piątek, 25 listopada 2011

Powroty

Dziwny tydzień mija. Wyczekiwanych powrotów: orzełek wróci(ł) tam gdzie jego miejsce, a osobisty mężon wrócił ze szkolenia, fakt jakby nie było warty odnotowania, bo przecież czy jest co pewnego w tym pokręconym świecie? Tym bardziej, że ten tydzień przyniósł też niewiarygodne wieści o zdawałoby się wiarygodnych ludziach. Cóż... a ja na to jak na (L)lato, rzec by się chciało... GROMKO (!!!), bo nie pierwszy raz na naszych oczach osobowości trzaskają o bruk.
I to wszystko wplecione w przedświąteczne różności – nie da się od tego uciec, niestety, reklamy w tym temacie mnie zdeptały. Czas zabrać mężona pod pachę i pojechać po choinkę. Taką w donicy. Może tym razem uda się drzewko do wiosny przetrzymać i wysadzić w ogrodzie.
Próby „Szewczyka Dratewki” do mikołajkowych spotkań z dzieciakami mam w mocno zaawansowanym toku. Co cieszy, bo im więcej czasu na przygotowania tym mniej stresu i obaw czy wszystko pójdzie dobrze.
W rodzinie ostatnie dni minęły pod znakiem próbnej matury syna dorosłego. Cieszyłam się bardzo, że już mam tą maturę zdaną i nikt mi jej nie odbierze, bo zdecydowanie niezrozumiałe rzeczy mówił do mnie syn przez ten tydzień. Co prawda analizowanie symboliki „szklanych domów” w życiorysie niejakiego Cezarego Baryki obcymi mi nie były, ale już rozważania związane z ciągami arytmetycznymi, wyznaczaniem współrzędnych środka okręgu stycznego do prostej... coś tam coś, albo jakieś dziwne dociekania dotyczące ostrosłupa, jego środków krawędzi AD i odcinków EF, które też coś tam robią – przekraczały wszelkie granice mojej inteligencji, wiedzy, a nawet wyobraźni. Syn chyba to wszystko wiedział, bo wydawał się dość zadowolony. Jeśli zaś chodzi o angielski i fizykę to już w ogóle zamilknę i sobie w kąciku cichutko siądę. W maju to się będzie działo :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz