środa, 29 lutego 2012

Dokąd...

Ćwiartka księżyca zawisła nad dachem domu.
Pełno gwiazd i gdzieniegdzie światła nocnych samolotów.
Dokąd Ci ludzie podróżują? Gdzie zmierzają i kto na nich czeka, i za kim oni tęsknią...
Czy śpią? Czytają? Słuchają muzyki?
A może wypatrują w okrągłych okienkach Ziemi?
I zadają sobie pytanie – czy ktoś tam na dole nas widzi?
Kim jest? I dlaczego patrzy na nasz samolot zamiast spać, czytać, słuchać muzyki...

Wczoraj była zima, a dziś przedwiośnie w kolorach sepii.
Zupełnie zwykły dzień, ale tak bardzo wart przeŻycia...

niedziela, 26 lutego 2012

Co ma hiacynt do NBA?

No to tak:
Moje chłopy domowe zamówiły sobie telewizornię z HaDe coś tam coś, co cuda wianki czyni. Kryształ obraz, można cofać, nagrywać i jeszcze coś tam, czego nie pamiętam. W każdym razie Mąż Pan przeszczęśliwy. Wciąż trwa w letargu zimowym (nie można nic kopać, murować, zbijać, grabić itp., co najwyżej od czasu do czasu odśnieżyć małe co nieco, ale zima tegoroczna słaba w tym temacie) więc się wziął i przyspawał do pilota TV. Szczególnie zaś programów z serii sport i Discovery.
Syny dwa tymczasem namiętnie zarywają noce, bo trwa NBA coś tam. Pal licho gdy zarywają w łykendy, gorzej gdy w grę wchodzi jakaś tam noc w tygodniu. No i taka właśnie nadejszła – NBA All–Star 2012. Więc dzieciory od rana chodzą z maślanymi oczami i się przymilają. A że jesteśmy dość liberalnymi rodzicami, mamy w asortymencie swoich narzędzi wychowawczych cuś takiego jak „wagary na żądanie”. Polega to na tym, że dzieciorom, które nie posiadają kompromitujących zaniedbań naukowych, przysługuje raz na semestr jeden dzień wolny od lekcji – czyli wagary na żądanie właśnie, z usprawiedliwieniem od osobistych rodziców. Obwarowane jest to oczywiście mocnymi waruneczkami, aby uniknąć nadużyć. Ostatecznie synki dwa wybrały noc z meczem gwiazd NBA – czym wykorzystały właśnie ów dzień szczęśliwca, czyli rzeczone wagary na żądanie. Dorosły jest jakby w lepszej sytuacji bo jego aktualny semestr trwa o dwa miesiące krócej niż małoletniego. Ale też i straszy bardziej poszkodowan – bo ma maturę i decydujące o jego przyszłości wybory.
Tak – pasje i hobby to zawsze coś za coś. Nie ma letko, jak mawiał Dziadek Marka, warszawiak z krwi i kości...
A tymczasem na parapecie w kuchni wziął sobie i zakwitł hiacynt. Gały wywala na to co za oknem – czyli śnieg. A pachnie!!! Jak głupi jakiś, a nie hiacynt dostojny.
I temperatura spadła, wiatr z lekka osuszył błoto i droga jakby bardziej przejezdna.

piątek, 24 lutego 2012

Błoto!!!

Nie zmogły mnie mrozy – jeździłam rowerem przy minus 20.
Nie dał rady śnieg i lód. Jeździłam rowerem.
Nie straszny był mi deszcz, ulewy i burze.
Nie straszna noc czy świt.
Za nic miałam czerwcowe upały, gorący żar i za nic – silny wiatr.
J e ź d z i ł a m r o w e r e m.
Pokonało mnie... błoto.
B Ł O T O!
Błocko. Błocisko. Nieprzejezdne grzęzawisko błotnych kolein i dziur, w które wraz z końcem mrozu zamienił się stumetrowy odcinek drogi, jaką muszę pokonać z domku, by wyjechać „w świat” – do pracy, do szkoły, na zakupy itp. Dosłownie coś koło 100 metrów – od naszej posesji do części drogi już wyłożonej kostką.
I nie mieszkamy tu tylko my. I droga jest wykorzystywana jako dojazd do wałów przeciwpowodziowych. I była petycja z podpisami mieszkańców ulicy, przedwyborcze obietnice i zapewnienia, że tak, że oczywiście.
No i co? I nico!
Poniższe fotki dedykuję wszystkim włodarzom małych miejscowości, wciskającym wyborcom w okresie przedwyborczym kit, że „zbudują drogę”:





Dziękujemy...

wtorek, 21 lutego 2012

21.02.2012

21.02.2012
Siedziałam, a właściwie leżałam :) na seansie w Planetarium Centrum Kopernika, wpatrywałam się w te gwiazdy, ten kosmos nieogarnięty, mgławice, czarne dziury i zakrzywione czasoprzestrzenie.
I dopadła mnie kojąca refleksja: a czymże wobec TEGO wszystkiego są moje tycie, tyciusie problemiki człowieczka – niewidocznej mikrodrobinki w tym wszechpotężnym wszechświecie. Od razu zrobiło mi się lekko i błogo.
Ponad to Dziewczyna z tatuażem – przednie, przednie, nie powiem.
Rozświetlony Narodowy – z perspektywy ulicy... sprawiał wrażenie opuszczonego, kolorowego koszyczka. Jakby porzucił go na brzegu Wisły jakiś monstrualny Czerwony Kapturek, który wędrował przez zurbanizowany las i dał nogę przez oblodzoną rzekę.
Tak, tak – we stolycy się było. Nadal pełno tam ludzi, samochodów, tramwajów, ruchomych schodów i przejść podziemnych – a ja tego wszystkiego jakoś nie lubię.

sobota, 18 lutego 2012

Limeryk jarociński

Dobre człowieki są na świecie!
Nie wiecie?
Pracuję nad scenariuszem na okoliczność. Tak sobie wymyśliłam, że wykorzystam Szymborską – może wybaczy? Wymyśliłam Szymborską, ale... nie tą z podręczników szkolnych. Nie–refleksyjną, nie–filozoficzną, nie–egzystencjalną, nie–z–podmiotem–lirycznym, itp., itd. Chcę wyeksponować Szymborską krotochwilną, dowcipkującą, żartobliwą, satyryczną, tą puszczającą do czytelnika oko... I do tego niezbędne jest mi wydawnictwo „Rymowanki dla dużych dzieci”, gdzie opublikowane zostały w bogatej ilości właśnie te mniej poważne „szymborskie” – Jej sztandarowe limeryki, lepieje, moskaliki, podłsuchańce i odwódki. Moja własna książeczka lata temu dostała nóg. Pozdrawiam, notabene, szczęśliwego posiadacza. Obdzwaniam znajomych (tych czytających), przebiegam biblioteki w mieście mym – i nic. Internet – bardzo wybiórczo traktuje temat. Popularny serwis kup–sprzedaj na literę A. po zejściu Szanownej Noblistki – cenowo – oszalał. Zamieszczam więc błagalną prośbę na forum. I co? Ledwo klepnęłam „wyślij”, dobija się telefon – że już natychmiast chce ze mną rozmawiać. Ktoś. Koleżanka z drugiej części naszej kochanej Ojczyzny. Że dzwoniła do swojej biblioteki, że mają, że już idzie, że zaraz wysyła...
Internet jest bezduszny???
Nigdy!!!
ACTA może nam naskoczyć na kant klawiatury dopóki są rzeczone dobre człowieki na świecie.

Natchniona lekturą absolutnie doskonałych limeryków Szymborskiej popełniłam byłam pierwszy w swym życiu limeryk ;)

Gojaxx oczywiście speszylforju :)

Pewna dama z Jarocina
Od Hel po Nosala była znana
Bo gdy tylko oczy otwierała
Radość zaraźliwa ją dopadała
Taka wesoła z tej Gojaxx dziewczyna.

A wieczorem idziemy na jednego do Anuli i Tomcia, no ostatecznie ostatni łykendzior karnawału trzeba uczcić – czego i Wam życzę.

piątek, 17 lutego 2012

Dwa lata :)

Stuknęło nam dzisiaj 2 lata mieszkania w naszym wymarzonym domku. Nie żałujemy ani jednego dnia i ani jednej nocy. Jedyny mankament jak na razie to zdaniem chłopców – zimowe dojazdy do szkoły. Poza tym jest super. Czasami... jak w pięknym śnie...
Mamy cudo nad cudami jakim dla mnie jest wciąż kominek – własny ogień w domu, magiczne miejsce, centrum życia rodzinnego od września do marca. Latem jest taras – ulubiony przez wszystkich w sezonie poza zimowym. Tu się czyta, pije kawę ze spienionym mlekiem i zimne piwo. Tu się rozmawia i milczy, śmieje i czasami smuci. Ale zawsze Razem. Żegna słońce wieczorami i wsłuchuje w krople deszczu, gdy głucho uderzają o dach nad tarasem.
Wokół nas tyle przestrzeni. I tyle ciszy. Jesteśmy tak blisko natury.
Wiosną otacza nas ocean zieleni i bociania rodzina, rozświergotane ptaki i rozgadane żaby. Jesienią – snują się nisko mgły, czuć dym z kartoflisk. Cały rok – zachody słońca jakby tylko dla nas, wpisane w ramy szerokiego okna tarasowego.
Krowy obżerają słoneczniki, kiedy tylko wyrosną ponad płot, a konie zatrzymują się przy wierzbach aby o ich korę podrapać swoje końskie zadki.
Jesienią z wizytą wpadają jeże. Nieustannie mamy na oku całą zgraję ptasich par gniazdujących w pobliskich olchach. Pod ogrodzenie podchodzą młode sarenki, kicają szare zające, a zimą częstymi, wścibskimi gośćmi są lisy. I wcale nie są rude! Raczej bure. Kilka dni temu, takiego jednego, z puszystym ogonem, pogonił co sił w gardzieli Fafik.
No właśnie! Mamy pieska, kundla, który był całkiem nie planowany, ale przecież sam nas wybrał, przygarnęliśmy Go i... pokochaliśmy!
Mam warzywnik, który obdarza nas włoszczyzną, pomidorkami, sałatą, rzodkiewką i szczypiorkiem, fasolką szparagową i ogórkami. Ach! i moimi ulubionymi przecież – koprem i rukolą!
Mamy ogród, w którym możemy rozstawić teleskop do podglądania nieba. Chłopaki – miejsce na kosz do koszykówki – swoją prywatną arenę rozgrywek, prawie jak NBA. Możemy palić ognisko kiedy chcemy – choćby o północy w sylwestra.
Możemy słuchać muzyki ile fabryka dała w głośnikach i żaden sąsiad nie zastuka z pretensjami w kaloryfer.
Absolutnie wspaniałe dębowe łóżko, zrobione przez stolarza według naszego projektu. Mam wreszcie przedmiot moich odwiecznych marzeń – STÓŁ – ogromny jak lotniskowiec, przy którym dzieje się nasze życie. Wszyscy się przy nim mieścimy, a wciąż są miejsca dla kogoś jeszcze...
Mamy dużo planów... i dużo do zrobienia. Musimy zasadzić pnące róże, winogrona, drzewa owocowe i orzecha włoskiego, i leszczynę też. Zbudować altanę i huśtawkę. Rozwiesić hamak. W jakiś wietrzny dzień musimy puścić latawce....
Jest do czego dążyć i jest się czym zachwycać :)
Jesteśmy tu po prostu u siebie.
Mieszkamy tu dwa lata.
Niby krótko, ale wydaje się nam, że od zawsze.

środa, 15 lutego 2012

Tasiemiec!!!!!!!!!

Bajka pt.

„Bo tasiemiec grasuje!”

Jędrek, jedyna chudzina w naszej rodzinie, zjadł kolację.
Dwie ogromne zapiekanki, a raczej zapiekany z buły jak talerz, ociekające serem, szynką i pomidorami, oprószone bazylią.
Siedzi, siedzi, popija herbatę z sokiem malinowym, nagle spogląda na ojca i rzuca, ot tak, od niechcenia:
– Jakoś się... [zawiesza głos] nie najadłem.
– Tasiemiec się obudził! – alarmująco woła ojciec, czyli Marek, a matka, czyli ja, z oddaniem szykuje kolejną porcję zapiekanek... nie! – raczej ZAPIEKAN!
Z buły jak talerz, z serem, szynką i pomidorami.
Bazylia się była skończyła.
Wyżywić rodzinę to ciężka praca jest.

wtorek, 14 lutego 2012

Serduszka :)

Walentynki bez serduszek?







