poniedziałek, 26 grudnia 2011

Śpiewamy wesołe kolędy czyli święta

– W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie... – rozpoczął czytanie Jędrek, uprzednio wysyłając nam groźne spojrzenie, bo nie bardzo chciał być tegorocznym lektorem wigilijnym, ale jednak uległ moim prośbom. Ma się ten matczyny urok, co nie?
Tradycyjnie przełamaliśmy się opłatkiem, nad białym stołem, z zalegającą pod obrusem pachnącą słomą, robiącą w tym roku u nas za sianko. Wbrew tradycji prezenty były jak zawsze w naszej rodzinie przed kolacją, bo cierpliwość jest nam obca w sytuacji gdy pod choinką piętrzy się stosik kolorowych pakunków. Pomna groźby kryzysu i w zgodzie z proekologicznym tryndem, swoją pulę upominków zapakowałam w... papier gazetowy.



Kolację zainaugurował „mój” barszczyk z uszkami mojej Mamy. A potem to już poleciało – świąteczny misz–masz, który z każdym mijającym rokiem wspomina się tylko milej.
– Ech, chciałabym być jak ta Wyszkoni. Tylko bym sobie tak stała, pięknie wyglądała i śpiewała, i wszyscy by mnie podziwiali – westchnęła Teściowa znad smażonego karpia, zapatrzona w telewizyjny koncert kolęd.
– To teraz my pośpiewamy kolędy – leciutko rozochocony lampką wina wykrzyknął Dziadek, wertując śpiewnik z kolędami.
– W karku mnie teraz znowuż boli, Józiu weź rozmasuj – to Mama, która ostatnimi czasy z upodobaniem uważnie wsłuchuje się w swój organizm, wyszukując stale coś źle szwankującego.
– No to śpiewamy, trzy! czte–ry! Pójdźmy wszyscy...!!!!! – grzmotnął Dziadek z głębi płuc, jak zwykle narzucając zbyt szybkie tempo. Dołączyły głosy chłopców i tak koncertowaliśmy przez czas jakiś. Ckliwie, bo ogień płonął w kominku i cała masa świeczek w świecznikach z zapałem tworzyły pożądany tego wieczoru klimat.
– Ale śpiewamy tylko wesołe! – dopominał się Marko.
Luuulaaajżeee... – zaintonowała Mama skłonna jak zwykle do rozrzewnień, wspomnień i takich bardziej łzawych tematów.
– O cicho teraz, cicho, Majewska będzie śpiewała!
– Józiu, no jak mnie plecy pieką, no co to może być? – zamartwiała się Mama nad niedojedzonym pierożkiem z kapustką i grzybkami. Nomen omen baaardzo pysznym.
– Wspaniały ten makowiec, WSPANIAŁY – nieustannie zachwycał się Dziadek.
Nie zabrakło, jak to u Polaków w dzień świąteczny, rozmów z gatunku PIS kontra PO z nostalgicznym jednogłosem „a ja tam wolę SLD”. Pies mając w głębokim poważaniu tradycję ostentacyjnie milczał w wigilijną noc. Za to pogonił kota sąsiadów. Tradycyjnie.
Ten (mimo wszystko) bardzo rodzinny, ciepły wieczór i noc zakończyliśmy pasterką.
Śnieg stopniał. Wszystko mija... Taka tradycja, co zrobić.

A aniołek z choinki zawędrował na ceglany murek.



PS.
– Co, tekst na bloga piszesz? – znienacka zagadnął za moimi plecami Marecki. I tak o – na gwiazdkę mam potwierdzenie, że tu zagląda. No nigdzie człek nie ma spokoju, nigdzie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz