piątek, 27 stycznia 2012

Idą ferie

– Rzucamy palenie, wiesz – oznajmiła mi Mama mocno zdecydowanym tonem – w ogóle nie mamy papierosów i nie idziemy kupować.
– Mamo, a od kiedy nie macie?
– Od dwóch godzin – dumnie rzekła moja rodzicielka, wywołując we mnie kaskady niepohamowanego śmiechu.
– No czego w nas nie wierzysz? – oburzyła się Mama.
– No, wierzę, wierzę i trzymam kciuki. Ale i tak z ciekawości zadzwonię wieczorem jak wam idzie.

Mama pali od kiedy pamiętam. Ojczym też nietęgo – szczególnie lubi takie samoróbki skręcane w bibule z aromatycznych gatunków tytoniu.
Ja zaczęłam popalać na studiach w ramach solidarności z bracią studencką i niejako z przymusu. Przerwy w zajęciach wykładowcy robili tylko pięciominutowe i zawsze pod hasłem „na papierosa”. Szłam z całą grupą, bo przecież w okolicach palarni toczyło się całe życie towarzyskie wydziału i pyk_pyk, przy okazji gadu_gadu i z powrotem na zajęcia. No ale ileż można opalać kolegów i koleżanki studentów w wiecznej niedyspozycji finansowej? Więęęęc by nie jechać bezwstydnie na tak zwanych cudzesach, zaczęłam od czasu do czasu kupować papierosy, aby mieć na „odczęstowanie”. No a potem już poleciało. Z przerwami prokreacyjnymi, że tak określę – na szczęście jednym z pierwszych objawów ciążowych był u mnie papieroso_wstręt.
Nie palę od jakiś sześciu lat, ...chyba. Już nie pamiętam, nie chce mi się liczyć. Ale czasami tęsknię za dymkiem, oj tęsknię – wstyd się przyznać, ale lubiłam palić i papierosowy dym nie przeszkadza mi do tej pory, o ile nie występuje w stężeniu, że przysłowiowa siekiera wisi i nie ma szans by spaść.
Cóż... czysta nostalgia nałogowca :)

Niebawem, niebawem... wytęsknione, wyczekane i w moim przypadku w pełni zasłużone FERIE. Startujemy w nie tym razem całą rodziną. Bo Marko zaplanował tydzień zimowego urlopu. Z nadzieją na dobre warunki narciarskie i oczywiście z przeogromną chrapką na poranne NIEwstawanie. Zazdrośnik jeden – gdy reszta domu cichutko tonie w przytulnym półmroku zasuniętych rolet, on niby jeden bidulek miały wstawać i gnać do roboty?
Przed feriami zaliczymy jeszcze dużą imprezę firmową – tym razem na luzie, bo bez zaangażowania zawodowego z mojej strony. Raz na jakiś czas należy mi się taki bonus, a co! Gdy przypomnę sobie ten wyniszczający stres i palącą tremę, jakie towarzyszą mi niezmiennie od lat za każdym razem gdy wypuszczam na scenę „swoich” artystów, to naprawdę doceniam ten spokój jaki mam teraz. Najbliższa premiera dopiero w marcu :) Może nawet zdążę zatęsknić za tym stanem – kipiącej adrenalinki i niepokoju gilgoczącego niespokojnie okolice żołądka.
Niedawne wyczyny w postaci postanowień noworocznych (bieganie, czy też bardziej trendy mówiąc: dżoging) zaowocowały kontuzją w kostce. No nie wiem, nie wiem czy dam wobec tego radę wskoczyć w wysokie obcasy na okoliczność tej dużej imprezy firmowej. Ale przecież, przeeecież obcasików to ja nie ten teges, co nie!

Mróz taki, że nic tylko zaszyć się przy kominku, pod kocykiem, z lampeczką wina, z książką – i taki właśnie mam ambitny plan na wieczór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz