piątek, 30 grudnia 2011

Znowu wszystko na łeb

Poprzedniej nocy nie mogłam spać. To czytałam książkę, to gasiłam nocną lampkę, kręciłam się z boku na bok odpychając od siebie galopujące myśli. Zapalałam z powrotem lampkę i znowu czytałam kilka rozdziałów i tak kilkakrotnie.
Jak to zwykle bywa w ostatnich dniach grudnia rozpoczął się coroczny festiwal strachów i pogróżek. W aptekach straszą, w sklepach straszą, gaz i prąd – straszą. I nawet Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami grozi palcem, a raczej ustawą i trzeba pieski z łańcuchów odpinać. Tylko jak ja mam Fafciowi powiedzieć aby skubaniec nie uciekał i pół wsi swą posturą nie straszył? Tudzież kotów sąsiadów na wiśnie nie ganiał? Do wiosny, do póki nie zrobimy nowego ogrodzenia niestety będę łamała prawo.
W prasie prześcigają się w perorowaniu, że wszystko źle, że gorzej, że więcej, albo mniej, a z pewnością na niekorzyść przeciętnego obywatela. A jeszcze niedawno, gdy kwitł czas wyborczy to tak ładnie mówiono okrągłymi słówkami, wizje rajskiego dobrobytu roztaczano. A teraz figa!
Jak w tym globalnym zastraszeniu śmiało i z odwagą rozpoczynać rok tak ważny w skali mojej rodziny? Matura Michała, jego ewentualny wyjazd na studia. Przyjdzie mi zmierzyć się z jego wyborami i wchodzeniem w samodzielność. Będę musiała przystanąć w miejscu i patrzeć jak on idzie...
Wybraliśmy się do stolycy, aby po dłuższej przerwie zlustrować mieszkanko, które właśnie dla Michała szykujemy na jego start w dorosłość. Czas powoli przymierzać się do remontu, zaplanować. Zazwyczaj Warszawa wywiera na mnie przygnębiające wrażenie, ale jednak co robi nastawienie – nagle wydała mi się taka otwarta, kolorowa, rozświetlona, ciepła i przyjazna. Wiem, że to tylko złudzenie, ale chciałam aby Michał tak to miejsce zobaczył. Wróciliśmy późną nocą bo zatrzymaliśmy się na kolację gdzieś tam po drodze...
Tej nocy spałam już doskonale.

Tymczasem trwa czas upominkowy...



poniedziałek, 26 grudnia 2011

Śpiewamy wesołe kolędy czyli święta

– W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie... – rozpoczął czytanie Jędrek, uprzednio wysyłając nam groźne spojrzenie, bo nie bardzo chciał być tegorocznym lektorem wigilijnym, ale jednak uległ moim prośbom. Ma się ten matczyny urok, co nie?
Tradycyjnie przełamaliśmy się opłatkiem, nad białym stołem, z zalegającą pod obrusem pachnącą słomą, robiącą w tym roku u nas za sianko. Wbrew tradycji prezenty były jak zawsze w naszej rodzinie przed kolacją, bo cierpliwość jest nam obca w sytuacji gdy pod choinką piętrzy się stosik kolorowych pakunków. Pomna groźby kryzysu i w zgodzie z proekologicznym tryndem, swoją pulę upominków zapakowałam w... papier gazetowy.



Kolację zainaugurował „mój” barszczyk z uszkami mojej Mamy. A potem to już poleciało – świąteczny misz–masz, który z każdym mijającym rokiem wspomina się tylko milej.
– Ech, chciałabym być jak ta Wyszkoni. Tylko bym sobie tak stała, pięknie wyglądała i śpiewała, i wszyscy by mnie podziwiali – westchnęła Teściowa znad smażonego karpia, zapatrzona w telewizyjny koncert kolęd.
– To teraz my pośpiewamy kolędy – leciutko rozochocony lampką wina wykrzyknął Dziadek, wertując śpiewnik z kolędami.
– W karku mnie teraz znowuż boli, Józiu weź rozmasuj – to Mama, która ostatnimi czasy z upodobaniem uważnie wsłuchuje się w swój organizm, wyszukując stale coś źle szwankującego.
– No to śpiewamy, trzy! czte–ry! Pójdźmy wszyscy...!!!!! – grzmotnął Dziadek z głębi płuc, jak zwykle narzucając zbyt szybkie tempo. Dołączyły głosy chłopców i tak koncertowaliśmy przez czas jakiś. Ckliwie, bo ogień płonął w kominku i cała masa świeczek w świecznikach z zapałem tworzyły pożądany tego wieczoru klimat.
– Ale śpiewamy tylko wesołe! – dopominał się Marko.
Luuulaaajżeee... – zaintonowała Mama skłonna jak zwykle do rozrzewnień, wspomnień i takich bardziej łzawych tematów.
– O cicho teraz, cicho, Majewska będzie śpiewała!
– Józiu, no jak mnie plecy pieką, no co to może być? – zamartwiała się Mama nad niedojedzonym pierożkiem z kapustką i grzybkami. Nomen omen baaardzo pysznym.
– Wspaniały ten makowiec, WSPANIAŁY – nieustannie zachwycał się Dziadek.
Nie zabrakło, jak to u Polaków w dzień świąteczny, rozmów z gatunku PIS kontra PO z nostalgicznym jednogłosem „a ja tam wolę SLD”. Pies mając w głębokim poważaniu tradycję ostentacyjnie milczał w wigilijną noc. Za to pogonił kota sąsiadów. Tradycyjnie.
Ten (mimo wszystko) bardzo rodzinny, ciepły wieczór i noc zakończyliśmy pasterką.
Śnieg stopniał. Wszystko mija... Taka tradycja, co zrobić.

A aniołek z choinki zawędrował na ceglany murek.



PS.
– Co, tekst na bloga piszesz? – znienacka zagadnął za moimi plecami Marecki. I tak o – na gwiazdkę mam potwierdzenie, że tu zagląda. No nigdzie człek nie ma spokoju, nigdzie :)

piątek, 23 grudnia 2011

Życzenia...

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
W Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
By wszystko się nam rozplątało,
Węzły, konflikty, powikłania.
Oby się wszystkie trudne sprawy
Porozkręcały jak supełki,
Własne ambicje i urazy
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki.
Oby w nas paskudne jędze
Pozamieniały się w owieczki,
A w oczach mądre łzy stanęły
Jak na choince barwnej świeczki.
Niech anioł podrze każdy dramat
Aż do rozdziału ostatniego,
I niech nastraszy każdy smutek,
Tak jak goryla niemądrego.
Aby wątpiący się rozpłakał
Na cud czekając w swej kolejce,
A Matka Boska – cichych, ufnych –
Na zawsze wzięła w swoje ręce.

Ks. Jan Twardowski


Życzę radosnych Świąt Bożego Narodzenia wszystkim,
którzy odwiedzają to moje wirualne miejsce...

czwartek, 22 grudnia 2011

...idą, idą... święta

Śnieg i mróz wespół w zespół wyczarowały nam za oknami bajkowy image, tak więc strojenie choinki przy akompaniamencie bluesowych kolęd ostatecznie wprowadziło mnie w świąteczny nastrój.
A teraz z piekarnika pachnie jak szalony makowiec, kominek naparza z całych sił ogniem, w telewizorni tonie Titanic, a na patelni skwierczy dorsz – bo zaraz będzie się układał w warzywnej pierzynce – niby po grecku.
W nocy gdy wszyscy pójdą spać popakuję prezenty...
Rano będę spać, śnić o gwiazdce z nieba, co to ją bym chciała znaleźć pod choinką.
Bez pośpiechu, bo i po co. Jedno okno nie umyte i nie zdążyłam posprzątać w pomieszczeniu gospodarczym. Ale jakoś mnie to nie uwiera. Nie chce mi się nigdzie spieszyć. Chcę po prostu sobie przeżyć każdą chwilkę i już. Zwyczajnie. Na przekór tym krótkim dniom, na przekór temu losowi, który sprawiedliwy nie jest i nierówno dzieli – jednym spokojne święta jak z reklamy, a innym tak bardzo bolesne...

wtorek, 20 grudnia 2011

Pomiędzy...

Pomiędzy czyszczeniem drewnianych żaluzji – a to wredne zajęcie jest – pieczeniem ciasteczek i babeczek z ukrytym grosikiem na szczęście, kradnę z każdego dnia troszkę czasu, aby rozłożyć swój płócienny kramik i tak o, kolejna butelka dla pasjonata podniebnych wojaży:





Zdecydowanie twórcze działania stanowią konkurencyjną alternatywę dla przedświątecznego szorowania klozecików na ten przykład ;)

niedziela, 18 grudnia 2011

Ja pierniczę!

Jakiś bardzo brzydki robal zaatakował mój laptopik – podszył się pod program atywir, sam skubaniec zainstalował się i tym sposobem czeka mnie totalne re systemu. Przede mną nie tylko porządki przedświąteczne w domu, ale też w kompie... wrr!

Ja pierniczę, no!!!



A skutkiem ubocznym pierniczenia jest obłędny zapach w domu... Może właśnie tak pachnie osławiona magia świąt??? Korzennie, cynamonowo, waniliowo... mmm pycha . Pierniczki zapudłowane i ukryte przed ciasteczkowymi potworami spokojnie kruszeją i czekają na lukrowe dekoracje.

A tymczasem zimy nie ma...



sobota, 17 grudnia 2011

Choinka czeka

Nadchodzą najkrótsze dni w roku.
Nic dziwnego, że brakuje mi każdego dnia kilku godzin na wszystko...
Ale choinka kupiona – stoi na tarasie i niecierpliwie przebiera gałązkami w oczekiwaniu na wtargnięcie do domu. Puszy igiełki z tęsknoty za światełkami i ozdobnymi zawieszkami.
Bądź cierpliwa choineczko... Jeszcze tylko kilka dni...
Orzechy chyba muszę gdzieś ukryć, bo istnieje niebezpieczeństwo, że nie dotrwają do świątecznego stołu. Nie wiem już kto je zżera – Marko z chłopakami czy może dziadek do orzechów?



Dziś kiedy wyszłam z Fafikiem na podwórko, przytuliłam się do naszego domu. Tak w samym rogu, na styku tarasów – północnego i zachodniego. Zamknęłam oczy i poczułam taki spokój. Pomyślałam, że choćby nie wiem co, będę zawsze strzec tego miejsca. Bo po tych kilkunastu miesiącach mieszkania tutaj – CZUJĘ i WIEM, że to moje i nasze miejsce, azyl, przystań, synonim BEZPIECZEŃSTWA.
Mój–nasz DOM.
Idą święta Bożego Narodzenia...

piątek, 9 grudnia 2011

Nie w porę...

Premiera, że tak szumnie określę inscenizację Szewczyka Dratewki pod moją „batutą”, wyszła nad podziw fajnie. Jako artystyczny upominek z okazji mikołajków dla dzieci z zaprzyjaźnionych ośrodków, została przez nich cieplutko przyjęta. Lubię pracę nad mniejszymi formami teatralnymi. Obywa się bez stresu. Dzieci są wdzięcznymi widzami, słuchaczami – szczególnie gdy w role wcielają się ich starsi koledzy... A po bajce był Mikołaj, prezenty, pamiątkowe fotki i było bardzo radośnie, choć takie paskudztwo za oknami...

Bo wszystko jakieś nie w porę w tym roku. Śnieg był nie w porę, bo w maju, wiosna rozkapryszona i zimna, lato w czerwcu, a nie w wakacje i ta późna dżdżysta jesień też spóźniona. Oczekiwany śnieg, który ma wyczarować bajkową atmosferę omija nas szerokim frontem, a za oknem ponury koszmar z najczarniejszego horroru. Paradoksalnie to nawet lubię taką pogodę... ale gdy jestem w domu, przy kominku, pod kocykiem z książką i kawą do kompletu tudzież lampką pachnącego wina. Ale niestety – jestem w pracy, do której przebiłam się przez deszcze niespokojne potargane przez wiatr i miejscami nawet skute lodem. Oczywiście rowerem, trenując sporty ekstremalne niejako przy okazji – no bo podróżowanie jednośladem śliskimi ulicami, z parasolem w garści do łatwych nie należy. Eh.
A to przecież dopiero początek.
W takie dni jak dziś, człowiek nie wierzy w słońce, w ciepło, w złotą plażę, w pachnące łąki – co to takiego? Najgorzej, że nie wierzy w ogóle w to, że świat jest piękny, dobry, nie ma kryzysu, euro_bankrutów, nie ma chorób ani nierefundowanych wizyt u specjalistów, psia mać. Za sprawą osobistego psa wiem co to jest pogoda, że psa z kulawą nogą nie wygnasz – Fafcio ledwo nosa wystawi ze swojego psiego M–1 aby wydalić co trzeba pod najbliższą olchą i dalej poleguje w budzie na dowolnie wybranym boku, a czasami i na plecach, z łapami w górze.

Kiedy już wszystko poogarniam w domu (a czasami ignorując obowiązki – a co tam) nurkuję w moje płótna, sznurki, koraliki, i tak o – powstała imieninowa buteleczka dla pewnego Pana, który planuje żeglarską eskapadę królową polskich rzek... Latem oczywiście. Lato? Lato?! A co to takiego???
W środku oczywiście nasze domowe winogronowe, rok leżakowane... mmm... pycha :)

czwartek, 8 grudnia 2011

hm...

Jechałam rowerem do pracy przez park tonący w deszczu i oparach szarości i wypatrywałam tego śniegu, o którym wyśpiewują nieustannie zgodnym chórem wszystkie stacje radiowe, że pada, pada śnieg i coś tam coś tam coś.
Zasiadłam do klawiatury, zaparzyłam kawę... uwielbiam jej zapach rozchodzący się po kątach... Zamiast twórczo opracowywać materiały z ostatnich mikołajków służbowych, w najlepsze marnotrawię czas i pieniądze firmy wystukując tutaj banialuki. Dlatego też robię przerwę – przełączam się na nowe okno dialogowe i wrócę gdy uczciwe popracuję.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Czekamy Panie Mikołaju...

Niby synki duże dwa od dawna twierdzą, że Św. Mikołaj to bujda dla maluchów, a nie wiedzieć czemu porozwieszali dziś skarpety wokół kominka i węszyli po kątkach i zakątkach domostwa. Kominiarz jesienią komin przeczyścił, więc Panie Mikołaju – droga wolna, nie miej skrupułów, wal do nas z całym worem prezentów.

Mozolnie produkuję ozdoby choinkowe – w tym roku będą szmaciane wyszywanki z gatunku Agusia _handmade. Ale coś wolniutko i bez entuzjazmu to idzie... Brak świątecznej weny czy co? Dziwne, zważywszy, że radio rżnie już na całego świąteczne zaśpiewajki, a jedna bardzo znana śpiewająca paniusia to od kilku tygodni nawet kolędę w takiej jednej reklamie wyśpiewuje. Inna sprawa, że Last Christmas jeszcze nie leciało. Więc to pewnie dlateeego.