Więcej płóciennych serduszek jest o tu: KLIKU_KLIKU_KLIK!!!

A to już nie moje „dzieło” tylko Matki Natury, naturalnie – Jaśnie Pan Ziemniak we własnej choć serduszkowej postaci :)

niedziela, 12 lutego 2012

12.02.2012

[Znowu fajna data: 12.02.2012]

„Misiek ostatnio powiedział:
– Kupić ci kwiatka? Chcesz to kupię ci kwiatka!
No i nie kupił mi kwiatka.”

Tę miniaturkę zapisałam ponad... 20. lat temu tuż przed swoją studniówką. Ze śmiechem przeczytałam ją kilka dni temu Markowi. No i dziś przytargał do domu bukiet wiosennych tulipanów z okrzykiem:
– Niuśka, kupiłam ci kwiatka!

:)

A dziecię dorosłe powróciło jak na studniówkowy powrót przystało – czyli o 6 rano. Z bolącymi stopami od tańcowania. Czyli też dobrze. Małoletni już nie spał bo jako maniak NBA od 4 rano oglądał via Internet Phoenix Suns w akcji, oczywiście z Gortatem w roli najważniejszej.
Syn duży w telegraficznym skrócie poopowiadał jak mu się studniówkowało. A potem wszyscy poszliśmy jeszcze pospać. I tak spokojnie mija słoneczna i niezbyt mroźna niedziela – ostatnia feryjna. Chlip, chlip!
Czuję leciutką i bardzo przyjemną pustkę w szarych komórkach – zrobiłam przez te dwa tygodnie skuteczny, mam nadzieję, reset w ramach szeroko pojętej higieny psychicznej. Szczególnie w korelacji: Aga–praca. Mam nadzieje, że jutro pełna energii i zapału ruszę do działania, bo sporo mnie czeka, oj sporo.


PS. Wyszperałam w necie coś fajnego – mniej więcej w klimacie moich aktualnych dylematów ;)

„Nie tylko dzieci dorastają, dotyczy to także rodziców. Tak samo, jak my chcemy zobaczyć, co nasze dzieci zrobią ze swoim życiem, tak i one obserwują, co my czynimy ze swoim. Nie mogę nakazać swoim dzieciom, by sięgnęły gwiazd. Mogę jedynie sama po nie sięgnąć...”
Joyce Maynard


Czyż nie piękne...

sobota, 11 lutego 2012

Wszystko co dobre

Wszystko co dobre kończy się szybko. Za szybko.
Ferie – sru i na finiszu. Kąpiel w wannie z olejkami i przy świecach – zbyt krótka. Dobre książki zazwyczaj też czytają się tak bardzo szybko. Dobry film? – bach i już napisy końcowe. Wino toskańskie – ino mig i dno. Co najwyżej można sobie to wszystko powtórzyć, ale przecież jednak nie wszystko.... A w przypadku wina to nawet niezbyt wskazane.
Ale... nie ma nic tak szybkiego i tak nie do powtórzenia, jak czas, w którym nasze dzieci, maluśkie skarbeczki, pachnące niemowlaczki, zmieniają się w facetów używających żelu do golenia, podbierających ojcu samochód i piwo, samodzielnie wiążących krawat, który sobie zresztą sami kupują. I to jednym rzutem oka na półkę z tysiącem podobnych.
Tak, tak – przyznam się – syn dorosły ma swoją studniówkę, a ja nie mogę wyjść z zadziwienia – jak to się mogło stać? Tak szybko? Tak już? Przecież niedawno trenował kopanie piłki w moim brzuchu, paradował w przydługich śpiochach, w ceramicznym puzderku chowałam jego pierwszy wypadnięty ząbek. Jakby wczoraj kupowałam pierwszy plecaczek do szkoły, a jeszcze wcześniej z dumą pisał liczby i alfabet na małej, domowej tablicy.
Zaczynam czuć przedsmak syndromu opuszczanego gniazda...
Oczywiście mój stan ducha nie znajduje zrozumienia u nikogo – szczególnie zaś u mężona, który zresztą sam z zapałem ćwiczył dziś węzeł windsorski podwójny, ani też u synów – małoletniego i dorosłego, który zapewne o tej porze bawi się w najlepsze na parkiecie i na szczęście nie ma pojęcia o rozterkach rodzica dorosłego dziecia.
No i dobrze :)



Wspaniałej zabawy synu!

***

Wasze dzieci nie są waszą własnością;
są synami i córkami samej mocy życia.
Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.
Mieszkają z wami, a mimo wszystko do Was nie należą:
Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee
ponieważ one mają swoje idee.
Możecie dać dom ich ciałom, ale nie ich duszom,
ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
którego wy nie możecie odwiedzać nawet w waszych snach.
Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,
ale nie żądać, by byli podobni do Was,
ponieważ Życie się nie cofa,
ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.
Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,
jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;
Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności
i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,
żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.
Poddajcie się z radością rękom Strzelca,
ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują,
i łuk, który pozostaje niewzruszony.

«Gibran Kalhan»

czwartek, 9 lutego 2012

Może to wszystko...

Na ścianie tańczy pomarańczowa poświata ognia. Cichutko szumi nawiew z ciepłym powietrzem. Dyskretnie gdzieś nieopodal przelewa się woda w zmywarce.
Odrywam się na moment od wierszy pani Wisławy Szymborskiej aby zaparzyć wonnego elgreya. Nie... wcale nie odkładam tomiku poezji. Tylko zeszyt, w którym dawno temu przepisywałam fragmenty prozy i wiersze. Aby były ze mną zawsze i tylko dla mnie. I proszę jak się przydało.
Jest i Nic dwa razy, i Kot w pustym... oczywiście, i kilka innych, wtedy, w tamtym czasie przeze mnie z różnych przyczyn wybranych...
...
Drobne ogłoszenia:
KTOKOLWIEK wie, gdzie się podziewa
współczucie (wyobraźnia serca)
– niech daje znać! niech daje znać!
...
i jeszcze:
Podziwu godna liczba Pi
trzy koma jeden cztery jeden.
Wszystkie jej dalsze cyfry też są początkowe...
...
O, i ten nawet:
A któż to jest ten dzidziuś w kaftaniku?
Toż to Adolfek, syn państwa Hitlerów!
...
Podziwiałam zawsze Jej nieprawdopodobny talent do zamknięcia w jednym, może dwóch słowach całego arsenału... emocji, zadziwienia, rzeczywistości, wszystkiego... I nigdy zbędnego słowa, niepotrzebnego przecinka nawet...
...
Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek.
Już tego dowieść nie zdąży,
lata ma policzone,
krok chwiejny,
oddech krótki.
...
Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
...
Co trzeba?
Trzeba napisać podanie,
a do podania dołączyć życiorys.
Bez względu na długość życia
życiorys powinien być krótki.
Obowiązuje zwięzłość i selekcja faktów.
Zamiana krajobrazów na adresy
i chwiejnych wspomnień w nieruchome daty.
Z wszystkich miłości starczy ślubna, a z dzieci tylko urodzone.
Ważniejsze, kto cię zna, niż kogo znasz.
Podróże tylko jeśli zagraniczne.
Przynależność do czego, ale nie dlaczego.
Odznaczenia bez za co
...
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.

Kolaże, limeryki, moskaliki i lepieje – to pewne niezapomniane lato na Mazurach, w drewnianym domku w samym środku lasu. Nieopodal rosły gromadnie poziomki, wiewiórki siedziały pod stołem, przy którym jedliśmy późne obiady, a gdzieś całkiem niedaleko żerowały w najlepsze bobry... Ale to było dużo, dużo później... Inny czas.

Ech...
Dobra chwila na degustowanie winogronowego ze zbiorów 2011. No nie powiem, nie powiem... Choć może ciut mało słodkie. Ale to nie wina wina lecz lata – było słońce? Było? Mało było, mało. To i słodkości naturalnej w winogronach nie za wiele.

A zresztą...
Może to wszystko
dzieje się w laboratorium?
Pod jedną lampą w dzień
i miliardami w nocy?


