środa, 9 listopada 2011

Muszę odnaleźć

Muszę znaleźć czas, który się pewnie gdzieś po kątach szlaja, aby przysiąść z kawą albo kubkiem mięty i pomyśleć muszę. Skoncentrować się, wyznaczyć jakiś cel, określić bliższą przyszłość, bo czuję, że się rozdrabniam. Skupiam na rzeczach niezależnych ode mnie, przez co tracę niepotrzebnie energię. A tego tygrysy nie lubią, prawda?

Póki co mam nowy telefon, z którym ciężko mi się dogadać, bo on działa tylko na dotyk, taki skubany pieszczoch z niego. Mam nowego 8–gigowego pendrive, który wygląda jak miniaturowy, biżuteryjny wisiorek i wciąż boję się, że go zgubię. Mam też kilka nowych rozczarowań, ale zapewne, jak to w życiu, mam je na własne życzenie. No i pewnie dobrze mi tak. Mam też cały czas chorego faceta w domu, przy czym przestaje to być dla mnie powodem do żartów, bo zbyt długo to trwa. A mężon pracy uczepiony jak szczerbaty twardego orzecha i łysy grzebienia, na zwolnienie iść nie chce. Bo praca bez niego runie, zasypie ją popiół niczym Wezuwiusz Pompeje, wchłonie niechybnie trójkąt bermudzki czy inna wetnie amba jak to się całkiem nie tak drzewiej mówiło. Mam głupiego psa, który tylko niucha jakby tu (z przeproszeniem) spierdzielić przez koślawe ogrodzenie, które mamy wymieniać dopiero wczesną wiosną. I nienawiść do kotów jakby mu się wzmogła. Za to jest szansa, że zostaniemy posiadaczami skarbu niejakiego. Bo Fafik z pasją kopie doły na naszym roooozległym trawniku. To może do skarbu się dokopie?

W perspektywie kilka wolnych dni niepodległościowych i może trzeba już oddać się myślom o zbliżających się galopem świętach? Tak, tak – w sklepach już świętemikołaje, stroikochoinki i zalew gadżetów okołobożonarodzeniowych. Yh :(
Może w tym roku uda nam się zakupić porządne drzewko–choinkę bo to zeszłoroczne, to było... urocze, ale na pewno nie piękne. Ale i tak je będę wspominała na zawsze z uśmiechem i ciepłem, bo to była nasza pierwsza żywa choinka w nowym domu... Magiczny czas i nawet nachalne reklamy nie zarżnęły mi tej magii...

Kupiłam lawendową świecę. Niech zapłonie... I jeszcze zaparzę melisy z pomarańczą. I książek znowu przybyło – to w nie zanurkuję. Może wreszcie dogadam się ze swoim ślicznym nowym telefonem? Odziedziczonym po dzieciu dorosłym, ale co tam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz