piątek, 18 listopada 2011

Co ma prasowanie do pierogów

Uprzejmie donoszę, że odnalazłam energię życiową. Tadaaam!
I rzecz się okazała niezbyt skomplikowaną i bez uciekania do wzniosłych potrzeb i ideałów. Niestety. Wystarczyło, że w pracy się spiętrzyło to co bieżące plus troszkę zaległości. A zaległości – biję się w pierwś, biję – zrobiły się z przyczyn mego lenistwa. I, że w domu podłogi nie umyte, okna znowu upieprzone (ale mam je gdzieś), buty zimowe się zawieruszyły i trzeba strych przetrzepać i nie tylko, pościel do wymiany i sterta ciuchów do prasowania – a.... nieee! Tu bym skłamała! Zapomniałam – poprasowane mam! Wszak jestem właścicielką wypaśnego nowego żelazka i takiejż deski do prasowania.
No w każdym razie nawał rożności przepędził marazm i jakieś takie rozmamłanie i oto czuję jak energia żwawo podskakuje i wierci się w moich żyłach!
A z deską do prasowania było tak:
Markoooo, może ty byś choć ten jeden, jedyny raz poprasował? A ja w tym czasie bym coś może upiekła? – kuszę, kuszę, a nuż się uda.
O! – rzecze oburzony mężonjuż kiedyś prasowałem przecież.
Wygrzebuję z odmętów pamięci, że faktycznie był takowy epizod w naszej małżeńskiej epopei.
O! – snuje dalej Marecki – A jak Michał był mały to prasowałem śpiochy i te... no... pieluchy.
Noż kurcze, fakt. Prasował. Tetrowe, bo pampersy jako drogie novum były na „od czasu do czasu”. Ponad 18 lat temu, ale jednak. Prasował.
Ale dooobrze. Poprasuję – zgadza się wspaniałomyślnie mężon, niepomny mej niewdzięczności – tylko trzeba deskę wreszcie porządną kupić do prasowania. Bo ta co jest to...
Fakt, ta co jest... no stara, zużyta i bez bajerów. Mi to nie przeszkadzało przez lata całe, jednakże gdy facet ma się zabrać za prasowanie to sprzęcior musi być prima sort.
I tym sposobem mam nową deskę do prasowania, którą natychmiast chciałam sama wypróbować – bo taka fajna – płynnie regulowana, kolorowa, z podstaweczką fikuśną na żelazko. A mężon jak nie prasował, tak nie prasuje. Ale teraz to już sama sobie jestem winna.

Śmigam lepić pierogi z soczewicą i wołowiną. Męża o pomoc wolę nie prosić, bo jeszcze zechce zasiać hektar soczewicy i kupić stado krów.
Zresztą – facet i lepienie pierogów – ha ha ha!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz