poniedziałek, 26 marca 2012

Wiosna stąpa cichaczem

Zmiana czasu pozytywnie wpłynęła na mą skromną wenę twórczą: niedzielnym świtem, po całonocnym dyżurze w pracy, napisałam Limeryk Marecki. Będzie jak znalazł na Mareckiego imieniny, opublikuję gdy nadejdzie czas, czyli bliżej święta Szanownego Pana Solenizanta.

Wiosna tak cichaczem, cichaczem i opłotkami stąpa. Okazuje się, że Fafona jednak nie upilnowałam i prawie na pewno wyżarł cebulki szafirków i tulipanów z klombów z pnia starego wiązu. Na rabatce pod oknem kuchennym i na tarasie pięknie wzeszły, a w tych pniach cisza w eterze – nie wychyla choćby czubeczek listeczka. A dobrze pamiętam, że Fafon niuchał tam późną jesienią i nosem podlec węszył.

Za to rukola i bazylia – jak marzenie, póki co na parapecie. I koperek też się wreszcie zdecydował i wzeszedł.



Wciąż płoną łąki. Jakiś debil potłuczony, sorry, ale innego określenia nie znajduję (to znaczy może bym znalazła, ale zapewniam, że byłoby bardziej dosadne), podpala suche połacie traw. Kanalia przebiegła wybiera ku temu wietrzny dzień – taki jak wczoraj. Tak więc mieliśmy szeroko zakrojoną akcję gaśniczą jakieś 300 metrów od domu. Podeszłam troszkę sfotografować i popodziwiać panów strażaków w akcji, dzielne chłopy, znają swoją robotę, a jak mięchem przy okazji rzucającą, normalnie majstersztyk ;) Ale jako produkt uboczny emocji i adrenaliny – odpuszczamy, wolno im!



Poza różnościami jakie się dzieją, dane mi było poczuć na własnej skórze dotyk cudzej zazdrości i jakiejś takiej... zawiści, a nawet, nie zawaham się mocniej napisać: niegodziwości ludzkiej. Zapiekło, nie powiem. Ale nic to. Wzięłam kilka głębszych oddechów i sio! Nie będę zatrzymywała się nad czymś, na co nie mam wpływu. Jeśli coś nie jest zależne ode mnie, nie warto tracić na to energii. Staram się od jakiegoś czasu panować i kontrolować takie negatywne emocje. Żrące są mocno, to po co się do nich przywiązywać. Trzeba przewietrzyć umysł i serce. Dobrze, że wciąż wietrznie – łatwiej wywieje złe myśli. Umówiłam się z Anką na kije.

W najbliższą środę popatrzę sobie na ten świat z troszkę innej perspektywy. Najpierw miałam nie lecieć, bo się bałam, potem gdy prawie się odważyłam, to miałam nie lecieć, bo nie było miejsca, a teraz w końcu lecę. CASĄ do eFów–16 – o tak! Trzymać kciuki za szczęśliwy start, lot i lądowanie, a w zamian będą fotki z nad chmur. Świat z góry ciut piękniejszy i brzydoty nie widać. I tej cywilizacyjnej i tej ludzkiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz