poniedziałek, 31 października 2011

Strrrrrraszne ciasteczka

Nie zawsze musi być dynia.
I kto to powiedział, że ciasteczka maślane muszą wyglądać smakowicie :)







Mówię strrraszne uuUUUuu!!!



...i pędzę poczytać wspomnienia o Zbyszku Cybulskim – jednym z moich młodzieńczych idoli.
Tych, których już nie ma wśród nas...


niedziela, 30 października 2011

Nie chce mi się

Nie chce mi się jakoś nic, a w każdym razie niewiele mi się chce.
Czytam sobie, prasuję, piorę, okna umyłam (z wyjątkiem tego w łazience) i nawet deszcz nie spadł na tą okoliczność, dziwne, co nie? Robię za domową wersję Magdy Gessler i międzyczasie ratuję naszą małą garderobę, bo się nam półki zawaliły, głupie jedne. Psa wiecznie „po wsi” szukam, bo zew natury pcha go do ucieczek, eh, głupi Fafon, głupi. A mąż chory i nie może ogrodzenia naprawić. A poza tym wiadomo, że jak facet chory to gorzej niż stadko przedszkolaków. Eh...
I tak o – mija jesienny dzień za dniem.
Ale może jutro, może jutro coś wykradnę tylko dla siebie...
No bo przecież: okna umyte (tak, wiem – z wyjątkiem tego w łazience), poprane, poprasowane i szafy w garderobie uratowane, no i ugotowane, choć bez pomocy Magdy G.
Co prawda pies niehumanitarnie na łańcuchu, ale tylko dlatego, że zbyt często zwiewa i kota sąsiadów goni na wiśnię. A ileż taki kot na tej wiśni może siedzieć? Tak miotam się między byciem wyrodną pańcią a byciem potencjalnym wrogiem sąsiadów. Czekam aż Marecki wyzdrowieje i to ogrodzenie naprawi – odetnie Fafciowi drogę ucieczek i wreszcie pozbawi mnie wyrzutów sumienia..., że piesa przy budzie na resocjalizacji czasowo przebywa.
Eh...

ps. Aniołki „światowe” jako rekompensata za marudny wpis ;)

niedziela, 23 października 2011

Lawendą i obornikiem...

Drewno płonie w kominku i pachnie tak, że nawet dzieciory mało wrażliwe na takie klimaty, są pod urokiem.
Piesa w ramach dobroci dla piesów, pod tym kominkiem grzeje futro.
Świeczki płoną w świeczniku.
Wszyscy pożerają koreczki serowe z przewagę sera pleśniowego i oliwek – łomatko jak... pysznie.
... a że ostatnie robótki doleciały do adresatki, śmiem je dziś zaprezentować... bo wiem, że niespodzianki nie zepsuję :)

Aniołek dla Alutki i Laleczka dla Zuzki...


 Ozdoba butelkowa w kolejnych odsłonach...





Zawieszki gdziekolwiek...



ps. Zapomniałam dodać, że lawendą pachnie :)
W domu... Bo na dworze to troszkę rozrzucanym po polach obornikiem ;)

środa, 19 października 2011

Segregacja górą

Pewnego dnia korzystając z tego, że w domu nie było dziecia kończącego w tym roku szkolnym podstawowy poziom edukacji, dokonałam delikatnej czystki w jego bogatych zasobach zabawkowych. Posegregowałam wszyściutko pięknie – lego tu, duplo tam, hot wheels jeszcze do innego pojemnika, i inne takie tam do kolejnego.
W oddzielnym pudle zgromadziłam wszystkie zabawki „dla malucha”. Pomyślałam – aaa tam, czas szybko leci, więc sru te traktorki, klocki dla czterolatków na stryszek, przyjdzie czas, będzie dla jakiegoś potencjalnego wnuczka ;)
Aby zaś na stryszku zbytnio się nie zakurzyło, pudło dodatkowo zapakowałam w największy worek na śmieci (w podobny zwyczajowo segregujemy butelki plastikowe) i opatrzyłam go jak byk napisem: „ZABAWKI”. Z dwóch stron opatrzyłam. I zostawiłam w pomieszczeniu gospo, tuż pod wejściem na strych, coby Mąż Pan miał transport ułatwiony, bo każda dobra żona wie, że mężonowi to życie trzeba ułatwiać, co nie.
To było we środę, w czwartek rano był wywóz śmieci, a wieczorem mój mąż za punkt honoru wziął sobie znalezienie torebki z wielbłądziej skóry, którą to kiedyś przytachał w prezencie dla mnie z samiutkiej Tunezji, ale której jeszcze ani razu nie użytkowałam. No i wszedł na strych pogrzebać w paczkach poprzeprowadzkowych, tych wciąż jeszcze nie rozpakowanych, hyhy :) Kiedy tak stałam w tym pomieszczeniu gospo pod wejściem na stryszek, coś mnie tknęło.
– Marko a ten worek z zabawkami to weź gdzieś dalej przesuń.
– Jakimi zabawkami? – zadziwiony pyta mąż, wystawiając nade mną łepetynę w otworze prowadzącym na stryszek.
Yyyy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dobrze, że ja nie lubię się po schodkach na stryszek wdrapywać – chyba to uratowało życie mężonowi, bo jak zszedł to już mi lekko emocje opadły.
Więc tak – miast na stryszek, odłożona paczka zabawek maluchowych powędrowała do kontenera ze śmieciami. I tak oto Marecki został miszczem porządkowym, a ja miszczem segregacji. O dziwo, elektryczna maszynka do mięsa, pożyczona od teściowej (bo nasza się wzięła i wykończyła), stojąca obok, zapakowana w taki sam worek na śmieci, się ostała.
Trudno, dla wnuczka (potencjalnego, kiedyś tam) trzeba będzie kupować nowe traktorki, ale włóczkowego garbusika, osobiście przeze mnie wydzierganego dla małego Michasia, żal...
Za to mam nową torebkę. Bo się znalazła.
Dziś zaś przekonałam się, że nie ma co poddawać w wątpliwość mądrości ludowych. Wiadomym jest wszak, że pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł, ale już na ten przykład przy pieczeniu tortu czekoladowego niekoniecznie. I tak – zamiast cierpliwie czekać aż masa czekoladowa stężeje (nie jakaś tam z torebki, tylko porządnie ubijana na parze: z jajek, cukru, z czekoladą gorzką i masłem prawdziwym), to ja ją sru na biszkopt taką ledwo ostudzoną. No i miałam w kuchni czekoladowe kaskady spływającego kremu... yh. Jakimś tam sposobem tort jednak uratowałam i tak o – Teścia urodziny świętować jednak będzie czym :)


poniedziałek, 17 października 2011

Czy to nie dziwne?

Czy to nie dziwne? Program z okazji DEN przeminął i we mnie był spokój? Daaawno nie miałam tak bezstresowego występu „moich” artystów. I bardzo dobrze – niech tak będzie.
Ty, Aga, ale wiesz co było w tym programie największą atrakcją? – pytali znajomi, że tak powiem po fachu – Twoje bose stopy widoczne spod kurtyny. Chodziły w rytm wszystkich piosenek.
No tak – nasza lokalna scena, po lekkiej przebudowie, otrzymała na nową drogę poremontowego życia kotary... skurczone po praniu. A ja za kulisami zawsze zdejmuję buty i cały występ trwam na boso, aby nie tuptać obcasikami.
Ojjj... tam :)

Złota polska jesień tylko na „oko” bo na „czucie” to raczej zimno. Ale ponoć ma być lepiej – oby, oby, bo ogródek nic nie przygotowany do zimy. Czas kominkowy się zaczął – a to miła rekompensata, za to, co jesień niesie w bagażu. Ogrodowy bujak kopernikowski trafił na salony – i teraz tak o: siedzę przed kominkiem i się bujam na lewo i prawo i jeszcze okręcam niczym w piruecie. Wieczory, szczególnie łykendowe, wymarzone na ręczne prace twórcze... ale efektów na razie nie pokażę, bo jako upominki poleciały do Alutki i nie mogę jej zepsuć niespodzianki, no przecież nie, co nie?
:)
... więc zamiast tego wspomnienie jesiennego spaceru nad rzekę...




... i pewnie już ostatni tej jesieni bukiet polnych kwiatów...

piątek, 14 października 2011

Żegnaj Andziu [']

Dziś chciałam zostać w domu.
Zrezygnowałam z koleżeńskiego spotkania. I z wypadu na koncert.
Dziś chciałam BYĆ w domu.
Porobić zwyczajne rzeczy. Uprasować stertę ubrań bez narzekania, że znowu. Wstawić pranie – bez marudzenia „które to już w tym tygodniu”. Chciałam prawdziwie i bez krygowania cieszyć się udanym występem moich „artystów” z okazji dnia belfra. Odgrzać rodzinie pierogi z soczewicą i mięsem, które wczoraj ulepiłam. Ugotować kość schabową psu. Umyć włosy. Wykończyć włóczkową laleczkę dla pewnej ślicznej córeczki przyjaciół. Zapalić w świeczniku świeczki o zapachu bzu. Zwyczajne, nudne, nijakie, a czymże się tu zachwycać... popołudnie.
Słońce zaszło, a potem wzeszedł księżyc i obok niego jasno czuwał Jowisz.
Boże, ileż jest pięknego ŻYCIA w takim normalnym dniu...
Byłam dziś szczęśliwa w takich prostych, zwyczajnych chwilach.
Wstyd mi, że najczęściej dopiero w obliczu nieszczęścia czuję siłę i wagę takiej spokojnej codzienności...

Aniu, myśl o Tobie towarzyszyła mi w każdej minucie tego mijającego dnia.
Dnia, którego Tobie nie dane już było przeżyć...
Spokojnego snu...

Andzia i jej nieborak

poniedziałek, 10 października 2011

Żeglarska butelka

Tegoroczne winogrona dopiero zaczynają pracować w balonie przy wydatnej pomocy cukru, a tymczasem to A.D.2010 od dawna zabutelkowane rozpoczyna wędrówkę... Poniższa butelka została przygotowana dla pewnego fana żagli :)
Dobrego żeglowania :)





niedziela, 9 października 2011

Idziemy na wybory!

W niedzielę wyścigową – czyli zarezerwowaną na F–1, mam przykazane poruszać się w ciszy i generalnie nie przeszkadzać – tak jakbym dała radę przekrzyczeć ryk bolidów F–1. Moja rodzina domaga się ode mnie tylko przekąsek, kawy i świętego spokoju. I bardzo dobrze. Mam czas dla siebie i na siebie.
Gdy na torze w Japonii trwa wyścig, w Polsce niedziela ze wszech miar wyjątkowa. I nawet wcale nie dlatego, że wyborcza, ale dlatego, że po raz pierwszy w tych wyborach nasz syn ma prawo głosu. Kilka miesięcy temu wstąpił w zaszczytne szeregi dorosłych tego kraju i jako taki nabył w bonusie od państwa bierne prawo wyborcze. Bierne prawo wyborcze nie może uczynić go biernym na obywatelski zew. Dlatego idziemy, idziemy na wybory!
No a potem do lasu – na rekonesans czy naprawdę z naszej okolicy grzyby wyemigrowały?

Aksamitki, z samego rana skąpane w rosie, dzielnie trwają na straży jesieni.

środa, 5 października 2011

...cztery, phi...

Czterdzieste urodziny :)
W związku z tym, że czterdziestka to nie przelewki, bowiem oto jestem już dojrzałą kobietą i wolno mi jakby więcej, postanawiam niniejszym, że od dziś:
– przestaję pierwsza kłaniać się facetom – nawet panom w sile wieku, no chyba, że takim w bardzo sile wieku,
– nie będę już nikomu tłumaczyła się dlaczego nie mam prawa jazdy, ani też dlaczego nigdy go nie zrobię – żyję w wolnym kraju i mam sobie prawo nie mieć prawa jazdy – o!,
– nie będę przemilczała, czy też niby_humorystycznie zbywała uwag innych dotyczących mego wyglądu: mojej wagi, mojej choroby, moich włosów i moich przebarwień na twarzy. Koniec z asertywnością w tym temacie. Jednocześnie uroczyście oświadczam, że nikt nie ma obowiązku na mnie patrzeć i ewentualnie zaburzać sobie moim widokiem swojego wysublimowanego poczucia estetyki,
– nie będę się też tłumaczyła dlaczego mimo upałów noszę długie rękawy, jak również odpowiadała na pytanie „nie gorąco ci?”,
– nie będę już tak bezgranicznie dyspozycyjna,
– będę szanowała swoją emocjonalność, dbała aby nie była zbytnio przez innych szargana w te i wewte,
– będę częściej używała słowa „NIE” i rozważniej słowa „TAK”.
Więcej postanowień nie pamiętam, jak sobie przypomnę – nie omieszkam dopisać :)



Skryte marzenia spisałam pewnego wieczoru, na tarasie swojego domu, w pomarańczowo–różowym blasku zachodzącego słońca. Jak wiadomo aby marzenia się spełniły, trzeba je trzymać schowane w sercu i zamknięte w buzi na kłódkę. Takimi niech więc zostaną – zaklejone w liście napisanym przez Agę „tu i teraz” do tej Agi „za lat dziesięć”.



A teraz przede mną wyzwanie – muszę zdmuchnąć 40 świeczek na torcie kawowym, którego sama sobie upiekłam, jednocześnie myśląc o 40 życzeniach – aby się spełniły, a co! Zaraz potem będę pić zimnego szampana, patrzeć w gwiazdy, dziękować Bogu za wszystko co mam i rozmyślać o tym co jest gdzieś tam przede mną. Plan na następne czterdziestolecie mam prosty i niewyszukany, ale jak mniemam niezawodny: zamierzam wciąż dążyć do tego co w oddali i zachwycać się codziennością.
Z zaciekawieniem ruszam dalej.
Juhu!

PS. Z okazji urodzin zostałam obdarowana naprawdę ogromną dawką dobrej energii dzięki życzeniom od moich bliskich, przyjaciół i znajomych. Z otwartymi ramionami i radośnie powitał mnie klub czterdziestolatków :)
Otrzymałam też dużo pięknych prezentów, ale wymienię tylko te bardziej oryginalne:
– nowe żelazko, które sobie sama zakupiłam w popularnym serwisie internetowym – to już moje 6. lub 7. z rzędu w karierze pani domu ;)
– naprawiony rower – dziękuję Ci Kochany Mężu :)
– wysyp zmian chorobowych na twarzy – (nie)dziękuje ci ty cholerna łuszczyco, ale być może to twoje ostatnie podrygi, bo zamierzam ci dowalić ;)
Dobra, lecę dmuchać te świeczki!

niedziela, 2 października 2011

W Kazimierzu z linkami

Matka Natura w rekompensacie za beznadziejny do kwadratu lipiec podarowała ludziom na Ziemi wrzesień jak marzenie. Słodki jak miód, piękny jak najskrytsze marzenie, no i kiczowaty jak pocztówka z nadmorskich wywczasów – ale kto by tam chciał narzekać? Bo ja nie. No tylko tych grzybów jednak żal. Całe szczęście ubiegłoroczne zbiory były dość okazałe, więc na moim wigilijnym stole uszek nie zabraknie. Tymczasem gdy tylko praca pozwoli, spędzam czas na tarasie, kojąc zmysły w bujaku kopernikowskim, patrząc w dal wciąż zieloną z elementami żółci – jest szansa, że śliczny wrzesień zamieni się w takiż październik. Oby, oby.




Łykendu
wypatrywałam z utęsknieniem. Od kilku dni myśl o nim była moim paliwem na to wszystko co było zamknięte między praca_dom_itepe_itede. Musiałam odpocząć... Po prostu i zwyczajnie złapać oddech... Odpocząć – po tym samozwańczym nawale zawodowych spraw i tym co przyniosła szara codzienność, bo takie jej przecież prawo. Dlatego wymyśliłam dzień radości :) w Kazimierzu. Bo pomimo niesłabnącej nawałnicy turystów, uwielbiam to miasteczko i już. Dużo wspomnień – a niesie je każdy zakamarek brukowanej ulicy, każda pompa, każda kamienica, każda galeria, rynek duży, rynek mały, tu oglądałam film pod gołym niebem, a tam tańczyłam przy Orkiestrze Św. Mikołaja, gdzieś tam nad Wisłą całowałam się z Markiem, a na Zamku spędziliśmy kiedyś całą noc – do wschodu słońca. Coś kiedyś zawsze się wydarzyło, działo, było... i we mnie zostało...
Teraz było rodzinnie i przyjacielsko – park linowy, nadwiślańska promenada, spacer ukochanymi uliczkami, późny obiad w ustronnej kafejce... Kocham takie ciepłe, dobre dni. Są źródłem energii na to co dalej i dalej...