środa, 1 lutego 2012

Zimowy spacer

Zarzekała się żaba błota, a ja zimowego spaceru. Aj, bo mnie Marecki namówił, więc wdziałam na tyłek jego odłożone do lamusa bawełniane kalesonki, potem grube dresy, kilka warstw polarów, czapkę a´la hajduczek na bezkresnych stepach. I jak ta ceBULA wytoczyłam się z domu. Mróz okazał się dżentelmenem – szczypał w nos i policzki, ale w tyłek nie! Zresztą przez kalesonki i tak nie dałby rady.
Wieprz brzegami skuty lodem, nurtem płyną kry, gdzieniegdzie tworzą się lodowe wyspy i zatory. Malowniczo ale bardzo niebezpiecznie. Marecki na chwilę wszedł odważnie na lód, ale już Fafik za nic nie dał się na to namówić. Mądra psinka, mądra :)









Po powrocie – garniec grzanego wina z miodem i goździkami i zima nieoczekiwanie przybiera całkiem przyjemne oblicze.
Ze spraw prozaicznych – pękły mi okulary w mostku :( Zawiozłam do optyka – będą dopiero jutro. Jestem ślepa okrutnie. Ani czytać, ani pisać... Ech... to może drugi garniec grzańca? Wszak i tak straciłam ostrość widzenia.
Plan na jutro: odebrać okulary, kupić kaganiec dla psa, garnitur dla syna, pojechać do kina i do dentysty – że nie damy rady? My nie damy? My?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz