankiem mgła mdleje we wspinającym się po niebie słońcu. Wciąż kwieciście – astry, złocień, pelargonie, groszek, moje kochane onętki i cała zgraja aksamitek...
Wstałam wcześniej niż wszyscy, bo praca, wiadomo, koniec laby, ale nie narzekam – byczyłam się dwa miesiące – to teraz mam za swoje ;) Omijam śpiącego na tarasie psa i skaczę po rosie do warzywnika, zrywam troszkę zieleniny, aby przygotować sałatkę z bakłażanem w roli głównej, bo Jędrek od kilku dni się dopomina. Zostawiam rodzinie niespodziankę – nakryty stół z gotowym śniadaniem. Cicho wychodzę z domu, tylko Fafik leniwie otwiera oko, by za chwilę dalej zapaść w błogi sen. Rowerem gnam do roboty.
Babie lato rozwiesiło witki na słonecznikach...
A potem piękny dzień – jak z pocztówki. Jak malowany. A jednak taki zwyczajny, słoneczny, błękitny, aromatyczny dzień bardzo dojrzałego lata...