środa, 21 września 2011

Spadek formy. Znowu wrócił czas, którego nie lubię – czas kiedy moimi myślami rządzi choroba. Teoretycznie to ja niby wszystko wiem: na łuszczycę się nie umiera i nikogo się nią nie zaraża, mam szczęśliwą, wspierającą rodziną, znajomych, którzy rozumieją mój problem. Czyli zero powodów do smutku. A mimo wszystko, kiedy choroba łapie w szpony moją skórę, to zawłaszcza sobie także moje myśli, rządzi moimi emocjami. Naprawdę trudno wyrwać się z tych kleszczy, kiedy wciąż czuje się dyskomfort – skóra piecze, swędzi, jej suchość jest po prostu paląca, bolesna. Już nawet pomijam względy estetyczne, bo one na takim etapie nawrotu choroby są mniej ważne. Chociaż przychodzą chwilę kiedy cierpię, nienawidząc choroby za to, że odbiera mi moją kobiecość.
...łza nieproszona, natrętna spływa po policzku...
...więc czas przestać o tym pisać, bo łzy mogą zmyć makijaż, pod którym skryte są zmiany łuszczycowe.

Okej – zmiana tematu :)
Wciąż cieplutko i bardzo dobrze. Dla mnie może tak być chociażby do połowy grudnia. W mych myślach zresztą już wiosna – zbieram nasionka kwiatów na wysiew. Czekam na wolną chwilę aby móc wysadzić cebulki tulipanów, hiacyntów, żonkili i szafirków.

Cieszą z własnego ogródka zebrane nasionka... i pachną słońcem...



1 komentarz:

  1. Aguś jak Ty się musiałaś dusić na tych blokach...Tak sobie myślę, że gdybyś pisała tego bloga z balkonu 1/3m max:) to ciągle wiało by nostalgią za tym nasionkami, groszkami pachnącymi, wierzbami płaczącymi itp... Znalazłaś z Markiem swoje idealne miejsce na Ziemi i to się czuje:)I z największą przyjemnością się o tym czyta:)

    OdpowiedzUsuń