Wybraliśmy się też na poszukiwanie choinki ale zamiast niej zanabyliśmy pięknościową czapkę zimową dla mnie i nie mniej efektowne buty dla mężona, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że zeszłoroczne wywalił do śmieci – to staje się jego domeną ostatnimi czasy. Także Św. Mikołaju butów i czapek nam nie przynoś :)
Cyt!
Ciii!!!
Spadam, bo renifery stukają porożem w okno i jakiś jegomość w czerwonym kubraczku pakuje się przez komin do chałupy.
Nie przetrzymam go zbyt długo u siebie i nie ograbię ze wszystkich prezentów – przecież i Wam – Drodzy Czytelnicy – coś musi pięknego przynieść. Czego serdecznie życzę :)

sobota, 3 grudnia 2011

Jasnowidz

I tak mi nikt nie uwierzy ale było tak:
Siedzi Marecki i ogląda losowanie grup na Euro 2012. Wylosowano pierwszego rywala dla Polski:
– O Grecja – raduje się mój kibic domowy – Super! Teraz przydaliby się Czesi.
– Czech Republic – odpowiedział mu na to Zinedine Zidane wprost z Kijowa via telewizornia.
– No nie!!! – cieszy się Marecki – Teraz tylko Rosji brakuje do kompletu i będzie grupa marzeń.
No i co? Jak się stało chyba każdy wie. A wszystko przepowiedział mój mężon osobisty ;)

czwartek, 1 grudnia 2011

esemesy i epistolografia

Esemesom przypisuje się zarżnięcie epistolografii, ale mimo wszystko lubię je. Bywają dla mnie źródłem fascynującego kontaktu z potomkami dwoma.
Siedzę na wywiadówce u syna młodszego, grzecznie słucham co i jak, nie czując się zbyt pewnie – jak to belfer wciśnięty po przeciwnej stronie biurka, w zbyt niską ławkę szkolną. Z uwagą studiuję cząstkowe oceny, świadczące o stopniu zaangażowania młodszej latorośli w zdobywanie wiedzy, ku chwale ojczyzny, rodziny i własnej przyszłości, jakby nie było. W chwili gdy mój wzrok staje dęba na widok dwóch elegancko wpisanych jedynek w rubryce „angielski” dostaję cicho wibrującego esemesa, którego dyskretnie odczytuję: „Te jedynki z anglika już poprawione” . Normalnie syn jasnowidz, czy co?
Dziś natomiast młodzian przejęty niedawną próbną maturą starszego brata, bez protestów wdział na chudy grzbiet koszulę taką coś pomiędzy elegancka a sportowa, cichaczem podebrał męskiego białego STR8, którym obficie zlał ową koszulę i tak zestrojony pognał rowerem na swój próbny test szóstoklasisty. Brzmi dumnie! Kiedy w pracy boksowałam się z tekstem na stronę WWW o wczorajszym ostatnim pożegnaniu ostatniego polskiego lotnika walczącego w Bitwie o Anglię – generała Tadeusza Sawicza, otrzymałam esemesa:
„Już po. Wszystko zrobiłem. Proste jak but.”
A za minut paręnaście: „Żaaal, nie wziąłem stroju na wf”. To pewnie zaś moja wina, bo wredna matka strój położyła obok plecaka a nie w.
Mistrzem epistolografii esemesowej jest syn dorosły, który jako umysł ścisły, bywa dość lakoniczny w wyrażaniu swych myśli. Zdarza się, że na moje dociekliwe: „Synu czy już dojechaliście i co słychać i czy wszystko dobrze, no i co porabiacie?” otrzymuję bogate w treść: „OK.!”
Natomiast oddzielną formą komunikacji via telefon komórkowy: ja – syny dwa, są fotki klasówek i sprawdzianów – oczywiście tylko tych z bardzo pozytywnymi ocenami :) Nie powiem – lubię je otrzymywać.
To jak z tymi esemesami? Chyba nie są takie złe.
A listy ręcznie pisane, jak przystało i tak synowie piszą. Na testach i sprawdzianach w szkole – ha ha ha!