wtorek, 31 stycznia 2012

Siarczyście

Pod butami skrzypią resztki śniegu. Dobrze, że mimo jesiennej zimy w grudniu, uległam namowom Mareckiego i ogaciłam rododendrony.
Siarczysty mróz bezlitośnie szczypie w policzki. Styczeń mroźny. Zima jak z pocztówki. Śliczna w sumie, bo pełna słońca i błękitu. I dni dłuższe. Widzę to w salonie – promienie słońca mniej więcej około godziny 15. rozsiadają się przy stole, tuż przy północnej ścianie. Akurat zaczynam pić trzecią filiżankę kawy. Ale ja tą zimę wolę podziwiać z kopernikowskiego bujaka ustawionego pod oknem tarasowym, tuż obok kominka. Oczywiście buzującego ogniem. Zima doświadczana z tej perspektywy jest ujmująca. I naprawdę nie chce mi się kontemplować tej aury na żywo. Spacery zostawiam, zaprawionemu w takich bojach, Markowi. Gania z psiorą nad rzekę podziwiać kry, a Fafik z przybrzeżnych zarośli przepędza bażanty.
Ja dziękuję. Wolę słońce roztańczone w salonie. I podpatrywać przez okno grube sroki dobierające się do resztek pozostawionych w miskach Fafinka. Kontakt z mroźnym powietrzem wystarczy mi gdy wyjdę rano na półgodzinne siusiu z psem. To znaczy siusia pies. Ja wówczas targam z drewutni drewno wprost pod drzwi tarasowe.
A mróz podlec jest. Szczypie i w zastraszającym tempie zżera zapasy z drewutni.
Nienażarte bydle.
Poza tym nie mam zaległości ani w spaniu, ani w czytaniu, ani w prasowaniu. Nie ma to jak ferie :)
Pies natomiast ma gdzieś cieplejsze niż ocieplana buda pomieszczenia. Dostaje zadyszki z... gorąca i piszczy, że na dwór.
Tłuste, kochane bydle.



Księżyc oświetla podwórko.
Gołe wierzby stroszą gałęzie.
Niebo oszalałe od gwiazd.
Zima. Mroźna.
Dom ciepły.
Nigdzie się z niego nie wybieram...

piątek, 27 stycznia 2012

Idą ferie

– Rzucamy palenie, wiesz – oznajmiła mi Mama mocno zdecydowanym tonem – w ogóle nie mamy papierosów i nie idziemy kupować.
– Mamo, a od kiedy nie macie?
– Od dwóch godzin – dumnie rzekła moja rodzicielka, wywołując we mnie kaskady niepohamowanego śmiechu.
– No czego w nas nie wierzysz? – oburzyła się Mama.
– No, wierzę, wierzę i trzymam kciuki. Ale i tak z ciekawości zadzwonię wieczorem jak wam idzie.

Mama pali od kiedy pamiętam. Ojczym też nietęgo – szczególnie lubi takie samoróbki skręcane w bibule z aromatycznych gatunków tytoniu.
Ja zaczęłam popalać na studiach w ramach solidarności z bracią studencką i niejako z przymusu. Przerwy w zajęciach wykładowcy robili tylko pięciominutowe i zawsze pod hasłem „na papierosa”. Szłam z całą grupą, bo przecież w okolicach palarni toczyło się całe życie towarzyskie wydziału i pyk_pyk, przy okazji gadu_gadu i z powrotem na zajęcia. No ale ileż można opalać kolegów i koleżanki studentów w wiecznej niedyspozycji finansowej? Więęęęc by nie jechać bezwstydnie na tak zwanych cudzesach, zaczęłam od czasu do czasu kupować papierosy, aby mieć na „odczęstowanie”. No a potem już poleciało. Z przerwami prokreacyjnymi, że tak określę – na szczęście jednym z pierwszych objawów ciążowych był u mnie papieroso_wstręt.
Nie palę od jakiś sześciu lat, ...chyba. Już nie pamiętam, nie chce mi się liczyć. Ale czasami tęsknię za dymkiem, oj tęsknię – wstyd się przyznać, ale lubiłam palić i papierosowy dym nie przeszkadza mi do tej pory, o ile nie występuje w stężeniu, że przysłowiowa siekiera wisi i nie ma szans by spaść.
Cóż... czysta nostalgia nałogowca :)

Niebawem, niebawem... wytęsknione, wyczekane i w moim przypadku w pełni zasłużone FERIE. Startujemy w nie tym razem całą rodziną. Bo Marko zaplanował tydzień zimowego urlopu. Z nadzieją na dobre warunki narciarskie i oczywiście z przeogromną chrapką na poranne NIEwstawanie. Zazdrośnik jeden – gdy reszta domu cichutko tonie w przytulnym półmroku zasuniętych rolet, on niby jeden bidulek miały wstawać i gnać do roboty?
Przed feriami zaliczymy jeszcze dużą imprezę firmową – tym razem na luzie, bo bez zaangażowania zawodowego z mojej strony. Raz na jakiś czas należy mi się taki bonus, a co! Gdy przypomnę sobie ten wyniszczający stres i palącą tremę, jakie towarzyszą mi niezmiennie od lat za każdym razem gdy wypuszczam na scenę „swoich” artystów, to naprawdę doceniam ten spokój jaki mam teraz. Najbliższa premiera dopiero w marcu :) Może nawet zdążę zatęsknić za tym stanem – kipiącej adrenalinki i niepokoju gilgoczącego niespokojnie okolice żołądka.
Niedawne wyczyny w postaci postanowień noworocznych (bieganie, czy też bardziej trendy mówiąc: dżoging) zaowocowały kontuzją w kostce. No nie wiem, nie wiem czy dam wobec tego radę wskoczyć w wysokie obcasy na okoliczność tej dużej imprezy firmowej. Ale przecież, przeeecież obcasików to ja nie ten teges, co nie!

Mróz taki, że nic tylko zaszyć się przy kominku, pod kocykiem, z lampeczką wina, z książką – i taki właśnie mam ambitny plan na wieczór.

niedziela, 22 stycznia 2012

Raz tak raz tak

Są dni gdy wszystko idzie jak z płatka, są takie, że czego człowiek nie tknie – sruu i porażka.
Kto na ten przykład i do jasnej Anielki, wymyślił te durne szklanki z duraleksu? I czego to to tak wrednie się tłucze? W drobny mak. A tak poza tym to w tej szklance była herbata z miodem. I rypło z wysokiej szafki o kamienną podłogę, więc pięknie było...
A to nie jedyna złośliwość jaka wczoraj spotkała mnie ze strony rzeczy martwych.
Zaserwowałam sobie kojącą kąpiel przy świecach z rumiankiem – w sensie, że z ziołami, a nie, że z rumem i jankiem. Zaparowały mi okulary, więc je zdjęłam i podczas odkładania na półeczkę, bach i książka, którą aktualnie czytam, zanurkowała w wodzie. Tak do połowy. Suszyła się cały wieczór przy kominku, ale po tej kąpieli i wygrzewaniu wyszła z lekka pomarszczona.
Piernik siedział godzinę w piekarniku i wciąż był w środku surowy.
Ale to było wczoraj.
Dziś o dziwo czego nie tkną me dłonie – sie niemalże samo robi. Cuda jakieś czy co?
I nawet słońce wyszło choć generalnie króluje przemoczona zima.
Dziadki na dzień babcio_dziadkowy dopieszczone ciastem i kawką i nawet małym_co_nieco mocniejszym. Pogadali_my o miłosnych wzlotach w chabrach, młodzieńczych czasach durnych_chmurnych. Syn w tak zwanym międzyczasie zaprezentował taneczne pas ćwiczone w ramach poloneza studniówkowego i tak miło całkiem czas minął.
Jeszcze tylko tydzień.
I nastaną ferie zimowe – juhu!


PS. A tak poza tym pozdrawiam moich domowych szpiegów – Synów dwóch ukochanych :) Ładnie tak matkę śledzić :P A gdzie wasz prostest wobec ACTA?

czwartek, 19 stycznia 2012

Bałwaniasty

Uf... Wreszcie chwilka czasu takiego bez gonitwy minut i godzin. Tylko chwilka, ale już na horyzoncie majaczą ferie zimowe. I wcale nie mam zamiaru mieć z tego tytułu wyrzutów sumienia: że belfrzy to mają dobrze, bo wakacje, ferie, święta, bo mało pracy, dużo kasy [tiaa hahaha] i jeszcze im źle. O, nie! Ja po prostu czuję i WIEM, że naprawdę na nie zapracowałam, zasłużyłam. Są mi potrzebne, bo zwyczajnie muszę przystanąć. Pobyć w normalnym czasie w domu – „normalnym” czyli wtedy kiedy są wszyscy: przestać mijać się z Markiem i dziećmi w drodze do/z szkoły/pracy... Mieć czas na rozmowę z takim jednym o szczęściu, na zagonienie takiego drugiego do „W pustyni i w puszczy” i motywowanie takiego trzeciego do... no do kilku ważnych spraw.
Jędrulka całkiem pogodnie znosi stan świnkowaty. Wiadomo – absencja szkolna pozytywnie wpływa na samopoczucie ludzi w wieku szkolnym.
Do zimy już się przyzwyczaiłam. Rowerem śmigam, nie bacząc na śniegi i drogi skute lodem. Jak na razie żadnej wywrotki nie zaliczyłam – pup_puk odpukuję w zaśnieżoną deskę.
A jak jest zima to musi być i bałwan.
Całkiem wyjątkowy – emocjonalnie uniwersalny. Z jednej strony uśmiechnięty, z drugiej bardzo, bardzo zły. Jedną stroną szczerzy kły i strzeże nas od bezkresnych pól i rzeki, a drugą uśmiecha się do nas figlarnie. Fafik chciał mu zeżreć guziki ale pogoniłam podleca.



sobota, 14 stycznia 2012

No i przyszła zima, kurczę... i świnka!

Wyśmiewałam zawsze trzynasto piątkowe strachy na lachy, że niby feralny, że pech i ogólnie źle. Ale chyba jednak coś nie tak z tym piątkiem trzynastego bo:
Przylazła zima, tylko nie wiem po co! Przyznawać się szybko kto tam za nią tęsknił, hę? A tak było fajnie, mogłam jeździć rowerkiem do pracy, nie mroziło, nie sypało, aj! i się skończyło. Teraz chcąc nie chcąc wypada pozachwycać się białym puchem śnieżnym, ulepić jakiegoś bałwana, psa obrzucić śnieżkami, może i męża przy okazji?
Mamy świnkę! Przyszła do nas właśnie w piątek trzynastego, wieczorem. A przygruchał ją sobie Jędrek. Nie od razu ją rozpoznałam, bo wybałuszyła tylko taki malutki guzek tuż pod ukochaną małżowinką uszną synka małoletniego :)
W nocy nachodziły mnie myśli, takie, że wolę ich nie pamiętać... Do rana świnka się podtuczyła i jakby bardziej świnkowato zaczęła wyglądać, więc emocje lekko mi opadły. Zawsze to jednak wróg znany. Świnkę ostatecznie potwierdził przystojny pan doktor medycyny i nawet nas nie postraszył pieczątką „do refundacji NFZ”. No i teraz taka grubiutka świnka leżakuje na prawej śliniance Jędrulki. Jędrek się cieszy, bo prawdopodobnie do ferii to go placówka szkolna nie uwidzi. Natomiast lamentują babcie. Na szczęście via telefonia, więc zawsze mogę się ewakuować zwalając wszystko na: „haloo! zasięg gubię, hallo! zasięg gubię!”
Babcia lubelska:
– O matuuuchno jedyna! Jędruś ma świnkę!!! O mój Boże! Tylko pamiętaj trzymaj go ciepło... [następuje cała litania tego jak świnkę zdrowo na synu hodować. To znaczy zdrowo dla syna, nie dla prosiaka].
Babcia miejscowa:
– OCH MÓJ BOŻE ! Jędruś na taką groźną chorobę zapadł! Tylko pamiętaj trzymaj go ciepło... [i tu również nastąpiła cała litania tego co i jak].

***

W zawiązku z tym, że przyszła zima, bieganie w ramach noworocznych postanowień trafił szlag. Ale za to systematycznie orbitrekuję! Więc jakby tak całkiem nie sprzeniewierzyłam PeeNów :) A zresztą to nie moja wina – tylko piątku trzynastego, o!
Miłego łykendu, ja niestety spędzam go prawie w całości w pracy, yh...

środa, 11 stycznia 2012

Może wam pomóc?

– Napisz 20 zdań w języku polskim, a następnie przetłumacz je na język angielski. O jesssuu, jakie to głupie, mam tylko sześć – jęczy Jędrek przy biurku i woła Michała do pomocy. Jędrkowi brak weny, Michałowi brak chęci do braterskiej, bezinteresownej pomocy.
– No Michał wymyśl mi jeszcze jakieś!
– Ja mam ci wymyślać? Przecież to twój dodatkowy anglik!
Ale sumienie chyba go w końcu rusza, bo słyszę, że zaczyna dyktować:
– No dobra pisz: Kucharz... no pisz: Kucharz! Kucharz... pisz mówię ci, głąbie!
– Ale co kucharz? Przecież to głupie!
– No pisz mówię: kucharz, bo ci nie będę pomagał! No dobra pisz: Kucharz piekł zazwyczaj ciasto ale dzisiaj gotuje zupę.
Jędrek znad okularów zerka w kierunku Michała okiem pełnym dezaprobaty i zdecydowanie powątpiewa w jego zdolności literackie.
– Jędrek, a może napisz tak – podpowiadam z drugiego pokoju, no bo chcę jakoś wesprzeć starszego syna w edukacyjnych zapędach względem młodszego – Mama zazwyczaj sprząta ale dzisiaj wyleguje się na kanapie!
Nie wiem dlaczego, ale obaj solidarnie zignorowali moją dobrą wolę. Phi!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Postanowienia noworoczne - może?

Chyba u każdej osoby w rozmiarze XL_plus, na liście postanowień noworocznych (w skrócie PeeN) pojawia się to: „schudnąć”, no czaaasami dla kamuflażu nazywa się to, że „poprawić kondycję”. Tak więc, hm, hm... w ramach właśnie kondycji poprawiania – chociaż nie wiem czy da się poprawić coś czego się nie ma – no w każdym razie w ramach noworocznych postanowień bolą mnie mięśnie i to takie dziwne. Nie wiedziałam, że jakieś mięśnie znajdują się w palach u stóp – małe, a skubańce bolą. Auć! Wszystko przez trening biegowy. Ja – nieznosząca biegania, ja – łapiąca zadyszkę po wbiegnięciu na dwa schodki tarasu, ja – łapiąca kolki po przytruchtaniu kilku metrów do śmietnika – BIEGAM. Tadaam! I żyję. I mało tego – podoba się mi!
Poza tym w ramach tychże PeeN, orbitrek stacjonujący dotychczas w sypialni, został wyekspediowany do salonu, przed telewizornię. Tkwi tam jak wyrzut sumienia, krzycząc swym bytem „wskakuj na mnie, co się lenisz, leniu jeden!”. Nawet Marecki spokojnie obok tego koromysła przejść nie może – też orbitrekuje. I tym sposobem orbitrek stracił swą dotychczasową podstawową funkcję – wieszaka na narzutę łóżkową.

***
– Spóźniłaś się 7 minut! – przywitał mnie szef w pracy.
– Nie... dziś chyba nie – całkiem niepewnie zerknęłam na zegarek – jak byk dotarłam punktualnie – dodałam już zdecydowanym głosem.
– Na sernik spóźniłaś się. Jeszcze siedem minut temu był – śmiał się szef odstawiając na tacę talerzyk z okruszkami po cieście, które przytargała koleżanka z okazji jakiejś tam.
– No nie żartuj – mówię – jeszcze nawet nie ma połowy stycznia, nie czas na łamanie postanowień noworocznych.
Trzymam kciuki za Wasze i swoje PeeN ;)


PS. Dlaczego nie lubię zakupów?
Pojechaliśmy po rurę do uszkodzonego rozprowadzania ciepła z kominka po domku, a wróciliśmy z nowymi butami dla Michała, świeżymi pstrągami na kolację, większym zapasem serów, byczym opakowaniem pistacji, zestawem wieszaków drewnianych, nożycami do metalu, taśmą do czegoś tam i jeszcze tabunem innych rzeczy. Wrrr!

sobota, 7 stycznia 2012

Dzień dziwaka

Według kalendarza świąt nietypowych dzisiaj obchodzony jest Dzień Dziwaka. Bo tak się ostatnimi laty porobiło, że wszystko ma swój dzień i chcąc nie chcąc trzeba celebrować – dzień biurka, kanapki, spinacza biurowego, spódnicy, kundelka i jak się okazuje dziwaka też. A to akurat „święto” ma rodowód uniwersytecki, więc takie całkiem bez sensu (chyba) nie jest.
Formalnie rzecz ujmując „dziwak” to „człowiek zachowujący się dziwacznie, odbiegający pod względem wyglądu, zachowania lub przyzwyczajeń od normy; ekscentryk, cudak, oryginał”. Dziwny – odmienny – inny po prostu. A przecież każdy z nas jest inny więc... dziwny? Kiedy patrzymy na ludzi ze swojej perspektywy to są oni inni – nie ma alternatywy – inni, bo przecież różni od nas samych. Tak rozumiane dziwactwo jest wpisane w człowieczeństwo. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, które przez innych mogą być odbierane jako dziwactwa właśnie. Tak, tak – każdy z nas może być bohaterem „Dnia świra”. Bo jak nie miesza siedem razy w lewo herbaty to może prasuje gazetę przed czytaniem ;)

Więęęc... moje dziwactwa?

