środa, 19 października 2011

Segregacja górą

Pewnego dnia korzystając z tego, że w domu nie było dziecia kończącego w tym roku szkolnym podstawowy poziom edukacji, dokonałam delikatnej czystki w jego bogatych zasobach zabawkowych. Posegregowałam wszyściutko pięknie – lego tu, duplo tam, hot wheels jeszcze do innego pojemnika, i inne takie tam do kolejnego.
W oddzielnym pudle zgromadziłam wszystkie zabawki „dla malucha”. Pomyślałam – aaa tam, czas szybko leci, więc sru te traktorki, klocki dla czterolatków na stryszek, przyjdzie czas, będzie dla jakiegoś potencjalnego wnuczka ;)
Aby zaś na stryszku zbytnio się nie zakurzyło, pudło dodatkowo zapakowałam w największy worek na śmieci (w podobny zwyczajowo segregujemy butelki plastikowe) i opatrzyłam go jak byk napisem: „ZABAWKI”. Z dwóch stron opatrzyłam. I zostawiłam w pomieszczeniu gospo, tuż pod wejściem na strych, coby Mąż Pan miał transport ułatwiony, bo każda dobra żona wie, że mężonowi to życie trzeba ułatwiać, co nie.
To było we środę, w czwartek rano był wywóz śmieci, a wieczorem mój mąż za punkt honoru wziął sobie znalezienie torebki z wielbłądziej skóry, którą to kiedyś przytachał w prezencie dla mnie z samiutkiej Tunezji, ale której jeszcze ani razu nie użytkowałam. No i wszedł na strych pogrzebać w paczkach poprzeprowadzkowych, tych wciąż jeszcze nie rozpakowanych, hyhy :) Kiedy tak stałam w tym pomieszczeniu gospo pod wejściem na stryszek, coś mnie tknęło.
– Marko a ten worek z zabawkami to weź gdzieś dalej przesuń.
– Jakimi zabawkami? – zadziwiony pyta mąż, wystawiając nade mną łepetynę w otworze prowadzącym na stryszek.
Yyyy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dobrze, że ja nie lubię się po schodkach na stryszek wdrapywać – chyba to uratowało życie mężonowi, bo jak zszedł to już mi lekko emocje opadły.
Więc tak – miast na stryszek, odłożona paczka zabawek maluchowych powędrowała do kontenera ze śmieciami. I tak oto Marecki został miszczem porządkowym, a ja miszczem segregacji. O dziwo, elektryczna maszynka do mięsa, pożyczona od teściowej (bo nasza się wzięła i wykończyła), stojąca obok, zapakowana w taki sam worek na śmieci, się ostała.
Trudno, dla wnuczka (potencjalnego, kiedyś tam) trzeba będzie kupować nowe traktorki, ale włóczkowego garbusika, osobiście przeze mnie wydzierganego dla małego Michasia, żal...
Za to mam nową torebkę. Bo się znalazła.
Dziś zaś przekonałam się, że nie ma co poddawać w wątpliwość mądrości ludowych. Wiadomym jest wszak, że pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł, ale już na ten przykład przy pieczeniu tortu czekoladowego niekoniecznie. I tak – zamiast cierpliwie czekać aż masa czekoladowa stężeje (nie jakaś tam z torebki, tylko porządnie ubijana na parze: z jajek, cukru, z czekoladą gorzką i masłem prawdziwym), to ja ją sru na biszkopt taką ledwo ostudzoną. No i miałam w kuchni czekoladowe kaskady spływającego kremu... yh. Jakimś tam sposobem tort jednak uratowałam i tak o – Teścia urodziny świętować jednak będzie czym :)


3 komentarze:

  1. ...a jeszcze powiedz, że tą różę sama ulepiłaś :) To mnie skręci jhak korkociąg :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ...to byłam ja, nifka...

    OdpowiedzUsuń
  3. no dooobra - przyznam się - róża kupiona :P ale jadalna :P
    Ale reszta wszystko sama :-D
    Witaj Nifko :)

    OdpowiedzUsuń