środa, 8 lutego 2012

Są okularki!

Juhuhu!
Mam okulary!
Naprawa kosztowała 1/3 wartości oprawek – ale co tam – grunt, że WIDZĘ :)
Wciąż zimno. Mróz taki, że zewnętrzny termometr błagalnie wali w okno by wpuścić go do środka.
Poza tym szykuję syna do studniówki (jego własnej – coś takiego!!!) – odzieżowo i kosmetycznie, bo z całą resztą radzi sobie sam ;)
I tak leci...

piątek, 3 lutego 2012

Odstresowacza mi trza!

Wciąż nie mam okularów, bo w „optyce oprawki sprzed 2 lat to relikt średniowiecza i o części zamienne szalenie trudno”. Tyle usłyszałam od pani w optyku zatrudnionej...
Firma „od moich” oprawek – całkiem znana i za to „znanie” nieźle sobie licząca – wciąż szuka mostku uszkodzonego w moich okularach. A ja naprawdę bardzo źle egzystuję – szczególnie jeśli chodzi o czytanie i pracę na kompie. Ponieważ na razie mam jeszcze ferie i komputer wykorzystuję raczej w celach rozrywkowych, jakoś to się da znieść. Czytanie książek kończy się bólem oczu i ogólnym dyskomfortem...
Ale co będzie dalej?
Dlaczego wszystko co teraz się wytwarza jest tymczasowe? Przecież moje oprawki są/były z tak zwanej snobistycznej „górnej półki”, dlaczego firma olewa swoich klientów i po dwóch latach nie można znaleźć u autoryzowanego optyka części zamiennych!
Eh...
I pies na spacerze zakuł łapę, kuleje i nie bardzo da sobie cokolwiek przy niej zrobić.
I mróz trzyma jak głupi, nie wiem po co. W dodatku sforsował klapkę do piwniczki i mamy mrożone ziemniaki, bo za blisko stały wejścia/wyjścia. Reszta zapasów nietknięta, tylko akurat ziemniaki, którym jak wiadomo mróz szkodzi bezpowrotnie...
... eh, no jak nic trzeba Kotletów zaprosić w ramach odstresowywacza!

czwartek, 2 lutego 2012

2.02.2012

Właściwie to ja nie mam dziś nic sensownego do napisania, ale taka data, że choćby tylko ślad zostawić:
2.02.2012
Dzień pod znakiem Muppetów. Ja wypatrywałam Miss Piggy, Rowlfa pianistę i żywiołowego Zwierzaka–bębniarza...
Chłopcy – głównie ulubionego Swedish Chef´a :)
Poza tym na termometrze minus 22.
Co za zima...
A zaczynała się tak niewinnie...

środa, 1 lutego 2012

Zimowy spacer

Zarzekała się żaba błota, a ja zimowego spaceru. Aj, bo mnie Marecki namówił, więc wdziałam na tyłek jego odłożone do lamusa bawełniane kalesonki, potem grube dresy, kilka warstw polarów, czapkę a´la hajduczek na bezkresnych stepach. I jak ta ceBULA wytoczyłam się z domu. Mróz okazał się dżentelmenem – szczypał w nos i policzki, ale w tyłek nie! Zresztą przez kalesonki i tak nie dałby rady.
Wieprz brzegami skuty lodem, nurtem płyną kry, gdzieniegdzie tworzą się lodowe wyspy i zatory. Malowniczo ale bardzo niebezpiecznie. Marecki na chwilę wszedł odważnie na lód, ale już Fafik za nic nie dał się na to namówić. Mądra psinka, mądra :)









Po powrocie – garniec grzanego wina z miodem i goździkami i zima nieoczekiwanie przybiera całkiem przyjemne oblicze.
Ze spraw prozaicznych – pękły mi okulary w mostku :( Zawiozłam do optyka – będą dopiero jutro. Jestem ślepa okrutnie. Ani czytać, ani pisać... Ech... to może drugi garniec grzańca? Wszak i tak straciłam ostrość widzenia.
Plan na jutro: odebrać okulary, kupić kaganiec dla psa, garnitur dla syna, pojechać do kina i do dentysty – że nie damy rady? My nie damy? My?