– Poranną kawę piję dopiero po śniadaniu. Nie znoszę odwróconej kolejności.
– Mam alergię na niepościelone łóżka i pyrgniętą na podłogę piżamę – domena moich dzieci.
– Po umyciu zębów wycieram ręcznikiem do sucha szczoteczkę.
– Przed snem muszę poczytać, bo inaczej nie zasnę.
– Nie zasnę zaś przy tykającym zegarze, ale nie przeszkadza mi pracująca zmywarka, pralka czy włączony telewizor.
– Nie lubię tzw. „dupki” od pomidora, choć pomidory uwielbiam ogromnie.
– Uwielbiam śledzie, ale jadam je tylko zimą. Podobnie lody – uwielbiam, ale tylko latem.
– Przechowuję kalendarze z różnych lat, bo są dla mnie jak pamiętniki – zapisane strony ważnych albo i mniej ważnych, ale jednak chwil mojego życia.
– Prasuję tylko oglądając filmy.
– Po ciąży z pierwszym synem, pozostał mi smak na kanapkę z dżemem i żółtym serem. W czasie ciąży kładłam jeszcze na wierzch kiszony ogórek – ale to minęło.
– W sytuacjach trudnych miewam napady śmiechu.
– Kiedy zasypiam lubię prawą stopą wystawić za kołdrę i zaczepić o wystający ponad ramę łóżka materac, ale poza tym okrywam się po uszy.
– Mówię do siebie. Kiedy gdzieś idę sama, jadę rowerem, sprzątam, gotuję, czasami pod prysznicem, bo w wannie to raczej czytam. Ja w ogóle często po prostu do siebie gadam. Na głos. Mowa egocentryczna jest typowa dla małych dzieci, ale jako dziecko tego nie praktykowałam. Kiedyś ktoś sugestywnie mnie przekonał, że to pomaga rozładować napięcie nerwowe, więc co tam sobie żałować!
– Nigdy przed „premierą” nie pokażę nikomu „reżyserowanego” przez siebie programu, występu, kabaretu czy jakiegoś innego przedstawienia. Nie wiem czy to przesąd czy bardziej obawa przed krytyką. Nie wpuszczam do sali prób i już! Zresztą generalnie raczej unikam dzielenia się czymś co nie jest przeze mnie do końca wypieszczone, wysmakowane, sfinalizowane. Moja Mama zawsze mawiała „głupiemu” pół roboty się nie pokazuje – w sensie, że niezorientowanemu, a nie że głupiemu tak w ogóle.
– W życiu nie wyrzuciłam żadnego koraliczka, szczególnie drewnianego, skórzanego lub ceramicznego. O co to, to nie!
– Namiętnie wypatruję w second handach płócien o różnym splocie i kolorach. Mam pokaźną kolekcję.
– Boję się dżdżownic. Obsesyjnie. Mam poważny problem kiedy po deszczu wyłażą na chodniki. Brr! I jeszcze takich ślimaków bez skorupek – błee.
– Nie znoszę robić zakupów. Żadnych. Ani ciuchowych, ani spożywczych. Shopping po prostu mnie nie bierze.
– Nie lubię zdrobnienia imienia „Agniesiu”.

Więcej dziwactw nie pamiętam :)

piątek, 6 stycznia 2012

Matka traci wzrok

Bajka bez morału o tym jak matka traci wzrok:

Rodzina przy stole.
– Michał może byś łaskawie jakiejś surówki skosztował?
– Przecież zjadłem!
– Którą, bo jakoś nie zauważyłam!
– Obydwie, oczami.

***
A tymczasem „moje” Aniołki w drodze na aukcje wielko_orkiestrowe :)





niedziela, 1 stycznia 2012

Sylwester w pegieerze

Sylwester tym razem przebiegał pod hasłem: Wieś śpiewa i tańczy czyli potańcówka w pegieerze – ze stosownymi przebraniami i obuwiem:



No cóż, miss´kom pegieeru i kombajnistom roku ani szpilki ani wypastowane półbuty nie przystoją. Za to gumofilce były wymyte, czasami tylko wystawała z nich słoma.

Atrakcją wieczoru było nie tyle tańcowanie w gumofilcach czy fajerwerki , ale... chińskie lampiony szczęścia. Poszybowały do nieba wraz z naszymi marzeniami...









A tak lampiony odleciały w niebo:

To będzie dobry rok!

Życzę dobrego, szczęśliwego Nowego Roku 2012,
pełnego miłości, dobra, spokoju, pięknych chwil,
spełnionych marzeń i zrealizowanych planów.