piątek, 23 marca 2012

Fajnie być dorosłym?

Porankiem bladym, ledwo wiosennym, nad herbatą i grzanką śniadaniową, słychać zaspane westchnienia doprawione nutą zazdrości:
Tobie to dobrze mamo, jesteś dorosła i nie musisz chodzić do tej głupiej szkoły – z naciskiem na „głupiej”, hm, hm.
O, wypraszam sobie, do szkoły niezmiennie chodzę od lat! I wcale nie jest głupia. Poza tym jako uczeń zawsze możesz iść na wagary, a jako pracownik już nie – taki argument zawsze przemawia do moich synów.
– Ale teraz to twoja praca, to się nie liczy jak szkoła.

Wieczorem w pracy, dzieć służbowy, nad parującym kubkiem, rzecze zamyślony:
Sorce to fajnie, nie musi sorka chodzić do szkoły, jest sorka dorosła i może robić co chcedzieć służbowy, mechanicznie miącha łyżeczką w kolejnym kubku z kisielkiem, bo właśnie obchodzi osiemnaste urodziny i na tę okoliczność kolegom z pokoju stawia po „słodkiej chwili”. W placówce opiekuńczo–wychowawczej inaczej nie da się świętować, jeśli oczywiście chce się działać w zgodzie z regulaminem.
Właśnie, sorko, z perspektywy czasu, to fajnie być dorosłym?

Czy fajnie być dorosłym...
I fajnie, i tak sobie fajnie.
Dorosły to nie znaczy, że całkiem luz blues, hulaj dusza piekła nie ma, i szał baj najt na dokładkę – bo tak dorosłość wyobraża sobie przeciętny małoletni. Wyobraża sobie, mniej więcej do pierwszego zderzenia z dorosłymi duperelami – takimi jak np. rachunek za światło, samodzielne sfinansowanie wizyty u stomatologa, i co na obiad jutro, i kurcze blade, pranie trzeba zrobić, chleb się skończył i PIT czas rozliczyć, a tu odkurzacz nawalił.
To w płaszczyźnie spraw przyziemnych, a są przecież jeszcze takie z gruntu wzniosłych – dorosły musi CZEGOŚ dokonać, COŚ osiągnąć, do CZEGOŚ dojść, a najlepiej odnieść kosmiczny sukces, tadaaam! Gdy jesteś małolatem, wszyscy mówią: masz czas, masz potencjał, wszystko przed tobą, możesz ze swoim życiem zrobić co zechcesz. Mniej więcej gdy skończysz trzydziestkę zaczynają cię z tego rozliczać – co udało ci się do tej pory, a co niekoniecznie. Z naciskiem na to, co niekoniecznie, a jednak.

Kiedy staję się dorosłym człowiekiem?
Gdy obieram dowód? Prawo jazdy? Gdy legalnie mogę kupić piwo? Kiedy zaczynam płacić podatki? A może jeszcze wcześniej – kiedy zderzam się z dramatami świata ludzi dorosłych... A może z tego samego powodu – później?

Gdybym miała jednym zdaniem określić dorosłość to napisałabym:
Dorosłość to odpowiedzialność.

Za swoje czyny i wybory. Odpowiedzialność za siebie samego i za kogoś kogo się kocha. Chłopaka, dziewczynę, żonę, męża, dziecko. Dziecko nade wszystko. W przypadku dziecka, tą odpowiedzialność odczuwa się niemalże fizycznie. Dla swojego dziecka chce się bezwarunkowo i bezgranicznie samego sedna dobroci, tkwiącej w każdej rzeczy, każdej chwili i w każdej sprawie. A wszystko to spływa na człowieka w jednej mikrosekundzie – kiedy pierwszy raz przytuli do serca swoje narodzone dziecię.
W dorosłości podoba mi się to, że mogę tworzyć swoje BYĆ „tu i teraz” tak jak chcę ja, z kimś kto czuje tak samo.
W dorosłości czasami przeszkadza mi to, że... wszelkie działanie poprzedza refleksja :)
Spontaniczne fiubździu nie przychodzi z taką łatwością jak to drzewiej bywało. Spontaniczność coraz częściej poprzedza myśl „a co to też będzie jeśli zrobię to czy siamto”. Phi... więc co to za spontaniczność! Już nie wystawiam twarzy na deszcz podczas burzy. Nie jadę w ciemno w góry by spać choćby na sianie w stodole. I tak dalej. Czy to rozwaga czy już nudne konwenanse? Trudne balansowanie.
Dorosłość to czasami strach przed tym co i jak będzie...
To czasami tęsknota za tym co było i już nie będzie...
Kiedy jest się nastolatkiem gna się do dorosłości, do tej chwili, gdy „nikt już mi nic nie będzie kazał”. A gdy już tym dorosłym jesteś, okazuje się, że owszem nikt ci nie każe – bo... każesz sobie sam. Sam wyznaczasz kolejne cele, dokonujesz kolejnych wyborów. Dążysz...

Kilka lat temu miałam rozmowę w podobnym w klimacie z innym, młodzieńczo zdołowanym dzieciem służbowym. Taką w stylu „że sorka to ma dobrze, ma sorka rodzinę, pracę, wie co chce w życiu, ma sorka samochód, mieszkanie, a ja nie wiem nic. I nie mam nic”. Spotkałam tego „dziecia” – już młodego faceta właściwie – w ubiegłe wakacje. Pokazał mi w swoim nowiuśkim iPhonie śpiącego w kolorowych piernatkach bobaska i śmiejąc się od ucha do ucha, trajkotał:
Sorko, tydzień temu się obroniłem. Pracuję i dalej się uczę. A to moja córeńka, piękna co nie? Ma trzy miesiące. Mam córkę, żonę, teraz sorko to ja mam WSZYSTKO!
Po zdołowanym życiowo małolacie ani śladu. Fajne to było, radosne i budujące spotkanie. Z dorosłym człowiekiem.

Czy chciałabym być na początku swojej dorosłej drogi?
Nie.
Bo nic nie chciałabym w tym początku zmienić. Nie był to początek łatwy, lekki i przyjemny, dlatego cieszę się, że mam go za sobą.

Się dziś rozpisałam... Zbyt dużo maturzystów mnie otacza – to pewnie dlatego ;) Udziela się mi ten stan – zawieszenia, że coś się kończy, coś zaczyna, ale CO??? Nie zawsze wiadomo...
Oczekiwanie na NOWE roztrzepotało się w sercu, jak te słynne motyle w brzuchu... Wcale nie przereklamowane. Wcale...
Czy fajnie być dorosłym człowiekiem? Fajnie być po prostu... człowiekiem :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz