niedziela, 27 listopada 2011

Gdzie są babeczki?

Rozbujałam się w kopernikowskim bujaku, tuż obok rozgrzanego kominka i pomyślałam sobie tak: a może jednak dam się już złapać w ten wilczy pęd około_świąteczny?
W końcu jednak pierwsza niedziela adwentu...
I pierwsza świeca w adwentowym wieńcu zapłonęła...
Czas wyciągnąć skrzyneczkę z płócienno–koralikowo–sznurkowymi skarbami i ruszyć z manufakturą świątecznych aniołków, gwiazdek i innych ozdób igłą wyszywanych...
Wszak w tym roku obowiązuje właśnie taki „trynd” – rządzą materiałowe ozdoby. No to ja sobie po swojemu ów „trynd” zinterpretuję. A, co!



Na zakończenie sezonu F1 upiekłam chłopakom babeczki z bitą śmietaną, galaretką, owocami i tartą, gorzką czekoladą. Zawsze wydawało mi się, że zrobienie takich babeczek to mistrzostwo świata, a to takie proste... Babeczki zostały więc odczarowane – najzwyczajniej w świecie sama je robię i nie muszę zawracać gitary Gosieni: Gosienia upieczesz mi babeczki, coooo???



A tymczasem matematyczne umysły moich synów działają na najwyższych obrotach, no bo tak:
– mama upiekła 45. kruchych babeczek;
– na stół wjechało 25;
– po 30 minutach na paterze zostały... 4. babeczki;
– nikt nie kwestionuje tego, gdzie podziało się 21. babeczek;
– ale pytanie brzmi – gdzie jest pozostałe 20??!!










ps. Ha, ha, ha – tylko nie zaglądać pod łóżko w sypialni rodziców, nie zaglądać!!!

piątek, 25 listopada 2011

Powroty

Dziwny tydzień mija. Wyczekiwanych powrotów: orzełek wróci(ł) tam gdzie jego miejsce, a osobisty mężon wrócił ze szkolenia, fakt jakby nie było warty odnotowania, bo przecież czy jest co pewnego w tym pokręconym świecie? Tym bardziej, że ten tydzień przyniósł też niewiarygodne wieści o zdawałoby się wiarygodnych ludziach. Cóż... a ja na to jak na (L)lato, rzec by się chciało... GROMKO (!!!), bo nie pierwszy raz na naszych oczach osobowości trzaskają o bruk.
I to wszystko wplecione w przedświąteczne różności – nie da się od tego uciec, niestety, reklamy w tym temacie mnie zdeptały. Czas zabrać mężona pod pachę i pojechać po choinkę. Taką w donicy. Może tym razem uda się drzewko do wiosny przetrzymać i wysadzić w ogrodzie.
Próby „Szewczyka Dratewki” do mikołajkowych spotkań z dzieciakami mam w mocno zaawansowanym toku. Co cieszy, bo im więcej czasu na przygotowania tym mniej stresu i obaw czy wszystko pójdzie dobrze.
W rodzinie ostatnie dni minęły pod znakiem próbnej matury syna dorosłego. Cieszyłam się bardzo, że już mam tą maturę zdaną i nikt mi jej nie odbierze, bo zdecydowanie niezrozumiałe rzeczy mówił do mnie syn przez ten tydzień. Co prawda analizowanie symboliki „szklanych domów” w życiorysie niejakiego Cezarego Baryki obcymi mi nie były, ale już rozważania związane z ciągami arytmetycznymi, wyznaczaniem współrzędnych środka okręgu stycznego do prostej... coś tam coś, albo jakieś dziwne dociekania dotyczące ostrosłupa, jego środków krawędzi AD i odcinków EF, które też coś tam robią – przekraczały wszelkie granice mojej inteligencji, wiedzy, a nawet wyobraźni. Syn chyba to wszystko wiedział, bo wydawał się dość zadowolony. Jeśli zaś chodzi o angielski i fizykę to już w ogóle zamilknę i sobie w kąciku cichutko siądę. W maju to się będzie działo :)

środa, 23 listopada 2011

Cieplutko...

Czy to możliwe, aby zapakowana po brzegi drewutnia mogła być „dawcą” błogiego uczucia bezpieczeństwa?
Pokręcone prawda?
Możliwe, ale „lubię to” i już.
Prawie jak konto z sześcioma zerami, prawie jak garaż pełen ferrari, prawie jak lodówka zapełniona truflami, kawiorem z bieługi, sushi High Roller i szampanem Perrier Jouet i cholera wie czym jeszcze :)
No pewnie przesadzam, ale coś w tym jest ;)
W każdym razie lubię szastać drewnem w kominku na lewo i prawo, i górę i w dół...



piątek, 18 listopada 2011

Co ma prasowanie do pierogów

Uprzejmie donoszę, że odnalazłam energię życiową. Tadaaam!
I rzecz się okazała niezbyt skomplikowaną i bez uciekania do wzniosłych potrzeb i ideałów. Niestety. Wystarczyło, że w pracy się spiętrzyło to co bieżące plus troszkę zaległości. A zaległości – biję się w pierwś, biję – zrobiły się z przyczyn mego lenistwa. I, że w domu podłogi nie umyte, okna znowu upieprzone (ale mam je gdzieś), buty zimowe się zawieruszyły i trzeba strych przetrzepać i nie tylko, pościel do wymiany i sterta ciuchów do prasowania – a.... nieee! Tu bym skłamała! Zapomniałam – poprasowane mam! Wszak jestem właścicielką wypaśnego nowego żelazka i takiejż deski do prasowania.
No w każdym razie nawał rożności przepędził marazm i jakieś takie rozmamłanie i oto czuję jak energia żwawo podskakuje i wierci się w moich żyłach!
A z deską do prasowania było tak:
Markoooo, może ty byś choć ten jeden, jedyny raz poprasował? A ja w tym czasie bym coś może upiekła? – kuszę, kuszę, a nuż się uda.
O! – rzecze oburzony mężonjuż kiedyś prasowałem przecież.
Wygrzebuję z odmętów pamięci, że faktycznie był takowy epizod w naszej małżeńskiej epopei.
O! – snuje dalej Marecki – A jak Michał był mały to prasowałem śpiochy i te... no... pieluchy.
Noż kurcze, fakt. Prasował. Tetrowe, bo pampersy jako drogie novum były na „od czasu do czasu”. Ponad 18 lat temu, ale jednak. Prasował.
Ale dooobrze. Poprasuję – zgadza się wspaniałomyślnie mężon, niepomny mej niewdzięczności – tylko trzeba deskę wreszcie porządną kupić do prasowania. Bo ta co jest to...
Fakt, ta co jest... no stara, zużyta i bez bajerów. Mi to nie przeszkadzało przez lata całe, jednakże gdy facet ma się zabrać za prasowanie to sprzęcior musi być prima sort.
I tym sposobem mam nową deskę do prasowania, którą natychmiast chciałam sama wypróbować – bo taka fajna – płynnie regulowana, kolorowa, z podstaweczką fikuśną na żelazko. A mężon jak nie prasował, tak nie prasuje. Ale teraz to już sama sobie jestem winna.

Śmigam lepić pierogi z soczewicą i wołowiną. Męża o pomoc wolę nie prosić, bo jeszcze zechce zasiać hektar soczewicy i kupić stado krów.
Zresztą – facet i lepienie pierogów – ha ha ha!

środa, 16 listopada 2011

Czas pomyśleć!

Rozpoczęła się kampania dla zapominalskich – na wypadek gdyby szanowni obywatele konsumenci zapomnieli, co też to za święta się święci w grudniu – reklama czuwa! W sklepach ozdoby choinkowe, tu i tam uśmiechnięty niby_święty Mikołaj popędza mnie w LISTOPADZIE do siłą kreowanej atmosfery świątecznej. Hasło „czas pomyśleć o świątecznych prezentach” w początkowych dniach listopada, wywołuje u mnie odruch odwrotny: a właśnie, że nie będę myślała! Nie i już! No i co mi zrobisz jak mnie złapiesz, ty nie_święty_mikołaju z supermarketu?
Reklamo, marketingu tak was proszę – oddajcie mi magię świąt!
Pozwólcie mi zatęsknić za zapachem choinki, za czerwoną skarpetą na prezenty, za migotliwymi lampkami, za barszczem z buraków – nie z torebki, za adwentowym wieńcem, zapachem suszonych grzybów i makowca... Oddajcie mi ten niepowtarzalny czas... OCZEKIWANIA.
Dajcie mi za tym zatęsknić, nie gońcie mnie!
Bo tracę nie tylko oddech, ale i gubię sens...

wtorek, 15 listopada 2011

Spadaj listopadu, ty!

Zdecydowanie listopad jest miesiącem depresyjnym. Zdecydowanie. Zbyt mało światła. Trzeba się ratować tym sztucznym, a potem wściekać na rachunki za prąd. Są jeszcze świece – tak, płomień świec ratuje dom przed szarością nachalnie wpychającą się przez okna. Nie ma słońca w dzień, nie ma księżyca nocą, choć niby pełnia. Wszystko ponad tymi grubymi chmurzyskami, z których nie ma żadnego pożytku – ni deszczu, ni śniegu. Eh.
Drzewa już tak przeraźliwie nagie. Liście spadły, tak jak i poziom mojej energii – wszystko sruu – w dół. Liście zgrabione, do ogniska wrzucone, ale cóż z tą energią życiową? Jak ją pozbierać i zamienić w jakąś sensowną siłę? A może chociaż kolorowe kredki i pomalować to co listopad był szanowny uczynić – obedrzeć świat z koloru i światła!
W drewutni pyszni się 4 metry sześcienne suchego drewna kominkowego. Zamierzamy bezlitośnie spalić je tej zimy, ku naszemu ciepełku i dla niepowtarzalnego klimatu jaki potrafi wyczarować żywy płomień w domu. W takich chwilach zawsze nachodzi mnie tęsknota za moim Tatą. On uwielbiał ogień, rozpalać ognisko, doglądać dymu pod wędzarką, palić w piecach na wsi u Babci...
Jestem pewna, że kochałbyś Tato to miejsce w naszym domu – tuż obok kominka... Ach miniony czas, miniony...

PS. Szukając w necie wskazówek, jak tu poprawić nadwątloną mą formę psychiczną, wyczytałam w jakimś cud_mniód poradniku: „doceń humorystyczną stronę życia – ucz się tego od dzieci, które się śmieją 250 razy dziennie, podczas gdy dorośli tylko 15 razy”.
Przeczytałam i zdołowałam się jeszcze bardziej. Ja dziś jeszcze ani razu się nie roześmiałam!!! Wobec tego rzucam się za odłożoną Nepomucką – mąż głównej bohaterki – Busio oraz jej ojciec – Stasieniek są gwarantem dobrego humoru. A spadaj ty listopadu, głupi ty jeden, sio!

niedziela, 13 listopada 2011

piątek, 11 listopada 2011

Jedenastki

11 listopada 2011

11.11.11

Piękny dzień się kończy. I wcale nie dlatego, że same jedynki :)
Teraz nad domem wisi okrągły księżyc, ale wcześniej słońce niczym prawdziwy artysta wyczarowało z szarej listopadowej rzeczywistości uroczy pejzaż z przewagą sepii. Rankiem podreptałyśmy z Anką na kijki naszą ulubioną trasą – między łąkami i laskiem.
Później Marecki zarządził porządkowanie warzywnika, tarasu i zakątka z kwiatami. Fakt – nie było kiedy do tej pory tym się zająć – praca_praca_praca i międzyczasie choroby, przeziębienia, apsiki i takie tam.
Z likwidowanego warzywnika przygotowałam porcje mrożonej włoszczyzny – w sam raz na szybkie bach i do zupy. Wiem, wiem, naczelna „kucharka” kraju Magda G. gromy śle na mrożonki, aaale tam! Ona pewnie nie musi codziennie gotować obiadków dla rodziny i w try miga pędzić do roboty.



A na wieczór piłkarski z debiutem koszulek z WIELKIM NIEOBECNYM [orłem], upiekłam domowe krakersiki z niepodległościowym akcentem :)







ps. Nawiasem mówiąc – ciekawe ilu z tych „patriotów” z dzisiejszych warszawskich awanturnych marszów niepodległościowych zna wszystkie zwrotki Hymnu... Ech...

czwartek, 10 listopada 2011

Skarpetka w roli głównej

Trwa poranek z serii: szybko szybko trzeba już wychodzić do szkoły do pracy już już!
– Mamo ale te skarpetki to są na lewej czy na prawej? Bo dziwne jakoś, nie widać która to strona – ma dylemat małoletni syn oglądając rzeczony detal garderobiany na wszystkie strony.
– Tak, tak Jędrek – z odsieczą przychodzi syn dorosły – to są skarpetki dwustronne. Jak ci zaczną śmierdzieć po jednej stronie to zakładasz na drugą i chodzisz dalej.
Instytucja starszego brata to cudowny wynalazek.

środa, 9 listopada 2011

Muszę odnaleźć

Muszę znaleźć czas, który się pewnie gdzieś po kątach szlaja, aby przysiąść z kawą albo kubkiem mięty i pomyśleć muszę. Skoncentrować się, wyznaczyć jakiś cel, określić bliższą przyszłość, bo czuję, że się rozdrabniam. Skupiam na rzeczach niezależnych ode mnie, przez co tracę niepotrzebnie energię. A tego tygrysy nie lubią, prawda?

Póki co mam nowy telefon, z którym ciężko mi się dogadać, bo on działa tylko na dotyk, taki skubany pieszczoch z niego. Mam nowego 8–gigowego pendrive, który wygląda jak miniaturowy, biżuteryjny wisiorek i wciąż boję się, że go zgubię. Mam też kilka nowych rozczarowań, ale zapewne, jak to w życiu, mam je na własne życzenie. No i pewnie dobrze mi tak. Mam też cały czas chorego faceta w domu, przy czym przestaje to być dla mnie powodem do żartów, bo zbyt długo to trwa. A mężon pracy uczepiony jak szczerbaty twardego orzecha i łysy grzebienia, na zwolnienie iść nie chce. Bo praca bez niego runie, zasypie ją popiół niczym Wezuwiusz Pompeje, wchłonie niechybnie trójkąt bermudzki czy inna wetnie amba jak to się całkiem nie tak drzewiej mówiło. Mam głupiego psa, który tylko niucha jakby tu (z przeproszeniem) spierdzielić przez koślawe ogrodzenie, które mamy wymieniać dopiero wczesną wiosną. I nienawiść do kotów jakby mu się wzmogła. Za to jest szansa, że zostaniemy posiadaczami skarbu niejakiego. Bo Fafik z pasją kopie doły na naszym roooozległym trawniku. To może do skarbu się dokopie?

W perspektywie kilka wolnych dni niepodległościowych i może trzeba już oddać się myślom o zbliżających się galopem świętach? Tak, tak – w sklepach już świętemikołaje, stroikochoinki i zalew gadżetów okołobożonarodzeniowych. Yh :(
Może w tym roku uda nam się zakupić porządne drzewko–choinkę bo to zeszłoroczne, to było... urocze, ale na pewno nie piękne. Ale i tak je będę wspominała na zawsze z uśmiechem i ciepłem, bo to była nasza pierwsza żywa choinka w nowym domu... Magiczny czas i nawet nachalne reklamy nie zarżnęły mi tej magii...

Kupiłam lawendową świecę. Niech zapłonie... I jeszcze zaparzę melisy z pomarańczą. I książek znowu przybyło – to w nie zanurkuję. Może wreszcie dogadam się ze swoim ślicznym nowym telefonem? Odziedziczonym po dzieciu dorosłym, ale co tam.

wtorek, 1 listopada 2011

Lekcja

Życie czasami zaprasza nas na lekcje miłości w zaskakujące miejsca i wpisuje je w nietypowe okoliczności. Ja na taką lekcję zostałam zaproszona przez los kilka tygodni temu, podczas pogrzebu starszego pana, Ojca mojej przyjaciółki... Wiek sędziwy, rzec można – właściwy czas by pogodzić się z przemijaniem, pozwolić człowiekowi przejść na drugą stronę.
Ta miłość była w cichutkiej rozpaczy starszej pani, zamknięta w jej oczach i... dłoniach, które co chwilę przyciskała do swego serca, by zaraz przyłożyć je do jasnej trumny... Nie ma odpowiedniego czasu na odejście... Nie ma...